Do sprzedaży trafia właśnie Ninja HydraSense Countertop Water Filtration System, czyli nablatowy dystrybutor wody, który celuje prosto w pozycję liderów branży. Obietnica producenta jest odważna, bo czysta woda ma lecieć z urządzenia aż sześciokrotnie szybciej niż ze standardowego dzbanka marki Brita. Nie ukrywam, na tym etapie jestem kupiona. Zwłaszcza że wygląd też jest zachęcający.
Filtrowanie wody z wieloma bajerami
Od razu postawmy sprawę jasno – Ninja nie daje nam zwykłego dzbanka za kilka dyszek. Producent poszedł w sprzęt, który jest dla niego typowy. Charakterystyczna bryła i okrągły, cyfrowy wyświetlacz umieszczony na samej górze obudowy budzą natychmiastowe skojarzenia ze słynną maszyną do lodów Ninja Swirl. Ekran nie jest oczywiście dekoracją, bo służy do sterowania precyzyjnym dozowaniem – jednym dotknięciem wybieramy dokładnie taką ilość wody, jakiej w danej chwili potrzebujemy, od małej szklanki po cały garnek na zupę. Panel na bieżąco pokazuje też zużycie wkładu oraz pomaga śledzić codzienne nawodnienie organizmu. Całkiem przydatne, choć jeśli ktoś w ogóle zapomina o wodzie, to tylko zbędny bajer.

W środku też kryje się całkiem sporo technologii. Główna to Precision Pressure, która ma usuwać do 99% z ponad 80 rodzajów zanieczyszczeń, w tym mikroplastik oraz pozostałości leków. To główna różnica z typowymi dzbankami, których filtry najczęściej są przeznaczone osobno do różnego rodzaju zanieczyszczeń, zamiast do wszystkiego na raz. Obecnie najbardziej kluczowe wydaje mi się filtrowanie mikroplastiku, którego w wodzie jest coraz więcej.
Co bardzo ważne, filtracja nie oznacza tu wyjałowienia. System pozbywa się tylko tych cząsteczek, które są szkodliwe, pozostawiając w wodzie wapń, potas i magnez. W miejscach, w których woda w kranie ma bardzo dobrą zawartość minerałów, to będzie ogromna zaleta.


Wydajność też jest niezła, bo mówimy tutaj o wkładzie wystarczającym na około 450 litrów. To definitywny koniec dźwigania ciężkich zgrzewek i kupowania kolejnych plastików.
Przemyślany cios w powolne dzbanki
Samo urządzenie waży niecałe 3 kg i ma naprawdę kompaktowe wymiary, bo szerokość wynosi zaledwie 13 cm. Bez problemu zmieści się więc na blacie, koło zlewu czy nawet na biurku, gdy ktoś ma krótką pamięć co do nawodnienia. Trzeba tylko pamiętać, by mieć w pobliżu kontakt, bo podłączenie do prądu jest konieczne.
Czytaj też: Ninja rozkręciła modę na domowe lody. Teraz konkurencja podnosi poprzeczkę
Jak też wcześniej wspomniałam, mnie kompletnie kupił ten design, zwłaszcza dostępność różnych kolorów. Dzbanek jaki jest, każdy wie. Nie chodzi o to, że jest brzydki, po prostu jest zwykle bardzo nijaki. O Ninja HydraSense Countertop Water Filtration System można powiedzieć wiele, ale na pewno ciężko mu zarzucić brzydotę.


Co prawda to wszystko ma swoją cenę. Za zestaw (z butelką termiczną i filtrem) trzeba bowiem zapłacić 200 dolarów bez jednego centa, czyli około 740 złotych. To równowartość około dziesięciu zwykłych dzbanków Dafi. Różnica jest też w cenie wkładów, bo za jeden trzeba zapłacić niecałe 40 dolarów. W Europie, jeśli sprzęt w końcu się u nas pojawi, ceny będą pewnie nieco wyższe przez podatki.
Tanio więc nie jest, ale producent nie chciał, żeby było tanio. Chciał rozwiązać problem dzbanków, dodając do tego kilka świetnych udogodnień. I trzeba przyznać, że to się udało – koniec powolnego filtrowania, zero męczenia się z montowaniem systemów podzlewozmywakowych. Po prostu ładne urządzenie, które szybko da nam szklankę czystej wody. Jeśli cena nie przekroczy u nas tysiąca złotych, to może rozważę zakup, kiedy już u nas będzie dostępny.
Źródło: Ninja
