O rozczarowaniu światem, który okazał się nie tak egzotyczny, heroiczny i zaskakujący jak nam się wydawało. W Kronice końca świata kontynenty i kraje zmieniają się jak w kalejdoskopie, mieszają ze sobą nie według klucza geograficznego, tylko w zgodzie z podobieństwami pozornie odległych i niezwiązanych ze sobą miejsc i ludzi. Płyniemy więc przez miejsca z pozoru tak różne, jak różne są Lizbona i Tajpej, Londyn i Manila, Bagdad i Paryż.

Odwiedzamy podłe speluny, meczety, gabinety polityków i religijnych przywódców, ale także domy zwykłych ludzi i luksusowe hotele, w których armia speców od zbawiania świata ubija ciemne interesy. Autor nie daje się jednak skusić powierzchownej egzotyce i naiwnym zachwytom nad odmiennością obcych kultur.

W tej książce nikt nie jest święty ani wyjątkowy tylko dlatego, że jest wolontariuszem organizacji pozarządowej czy reporterem, albo dlatego, że ma brodę i turban lub ogoloną czaszkę buddyjskiego ascety. Wszyscy jesteśmy tu do siebie podobni, równie podli i równie wspaniali.

Oto fragmenty książki, która ukazuje się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego:

Tajwański pan Tadeusz

Poczucie onieśmielenia obcością, które pojawiło się w paryskim metrze między XVI dzielnicą a którymś z arabskich gett na przedmieściach gdzieś się ulotniło. Świat spowszedniał a przez to wydawał się bardziej przyjazny. Z perspektywy przedmieść Tajpej można było nie czuć się już Człowiekiem Znikąd, mieszkańcem niezdefiniowanego bliżej kartofliska między Niemcami a Rosją, tylko Człowiekiem Stamtąd, długonosym przybyszem z Zachodu, emisariuszem cywilizacji kawy i dżinsów.

To już był pewien postęp. Naszych chińskich sąsiadów nieodmiennie bawiło zachodnie przywiązanie do kawy albo to, że jadamy chleb na śniadanie i na kolację, zamiast jak normalni ludzie rozkoszować się bogactwem kulinarnych możliwości. Pokpiwali sobie z cywilizacyjnych osiągnięć Zachodu na różne sposoby. Zrobili na przykład z muzyki Mozarta hejnał miejskich śmieciarzy. Miniatura a-moll, znana pod tytułem "Dla Elizy", przerobiona na tandetną melodię z tajwańskiego elektronicznego zegarka zamiast wzruszeń twórczością europejskiego geniusza zapowiadała po prostu porę pozbywania się odpadków.

Zaalarmowani Mozartem rzucaliśmy się więc z naszych mieszkań na łeb, na szyję z workami śmieci w rękach w kierunku sygnału, nadawanego przez zaopatrzony w policyjnego koguta skuter, anonsujący, że nadciąga śmieciarka. Ludzie pchali się i potykali, bo śmieciarka się nie zatrzymywała, tylko sunęła w tempie mozartowskiej melodii, dając każdemu szansę na wrzucenie worka z odpadkami. Spóźnialscy, którzy przegapili frazy mistrza musieli gnać za nią kilka przecznic, bo publicznych śmietników nie było. Codzienny pościg był jedyną szansą na pozbycie się szybko gnijących odpadków.

Czasami zdarzało się, że mozartowskie śmieciowe frazy zagłuszane były przez kakofonię mieniących się wszystkimi kolorami tęczy konduktów pogrzebowych. Przeciągający ulicami żałobnicy za pomocą gongów, bębnów i piszczałek wytwarzali zgiełk, zdolny obudzić umarłego. Im ważniejszy i bogatszy zmarły, tym więcej sztucznych kwiatów pokrywało ciężarówkę, wiozącą trumnę, tym większy huk petard i tym większy jazgot robiła pogrzebowa orkiestra.

Jak już karawan znikał za rogiem do boju ruszali pątnicy. Wąskimi zaułkami, porzuconymi przez pokątnych handlarzy przeciągały religijne procesje ku czci Bogini Morza. W Wietnamie mówili na nią Thien Hau a w Singapurze i Hongkongu Tian Fei lub A-Ma. W Tajpej Bogini Morza miała na imię Mazu. Jedna z jej świątyń przycupnęła w wąskim zaułku na tyłach sklepu Seven 11, tuż koło naszego mieszkania przy stacji Yong Ho w Tajpej.

To Ewa go wypatrzyła. Nie pamiętam już jak miał na imię, ale przyjmijmy, że wołali go Guong-fan. Osiemnastoletni chłopak objeżdżał cały Tajwan w procesjach ku czci Mazu i okazałym mieczem kaleczył sobie czoło.

Chłopak opanował do perfekcji sztukę wymachiwania ciężką bronią. Każdy zamaszysty ruch kończył precyzyjnie tuż nad czołem, tak, że ostrze, zamiast rozłupać czaszkę, pozostawiało jedynie lekkie nacięcie na skórze. Tych uderzeń były jednak dziesiątki, tak, że mimo bawełnianej opaski na czole po twarzy spływały mu strużki krwi, zabarwiając lico na soczysty kolor czerwieni. Chłopak zmieniał się w jednego z demonów, których maski zdobiły ściany świątyń w sąsiedztwie.

Wypytywani o krwawy obrządek Tajwańczycy zazwyczaj zasłaniali się szerokim uśmiechem. Uznawali najwyraźniej, że tego typu obrazki z bocznych zaułków nie pasują do wizerunku nowoczesnej, kosmopolitycznej metropolii.

Nasza przyjaciółka Laura wolała np. opowiadać o malowaniu strusich jaj, egzotycznej sztuce, której nauczyła się w dzieciństwie, spędzonym z  rodzicami na placówce  dyplomatycznej w RPA.

Laura była osobistą sekretarką prezesa publicznego radia, które podobnie jak w Polsce zawsze było i jest polityczną synekurą. Jej boss był szykowany na szefa tajwańskiej dyplomacji, ale Kuomintang przegrał wybory. Stanowiska ministerialne obsadzał prezydent Chen Shui-bien a pan Li musiał zadowolić się mniejszym prestiżem.

W wolnych chwilach Laura wypełniała szklaną gablotę w salonie swojego mieszkania strusimi pisankami, ozdobionymi bajecznie kolorowymi wizerunkami feniksów i jednorożców, do których Chińczycy mają słabość.

Jej mąż, Keh-min miał z kolei zwyczaj włóczyć się po świecie w poszukiwaniu rzadkich gatunków żuków. Niektóre występowały tylko w koronach wysokich na kilkadziesiąt metrów drzew w amazońskiej dżungli - by je badać trzeba było spędzać całe tygodnie na linie, przeczesując górne piętra dżungli. Keh-min to uwielbiał.

Był takim zapaleńcem, że odkrył nawet jakąś nieznaną wcześniej nauce odmianę owada, którą nazwano jego imieniem. Jego kolekcja żuków zajmowała kilka regałów, wypełnionych od podłogi po sufit szufladami, pełnymi zakonserwowanych insektów, ponabijanych na szpilki.

To on przedstawił mi kolegę z dyplomacji, który uparł się ćwiczyć ze mną rosyjski, uznając najwyraźniej, jak wielu przed nim, że będąc z Polski jestem jednocześnie znikąd i na pewno mówię po rosyjsku. Młody dyplomata miał poza imieniem chińskim także angielskie, francuskie i niemieckie. To powszechny zwyczaj wśród Chińczyków, zakładających, że ich oryginale imiona mogą być zbyt trudne do wymówienia dla cudzoziemców. Chociaż może wcale nie chodziło tu o wymowę. To raczej była kwestia konsekwencji, z jaką ci dzielni ludzie próbowali wtapiać się w odmienne etnicznie otoczenie. Stąd też na wskroś Amerykańskie imię naszego gospodarza, który odnosił takie sukcesy w teksańskim biznesie.

Nawet jeśli z oczywistych względów było to fizycznie niemożliwe te ćwiczenia z mimikry były traktowane śmiertelnie poważnie. Prawie każdy miał swoje zachodnie imię. Przedstawiony mi przez Keh-mina dyplomata zmuszał mnie przez chwilę do męczenia języka Puszkina albo raczej Putina tylko po to, by pochwalić się, jak brzmi jego rosyjskie imię.

- Siergiej - oznajmił z dumą, dodając, że ma także polskie.

- A jakież to imię? - zapytałem uprzejmie.

- Tadeusz - odpowiedział z nienagannym akcentem, ale jakoś nie miałem wrażenia, że jesteśmy bliżej domu.