I doskonale rozumiem chęć nagrania fragmentu koncertu. Sama też lubię mieć kilkanaście sekund, które po paru miesiącach przypomną mi konkretny wieczór, światła, piosenkę albo atmosferę. Tyle że między krótką pamiątką a spędzeniem połowy występu w roli operatora własnego archiwum powstała już całkiem spora przepaść.
Tym bardziej że nagrywamy zadziwiająco dużo. W badaniu dotyczącym brytyjskich uczestników koncertów opublikowanym w 2026 roku 77% respondentów deklarowało nagrywanie filmów podczas występów. Przeciętnie zbierali około 12,5 minuty materiału z jednego koncertu. Później oglądali zaledwie 31% tych nagrań. Reszta najczęściej zostawała gdzieś pomiędzy zdjęciem rachunku, przypadkowym screenshotem i trzema wersjami tej samej fotografii psa.
Po co więc właściwie nagrywamy?
Telefon stał się częścią koncertowego rytuału
Odpowiedź wydaje się oczywista – chcemy zachować wspomnienie. Tyle że smartfon już dawno przestał pełnić funkcję zwykłego aparatu fotograficznego. Za jego pomocą jednocześnie dokumentujemy, komunikujemy się, pokazujemy znajomym, gdzie jesteśmy, wysyłamy fragment ulubionej piosenki komuś, kto nie zdobył biletu, publikujemy relację i tworzymy cyfrowy zapis własnego życia.
Badania prowadzone podczas dużych wydarzeń kulturalnych pokazują, że uczestnicy traktują fotografie i filmy właśnie jako sposób budowania przyszłych wspomnień. Wydarzenie przeżywane jest więc trochę podwójnie – jako doświadczenie dziejące się teraz oraz materiał, który ma za kilka miesięcy przypomnieć, że tam byliśmy.
Mam jednak wrażenie, że pojawiła się jeszcze trzecia warstwa. Koncert coraz częściej trzeba również pokazać.

Kupiliśmy bilet. Dostaliśmy się pod scenę. Artysta zagrał największy przebój. W pewnym sensie wypada mieć na to cyfrowy dowód. Nagranie może trafić na Instagram, TikToka, WhatsAppa albo zostać wysłane znajomym. Sam koncert staje się częścią opowieści o naszym życiu.
To zresztą dobrze pokazują inne dane. W amerykańskim badaniu z 2024 roku robienie zdjęć i filmów było najpopularniejszym sposobem korzystania z telefonu podczas koncertu – deklarowało je 62% uczestników. 37% przesyłało zdjęcia lub filmy rodzinie i znajomym, a 36% publikowało albo przeglądało media społecznościowe.
Telefon przestał być więc dodatkiem do koncertu. Dla części publiczności stał się elementem samego uczestnictwa.
Problem zaczyna się wtedy, gdy pamiątka staje się projektem filmowym
Krótki film z refrenu raczej nikomu koncertu nie odbierze. Sytuacja wygląda inaczej, gdy ktoś przez kilka utworów trzyma smartfon kilkadziesiąt centymetrów nad głową, próbując stworzyć materiał, który prawdopodobnie nigdy nie opuści pamięci telefonu.
Tu pojawia się kwestia często pomijana w dyskusjach o cyfrowym detoksie. Telefon wpływa również na doświadczenie osób stojących obok.

Na dużych koncertach widok sceny i tak bywa towarem deficytowym. Jeśli przed nami pojawia się kilkanaście urządzeń, zamiast artysty oglądamy transmisję z artysty realizowaną przez człowieka stojącego dwa metry bliżej. Szczególnie irytujące jest to w czasach ogromnych ekranów i bardzo jasnych wyświetlaczy.
Zmienia się także zachowanie publiczności. Koncert działa dzięki zbiorowej reakcji – śpiewaniu, tańczeniu, spontanicznym okrzykom, ruchowi. Człowiek trzymający telefon i próbujący utrzymać stabilny kadr zachowuje się trochę inaczej. Kontroluje rękę, patrzy na ekran, sprawdza kompozycję.
Jedna osoba pozostaje niezauważalna. Kilka tysięcy robi się już częścią scenografii.
Czy przez nagrywanie naprawdę mniej pamiętamy?
Sprawa jest ciekawsza, ponieważ nauka nie daje prostego werdyktu pod tytułem telefon zabiera nam wspomnienia.
Klasyczne eksperymenty pokazały tzw. photo-taking impairment effect – osoby fotografujące obiekty potrafiły później zapamiętać mniej szczegółów niż osoby, które po prostu je oglądały. Nowsze badania również wskazują, że samo cyfrowe zapisywanie informacji może w określonych warunkach wpływać na późniejszą pamięć.
Są jednak również badania pokazujące drugą stronę. Świadome robienie zdjęć może zwiększać zaangażowanie i przyjemność z doświadczenia, zwłaszcza gdy człowiek aktywnie wybiera moment, który chce uchwycić. Aparat kieruje wtedy uwagę na szczegóły. Problem pojawia się częściej wtedy, gdy fotografowanie lub nagrywanie zaczyna przeszkadzać w samym wydarzeniu.
I ten wniosek wydaje mi się znacznie sensowniejszy od moralizowania, że każdy smartfon na koncercie jest zły. Kilka zdjęć może pomagać pamiętać. Kilkadziesiąt minut spędzonych na pilnowaniu kadru zaczyna konkurować z tym, po co przyszliśmy.

Coraz więcej artystów mówi telefonom stop
Zmęczenie ekranami zaczyna być widoczne również po drugiej stronie sceny. Bob Dylan od lat organizuje występy, podczas których smartfony umieszczane są w specjalnych zamykanych etui Yondr. Podczas koncertu telefon pozostaje przy właścicielu, ale można skorzystać z niego dopiero po przejściu do wyznaczonej strefy.
Podobne rozwiązania stosowali Jack White i Ghost, a w 2026 roku do tego grona dołączyła Phoebe Bridgers. Podczas jej koncertu w Madison Square Garden urządzenia około 20 tysięcy uczestników zostały zamknięte w pokrowcach Yondr. Artystka zapowiedziała podobne zasady również podczas kolejnych występów swojej trasy.
Co ciekawe, moda na wydarzenia bez smartfonów zaczyna wychodzić poza branżę muzyczną. Eventbrite informował o 500% wzroście liczby wydarzeń określanych jako phone-free pomiędzy 2024 a 2025 rokiem.
Może więc po kilkunastu latach zachwytu możliwością nagrywania wszystkiego zaczynamy odkrywać luksus odwrotny – możliwość nienagrywania niczego.
Chcemy pamiętać koncert, więc przestajemy go przeżywać?
Najbardziej zabawny pozostaje wspomniany wcześniej wynik dotyczący nagrań, których później prawie nikt nie ogląda.
Łatwo zrozumieć dlaczego. Film nagrany kilkadziesiąt metrów od sceny rzadko brzmi tak dobrze jak profesjonalne nagranie. Bas przesterowuje mikrofon, obraz skacze, obok ktoś śpiewa pół tonu za wysoko, a w kluczowym momencie przed obiektywem pojawia się cudza ręka.
Mimo to nagrywamy.

Być może sam fakt posiadania pamiątki jest ważniejszy od jej późniejszego oglądania. Nagranie pełni trochę funkcję biletu schowanego kiedyś do pudełka po koncercie. Tyle że biletu nikt nie trzymał przez pół występu przed twarzą osoby siedzącej z tyłu.
Dlatego nie przekonują mnie całkowite wojny ze smartfonami. Telefon może być świetnym narzędziem do zachowania kilku momentów, których naprawdę chcemy później posłuchać albo komuś pokazać. Rozsądna granica wydaje się jednak zadziwiająco prosta: nagrać chwilę i schować urządzenie.
Bo jeżeli z dwugodzinnego koncertu wracamy z godziną materiału, którego nigdy później nie obejrzymy, coś w tej wymianie zaczyna się zwyczajnie nie zgadzać.
Kupujemy przecież bilety na koncert na żywo. Szkoda byłoby wrócić z niego głównie z pełną galerią.
