Data i czas trwania obserwacji: 14 lipca 1987, przez pięć do siedmiu minut. Opis obiektu: bardzo jasny, okrągły, z małym ogonem, większy od samolotu. Pozycja obserwatora: stał na zewnątrz. Sposób obserwacji: gołym okiem. Ruch obiektu: leciał na zachód, był widoczny aż po horyzont. Warunki pogodowe: wczesny wieczór, widoczność dobra, trochę chmur. Istotne obiekty znajdujące się w pobliżu (słupy elektryczne, wysokie budynki, kominy): nie było. Inni świadkowie: nie wiadomo. Uwagi: facet wygląda na rozsądnego. Inny raport: srebrzyste cygaro unosiło się przez pięć minut nad drogą; obserwowane w pochmurny dzień przez kobietę jadącą na rowerze. W rubryce „uwagi” czytamy: oglądała wcześniej w telewizji program o UFO.

Podobnie wygląda większość raportów spośród setek, które można znaleźć od kilku tygodni na stronach internetowych British Archives. Suchy formularz, rubryki, żadnych zdjęć, czasami tylko jakiś rysunek. Nie wiem, kto fizycznie zajmuje się skanowaniem ton papierów, ale roboty jest mnóstwo. Każdy z dziewiętnastu plików, które ujawniono w październiku 2008 r., liczy po kilkaset stron. Tymczasem odtajnione akta dotyczą dopiero lat 1986–1992 (w maju społeczeństwu udostępniono kilka plików z lat 1978–1987). Stopniowo dokumentów ma przybywać. W latach 1959–2007 Brytyjczycy zarejestrowali ponad 11 tysięcy doniesień o odwiedzinach UFO.

MIĘDZYPLANETARNY SPISEK


Zaraz, zaraz. Czy na pewno UFO? Każdy ekspert komentujący sensacyjne informacje o wizycie latającego talerza zwraca uwagę, że minimum 90 procent obserwacji czegoś, co z niezrozumiałego powodu porusza się na niebie, można wytłumaczyć zupełnie normalnym ziemskim pochodzeniem. „UFO” to czasem refleks światła księżyca na przewodach elektrycznych, balon meteorologiczny, eksperymentalny śmigłowiec czy spadający na ziemię kawałek kosmicznego złomu. Nie wspominając o zmyślnych oszustwach jak – celowo niewyraźne – fotografie rzuconej w powietrze pokrywki od garnka.

Jednak z drugiej strony minimum dwa procent obserwacji dotyczy czegoś, czego nie da się logicznie wyjaśnić. Coś przyleciało, poświeciło, pobrzęczało (choć najczęściej zachowuje się bezgłośnie) i znikło tak samo nagle, jak się pojawiło. Wojsko przyznaje, że radar faktycznie w tym miejscu i czasie coś zauważył. Nikt się jednak do niczego nie przyznaje – żaden samolot tam nie leciał ani tym bardziej się nie rozbił, z kosmosu nic akurat nie spadało, nikt z niczego nie strzelał, faceci od pogody żadnego balonu nie wypuszczali. Jednakże pogoda była doskonała, a naoczni świadkowie liczni, trzeźwi i zupełnie normalni. Wtedy poważnej instytucji poproszonej o opinię wypada otwarcie przyznać: wszystko wskazuje na UFO. Ale uwaga: „UFO” to nie to samo co „statek Marsjan”. Rozwinięcie skrótu to „niezidentyfikowany obiekt latający”. Znaczy to tyle, że żadna z kompetentnych instytucji – armia, wywiad, ministerstwo – nie wie, co to było. Albo – jak powiedzieliby zwolennicy teorii spiskowej – nie chce się przyznać, że wie. Bo podobno światowe mocarstwa już dawno dogadały się z UFO. Aby nie wywołać paniki, rządy o niczym nie informują opinii publicznej, a w zamian korzystają z technologii dostarczanej przez lepiej rozwiniętą cywilizację. Kto wie, czy komputerów i telefonów komórkowych nie zawdzięczamy właśnie kosmitom.

TAJNE PRZEZ POUFNE