Trochę mnie bawi, że nawet czytanie udało nam się wciągnąć do świata produktywności. Śpimy na wynik, chodzimy na wynik, ćwiczymy na wynik, zbieramy minuty aktywności i serie kolejnych dni. Teraz coraz częściej również odpoczywamy według tabelki.
Problem polega na tym, że książka rzeczywiście może zrobić dla naszego mózgu sporo dobrego. Tyle że jej wartość zaczyna się mocno rozmywać, kiedy zamiast czytać, zaczynamy przede wszystkim zaliczać.
Czytanie naprawdę ćwiczy mózg
Porównanie książki do treningu dla głowy pojawia się tak często, że łatwo uznać je za kolejne hasło z kubka motywacyjnego. Tym razem stoi za nim jednak całkiem sporo badań.
Metaanaliza opublikowana w 2024 roku, obejmująca 70 eksperymentów, wykazała niewielkie, ale istotne korzyści poznawcze związane z czytaniem fikcji. W innych badaniach obserwowano również związek regularnego czytania z lepszym funkcjonowaniem poznawczym w starszym wieku. Trzeba zachować proporcje – książka nie jest szczepionką przeciw demencji – jednak aktywność intelektualna pozostaje jednym z elementów zdrowego starzenia się mózgu.
Dochodzi jeszcze coś, czego nie da się łatwo zmierzyć liczbą przeczytanych stron. Literatura zmusza nas do pozostawania przez dłuższy czas przy jednym wątku, zapamiętywania postaci, przewidywania ich zachowań i patrzenia na sytuacje z perspektywy innych ludzi. Metaanalizy wskazują, że kontakt z fikcją może mieć niewielki pozytywny wpływ na poznanie społeczne, w tym zdolność rozumienia stanów emocjonalnych innych osób.
W świecie krótkich rolek, powiadomień i ciągłego przełączania uwagi już samo spędzenie czterdziestu minut z jednym tekstem wydaje mi się coraz bardziej wartościową umiejętnością.
Kilkadziesiąt książek rocznie wygląda dobrze. Tylko po co?
Cele czytelnicze mają oczywiście sens. Jeśli ktoś przez kilka lat praktycznie nie otwierał książek, postanowienie, że przeczyta jedną miesięcznie, może pomóc odzyskać regularność. Problem pojawia się wtedy, gdy liczba zaczyna decydować o wyborach.

Nagle 600-stronicowa powieść wygląda podejrzanie. Esej, przez który trzeba przedzierać się powoli, psuje statystyki. Powrót do książki przeczytanej pięć lat temu nie zwiększa imponująco listy nowych tytułów. A porzucenie słabej powieści po 150 stronach pozostawia irytujące poczucie, że wykonana praca się nie zaliczyła.
Właśnie na tym polega pułapka gamifikowania czytania. Liczbę łatwo porównać. Mogę powiedzieć, że przeczytałam 70 książek i brzmi to konkretnie. Znacznie trudniej zmierzyć, czy jedna z nich została ze mną na kilka lat, zmieniła moje zdanie albo sprawiła, że zaczęłam interesować się czymś, o czym wcześniej nie miałam pojęcia.
W dyskusjach o współczesnych wyzwaniach czytelniczych coraz częściej pojawia się więc ostrzeżenie przed zamienianiem złożonej przyjemności w kolejny ranking. Cele mogą pomagać zacząć, ale po pewnym czasie powinny zejść na dalszy plan.
W Polsce już samo sięgnięcie po książkę wciąż nie jest oczywiste
Tym bardziej szkoda byłoby obrzydzać czytanie osobom, które dopiero próbują wrócić do tego nawyku. Według najnowszych danych Biblioteki Narodowej w 2025 roku przynajmniej jedną książkę przeczytało 41% Polek i Polaków powyżej 15. roku życia. Wynik pozostaje stabilny, ale oznacza również, że większość dorosłego społeczeństwa przez cały rok po książkę nie sięgnęła.
Nie sądzę więc, żebyśmy potrzebowali kolejnej presji w rodzaju 100 książek przed czterdziestką albo 30 klasyków, które trzeba znać. Bardziej przekonuje mnie prostsze podejście: znaleźć książkę, przy której naprawdę chce się zostać.
Może być kryminał, romans, reportaż, biografia kierowcy wyścigowego albo historia starożytnego Rzymu. Nie każda lektura musi rozwijać zawodowo, poszerzać kompetencje i dostarczać pięciu życiowych lekcji do zapisania w notesie.
Czasem wystarczy, że odciągnie nas od telefonu.
Dobre czytanie bywa również powolne
Jest jeszcze jeden aspekt, który szczególnie łatwo zgubić w pogoni za liczbami. Czytanie potrzebuje czasu.

Czasem zatrzymujemy się na stronie. Cofamy kilka akapitów. Odkładamy książkę i myślimy o niej następnego dnia. Wracamy do poprzedniego tomu. Czytamy ten sam fragment drugi raz. Wszystkie te zachowania wyglądają fatalnie w tabeli produktywności, ale właśnie wtedy lektura potrafi być najbardziej wartościowa.
Czytanie przed snem może zresztą mieć także znacznie bardziej bezpośrednią korzyść. W randomizowanym badaniu osoby, które czytały książkę w łóżku przed zaśnięciem, częściej zgłaszały poprawę jakości snu niż uczestnicy z grupy kontrolnej.
Może więc zamiast pytać pod koniec roku, ile książek udało nam się zaliczyć, warto czasem zadać sobie inne pytanie: ile z nich w ogóle pamiętamy?
Mam wrażenie, że jedna świetna książka przeczytana powoli może dać więcej niż pięć pochłoniętych w pośpiechu dla kolejnej cyfry w aplikacji. I chyba właśnie dlatego książki pozostają tak dobrym treningiem dla głowy. W prawdziwym treningu również nie chodzi przecież o to, żeby wykonać jak najwięcej przypadkowych ruchów.
