Dlatego rosnące zainteresowanie perfumami w formie stałej nie wydaje mi się kaprysem TikToka, choć media społecznościowe oczywiście dopisały do tego swoje trzy filtry. To raczej kolejny znak, że luksus w kosmetykach coraz częściej chce być przenośny, dyskretny i mniej kłopotliwy. Jeśli wszystko ma zmieścić się do małej torby, szuflady w biurku albo limitu płynów na lotnisku, klasyczny flakon zaczyna mieć poważną konkurencję.
Zapach, który nie musi wypełniać całego pokoju
Perfumy stałe zwykle mają postać balsamu, sztyftu albo kompaktu. Zamiast rozpylać je w powietrzu, nakłada się je na skórę – najczęściej na nadgarstki, szyję, za uszami albo inne miejsca, gdzie ciało jest cieplejsze. Formuły bazują często na woskach, olejach i kompozycji zapachowej, a wiele z nich nie zawiera alkoholu. Efekt jest inny niż przy klasycznej wodzie perfumowanej. Bardziej bliski skórze, czasem wręcz intymny.
Przez lata perfumy były trochę jak komunikat wysyłany w przestrzeń. Miały zostać zauważone, zostawić ślad na szaliku, w korytarzu, w samochodzie, czasem niestety także przy stoliku obok. Stały format przesuwa akcent w stronę zapachu bardziej prywatnego. Czuć go przy ruchu, przy poprawianiu włosów, przy zbliżeniu. Nie każdy uzna to za zaletę. Są osoby, które lubią mocną projekcję i perfumy budujące obecność od wejścia. Sama jednak coraz bardziej rozumiem urok zapachu, który nie zajmuje miejsca za kogoś innego.

Mały format, duża wygoda
Praktyczny argument jest bardzo mocny. Perfumy stałe trudno rozlać, łatwiej zabrać je do samolotu, nie wymagają szklanej butelki i często mieszczą się w kieszeni. To kosmetyk poprawkowy, trochę jak balsam do ust albo krem do rąk. Można użyć go po pracy, przed spotkaniem, w podróży, bez robienia wokół siebie perfumeryjnej mgły.
W tym sensie nowy format bardzo dobrze pasuje do szerszego trendu w beauty. Kosmetyki mają być mniejsze, wielozadaniowe, przyjemne w użyciu i możliwie mniej problematyczne. Nie przypadkiem obok perfum stałych rośnie popularność mgiełek, olejków zapachowych, roll-onów i formuł bez alkoholu. To odpowiedź na zmęczenie ciężkim, klasycznym perfumowaniem, ale też na bardziej świadome podejście do skóry. Alkohol w perfumach ma swoje technologiczne uzasadnienie, pomaga rozproszyć zapach i wpływa na jego rozwój, ale część osób skarży się na przesuszenie, podrażnienia albo po prostu nie lubi pierwszego ostrego uderzenia po aplikacji.
Nie przeceniałabym jednak tej zmiany. Perfumy stałe nie są magicznie lepsze od klasycznych. Mogą mieć mniejszy zasięg, inną trwałość i bardziej liniowy charakter. Zapach czasem rozwija się spokojniej, bez tak wyraźnego przejścia między otwarciem, sercem i bazą. Dla jednych będzie to subtelność. Dla innych – rozczarowanie po flakonie, który zostawiał za sobą ogon jeszcze na klatce schodowej.
Luksus też chce być kieszonkowy
Ciekawe jest to, że po stały format sięgają już nie tylko małe niszowe marki. W podobnym kierunku poszły między innymi Glossier, Diptyque, Dior, Fenty czy Jo Malone London. Diptyque oferuje uzupełnialne perfumy stałe za 60 euro, czyli około 260 zł. Glossier rozwija swój zapach You także w kompaktowej, uzupełnialnej wersji, opartej na bezalkoholowej, woskowej formule. Dior postawił z kolei na formę przypominającą elegancki sztyft, bardziej kosmetyk z torebki niż klasyczny perfumeryjny obiekt na półkę.
To pokazuje, że marki nie traktują stałych perfum jak ciekawostki dla osób, które nie chcą nosić flakonu. Widzą w nich osobną kategorię. Bardziej użytkową, ale nadal atrakcyjną wizualnie. Luksus w tej wersji nie stoi na komodzie, tylko podróżuje. Odpowiada to temu, jak naprawdę korzystamy dziś z kosmetyków. W biegu, między zadaniami, czasem w łazience restauracji, czasem w samochodzie, czasem pięć minut przed wejściem na spotkanie.

Mam też wrażenie, że stałe perfumy dobrze wpisują się w modę na zapachowe warstwowanie. Można użyć balsamu jako miękkiej bazy, a klasycznego zapachu jako mocniejszego akcentu. Można też nosić je solo, gdy nie ma się ochoty na aromatyczny komunikat dla całego otoczenia. W tym sensie perfumy zaczynają działać bardziej jak garderoba niż jeden podpis noszony przez lata. Raz wybieramy coś lekkiego, raz kremowego, raz tylko delikatny ślad przy skórze.
Ekologia?
Przy perfumach stałych często pojawia się argument ekologiczny. Mniej szkła, mniej ryzyka stłuczenia, czasem opakowania uzupełnialne, brak alkoholu, mniejsze formaty. To wszystko brzmi dobrze, ale w kosmetykach już nieraz widziałyśmy zielone deklaracje mocniejsze niż realna zmiana. Sam kompakt nie staje się automatycznie rozwiązaniem przyjaznym planecie, jeśli jest zrobiony z kilku trudnych do rozdzielenia materiałów i kupowany impulsywnie w pięciu wersjach naraz.
Bardziej przekonuje mnie prostszy argument: dobry format może ograniczać marnowanie produktu. Jeśli ktoś rzeczywiście zużywa wkład, dokupuje refill i nie traktuje perfum jako kolejnego ładnego gadżetu do kolekcji, wtedy coś się tu układa. W przeciwnym razie miniaturowy luksus nadal pozostaje luksusem z opakowaniem, tylko mniejszym.

Flakon zostanie, ale straci monopol
Nie wierzę w koniec perfum we flakonach. Byłoby tego zresztą trochę szkoda, bo piękny flakon nadal ma swoją siłę. Perfumy od zawsze były także przedmiotem, prezentem, dekoracją, gestem. Stałe formaty raczej nie odbiorą im tej roli. Mogą za to odebrać im wyłączność na codzienne używanie zapachu.
I to wydaje mi się najrozsądniejszym scenariuszem. Flakon zostaje w domu, przy lustrze, tam, gdzie jest miejsce. Kompakt albo sztyft trafia do torby, tam, gdzie rządzi praktyka. Jedno nie musi kasować drugiego. Po prostu zapach przestaje być przywiązany do ciężkiego szkła i zaczyna zachowywać się bardziej jak my – szybciej, mobilniej, czasem ciszej.
A jeśli przy okazji mniej osób będzie fundować całemu wagonowi metra własną interpretację białych kwiatów, wanilii i paczuli, trudno mi będzie płakać po dawnym porządku.
