Nie sejm, nie rząd, nie wojsko. Tak naprawdę rządzą nami międzynarodowe molochy gospodarcze, które dyktują ustawy, osadzają polityków w gabinetach i bez skrupułów sięgają do naszych portfeli.

 

 

 

„To atak hakerów na nasze serwery oraz serwery co najmniej dwudziestu innych, dużych korporacji międzynarodowych” – ogłosił 1 grudnia 2010 roku koncern Google, właściciel największej na świecie wyszukiwarki internetowej. W komunikacie prasowym zasugerowano, że organizatorem cyberataku jest rząd chiński. W ten sposób zakończyła się trwająca ponad 400 lat era ścisłej współpracy rządów z korporacjami, a rozpoczął okres konfrontacji.

Jej wynik jest wielką niewiadomą. Już bowiem ponad połowa ze 150 największych gospodarek świata to koncerny. Współczesna rzeczywistość coraz bardziej przypomina świat z książek amerykańskiego pisarza książek z nurtu cyberpunk Williama Gibsona (Gibson jest twórcą terminu megakorporacja, rozumianego jako wielki międzynarodowy konglomerat posiadający monopol albo prawie monopol na produkcje jakiegoś towaru, własne suwerenne terytoria i jednostki paramilitarne), w których częstym wątkiem jest właśnie wojna megakoporacji z państwami. Konflikt między Google a Chinami przypomina starcie dwóch państw. Przedstawiciel Google zareagował tak, jak na podobne działanie zareagowałoby państwo: zapowiedział retorsje. Oświadczył, że jego wyszukiwarka nie będzie więcej cenzurować wyników wyszukiwania zgodnie z wymaganiami chińskiego rządu. Równocześnie Google wezwało chiński rząd do rozmów i zagroziło wycofaniem się z Chin, co można przyrównać do odwołania ambasadora.

Królewskie przywileje

Źródeł potęgi dzisiejszych koncernów międzynarodowych należy szukać w początkach epoki podbojów kolonialnych. Konkurowały w niej nie państwa, ale prywatne firmy należące do grup inwestorów, pierwsze na świecie korporacje międzynarodowe, z których najpotężniejszym i najstarszym była Brytyjska Kampania Wschodnioindyjska. Powstała ona w 1600 r. w wyniku nadania jej przez królową Elżbietę I monopolu na handel z Indiami i państwami z Azji Południowo-Wschodniej. Firma miała własną armię, zawierała sojusze polityczne, zarządzała koloniami (m.in. administracją Indii), tworzyła państwa (np. Singapur), a nawet miała prawo emitować własną walutę.

W połowie XIX w. potęga kompanii zaczęła gasnąć (w 1858 r. rząd brytyjski znacjonalizował jej majątek). Korporacje międzynarodowe nie przestały jednak istnieć, tylko przeobraziły się i zmieniły sposób działania.

Absolutnych władców zastąpili demokratycznie wybierani parlamentarzyści, co sprawiło, że korporacje zaczęły sobie po prostu kupować polityków. Oficjalnie nazywa się to dotacjami na kampanię wyborczą. W artykule „Dlaczego warto kupować polityków” napisanym przez Michaela Brusha podaje on, że akcje firm, które dawały najwięcej na kampanię wyborczą w USA w ostatnich 25 latach zyskiwały na wartości przeciętnie o 2,5 punktu proc. rocznie więcej niż rynek. To dużo, biorąc pod uwagę, że średnia długoterminowa stopa zwrotu z akcji w USA wynosi ok. 10 proc. Inaczej mówiąc, najlepszym sposobem na przewidzenie, jak firma będzie sobie radzić, jest sprawdzenie ile płaci politykom. Wszystko wskazuje na to, że efekt ten w przyszłości będzie jeszcze większy – w styczniu 2010 r. Sąd Najwyższy USA uznał, że konstytucyjna zasada nieograniczania wolności słowa dotyczy także korporacji, co oznacza, że mogą one wykupywać reklamy wspierające ich politycznych faworytów albo dyskredytujące ich oponentów. Dotychczas było to zabronione – obawiano się, że wybory zamienią się de facto w starcie między korporacjami i popieranymi przez nie kandydatami. Inni nie będą mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by nawiązać równorzędną walkę. „Już nie będzie senatorów ze stanu Kansas. Będą senatorzy z Microsoft albo senatorzy z General Electric” – lamentował Alan Greyson, jeden z członków Izby Reprezentantów parlamentu USA.

Jednak korporacje rządziły Ameryką znacznie wcześniej. Już w latach 30. ubiegłego wieku prezydent Franklin Delano Roosevelt stwierdził, że „nie da się wygrać wyborów prezydenckich bez wsparcia korporacji naftowych”. Minęło 80 lat i w 2009 rOKU senator Dirk Durbin oświadczył, że „banki są właścicielem senatu Stanów Zjednoczonych”. Nie jest więc zaskoczeniem, że w pierwszej dwudziestce listy największych korporacji świata magazynu „Fortune” jest osiem firm naftowych i cztery banki lub instytucje finansowe. Nie dziwi także, że znajdująca się na czele tej listy sieć sklepów spożywczych Wall-Mart jest jednocześnie największym donatorem polityków w USA na szczeblu federalnym.
Wpłacanie pieniędzy na kampanię wyborczą to tylko jeden z wielu sposobów wywierania przez koncerny nacisku na rządy. Współczesne megakorporacje są tak potężne, że decyzje podejmowane przez ich szefów mają wpływ na gospodarkę całego kraju, a co za tym idzie, na szanse wyborcze tych, którzy są u władzy (jeżeli gospodarka jest w dobrym stanie i wyborcy mają więcej pieniędzy, to zwykle nie próbują zmieniać przywódców). Znany w amerykańskiej gospodarce tzw. efekt Wall-Marta oznacza, że gigant ten swoją polityką maksymalnego zbijania cen powstrzymuje konkurentów przed podwyżkami i w ten sposób obniża inflację w całych Stanach. Z kolei w maju tego roku koncern McDonalds zatrudnił więcej osób niż wszystkie inne firmy w USA razem wzięte i tylko dzięki tej jednej korporacji biuro statystyczne mogło ogłosić spadek bezrobocia w USA.

Rozdawnictwo dla bogatych

Co ciekawe, mimo upływu prawie 100 lat od zakończenia epoki kolonialnej nadal współpraca korporacji z rządami przypomina tę sprzed kilkuset lat. Przed wiekami brytyjscy monarchowie wspierali dotacjami i zwolnieniami podatkowymi Brytyjską Kampanię Wschodnioindyjską – bez nich koncern upadłby wiele lat wcześniej. Teraz np. głównym beneficjentem polityki dopłat do rolnictwa w UE są wielkie koncerny spożywcze, w szczególności cukrownicze. W 2009 r. były to francuskie Tereos ze 178 mln euro dopłat i St Luise Sucre, który otrzymał 144 mln euro. I tak jak przed setkami lat współpracujące z rządami korporacje handlowe zalewały kolonie swoimi towarami, niszcząc lokalny przemysł, tak teraz nadwyżki wyprodukowanej w UE żywności sprzedawane są poniżej kosztów do krajów afrykańskich (w ostatnich latach sprzedawano w ten sposób cukier do Mozambiku), niszcząc rolnictwo tamtejszych krajów (gdyby towary sprzedano w UE, to spadłaby ich cena, co obniżyłoby zyski koncernów). I tak jak w czasach kolonialnych korporacje miały własne, prywatne armie, realizujące interesy swoje i współpracujących z nimi rządów, tak np. za kadencji prezydenta USA Georgea W. Busha potęgą stała się zatrudniająca najemników z całego świata firma Blackwater (obecna nazwa Xe Services LCC) i faktycznie to jej żołnierze w znacznej części prowadzili wojnę w Iraku i Afganistanie, a nie regularna armia amerykańska.

Aby wpływy korporacji utrzymywały się, ważne jest, by opinia publiczna nie zdawała sobie z tego sprawy. Dlatego w USA, kiedy niechęć do korporacji wzrosła do niepokojąco dużych rozmiarów (z badań przeprowadzanych przez instytut Gallupa wynikało, że  ponad dwie trzecie Amerykanów przypisuje korporacjom zbyt wiele władzy),  wybrano na prezydenta Baracka Obamę, w połowie Afroamerykanina, który miał symbolizować zerwanie z rządami wielkich firm, kojarzonymi z bogatymi, białymi mężczyznami.

Oczywiście po wyborach nic się zmieniło, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że kampanię wyborczą Baracka Obamy organizowali członkowie jednej z najbogatszych rodzin w USA – Pritzkerów.
Aż 11 spośród nich figuruje na liście 400 najbogatszych Amerykanów tygodnika „Forbes”, posiadając udziały w największych korporacjach świata. Także w UE Wspólna Polityka Rolna przez większość ludzi jest postrzegana jako system wspierający biednych rolników, choć łatwo można sprawdzić, że 70 proc. środków trafia do 20 proc. największych właścicieli ziemskich, których znaczną część stanowią właśnie koncerny.