Patrzę na niego i mam wrażenie, że pytanie o dokładność wskazania godziny staje się wręcz niegrzeczne. Ten zegarek ma ambicję przetrwać właściciela, jego dzieci, wnuki i całkiem pokaźną część drzewa genealogicznego. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś przez kolejne stulecia będzie pamiętał o jego serwisowaniu.
UR-1001 Amadeus wygląda, jakby barok spotkał statek kosmiczny
URWERK rzadko projektuje zegarki, które można pomylić z czymkolwiek innym. UR-1001 Amadeus podkręca tę zasadę jeszcze bardziej. Ma 106 mm wysokości, 62 mm szerokości i 23 mm grubości, więc słowo kieszonkowy należy traktować dość umownie. To kawał tytanu, bardziej przypominający miniaturowy instrument pomiarowy albo rekwizyt z futurystycznego laboratorium niż zegarek odziedziczony po dziadku.

Tyle że futurystyczną konstrukcję przykryto dekoracją kojarzącą się z zupełnie inną epoką. Za wykonanie obudowy odpowiada Florian Güllert, austriacki grawer specjalizujący się przede wszystkim w zdobieniu broni myśliwskiej. Nad Amadeusem pracował około trzech miesięcy, poświęcając mu w sumie mniej więcej 500 godzin.
Titan nie należy przy tym do materiałów szczególnie wdzięcznych dla grawera. Wstępne kontury wykonano laserowo, a później rozpoczęła się żmudna praca ręczna – z wykorzystaniem dłut pneumatycznych i pilników. Poszczególne powierzchnie otrzymały odmienne faktury, dzięki czemu wzór zmienia charakter wraz z padającym światłem.
Efekt jest osobliwie atrakcyjny. Na bokach pojawiają się barokowe liście akantu, z tyłu motyw przypominający gotycką rozetę, a koronka została uformowana niczym niewielka korona. Pod tym wszystkim nadal znajduje się typowy dla URWERK industrialny kokpit. W teorii takie połączenie powinno prowadzić do stylistycznego bałaganu. W praktyce właśnie przesada nadaje Amadeusowi charakter.
Godzina jest tutaj dopiero początkiem
Mechaniczna część tej konstrukcji wywodzi się z UR-1001 Zeit Device zaprezentowanego już w 2011 roku. URWERK wykorzystał charakterystyczny satelitarny sposób wskazywania godzin. Obracające się elementy współpracują z retrogradowym wskazaniem minut, a obok znalazły się między innymi kalendarz roczny, wskazanie dnia i nocy oraz rezerwa chodu wynosząca 39 godzin. Mechanizm pracuje z częstotliwością 4 Hz i wykorzystuje 51 kamieni.

Normalny zegarek mógłby w tym miejscu uznać zadanie za wykonane. URWERK najwyraźniej dopiero się rozgrzewał.
Po odwróceniu Amadeusa pojawia się wskaźnik informujący o zbliżającym się serwisie mechanizmu. Towarzyszy mu licznik czasu pracy obejmujący 100 lat. Ten przesuwa się w pięcioletnich etapach, trochę jak licznik przebiegu samochodu zaprojektowanego przez kogoś z wyjątkowo optymistycznym podejściem do trwałości pojazdów.
Po każdych 100 latach pracy mechanizmu kolejny wskaźnik wykonuje niewielki ruch. Pełną drogę pokona po 1000 latach. To jedna z tych komplikacji zegarmistrzowskich, których praktycznej użyteczności trudno bronić z poważną miną. I chyba właśnie dlatego tak dobrze pasuje do URWERK.
Jest tylko jeden drobny problem z tym tysiącem lat
Licznik nie pokazuje po prostu upływu czasu kalendarzowego. Rejestruje czas, przez jaki działa mechanizm. Jeśli zegarek trafi na kilkadziesiąt lat do sejfu i pozostanie nieruchomy, tysiącletnia podróż również stanie w miejscu.

To zmienia Amadeusa w ciekawy eksperyment dotyczący naszej relacji z luksusem. Żeby jego najbardziej spektakularna funkcja miała sens, kolejne pokolenia powinny faktycznie używać zegarka, nakręcać go, konserwować i przekazywać dalej. Tymczasem wyjątkowy, prawdopodobnie astronomicznie drogi egzemplarz będzie kusił właściciela, by potraktować go jak muzealny eksponat.
Cena Amadeusa nie została ujawniona. Dla skali można przypomnieć, że osiem pierwotnych egzemplarzy UR-1001 z 2011 roku kosztowało po 340 000 franków szwajcarskich, czyli według obecnego kursu około 1,57 mln zł. Jedyny w swoim rodzaju, bogato grawerowany Amadeus raczej nie celuje w bardziej masowy segment rynku.
Kto właściwie kupuje zegarek na następne tysiąclecie?
URWERK mówi o przyszłym posiadaczu raczej jak o opiekunie przedmiotu niż jego ostatecznym właścicielu. I akurat tutaj ta górnolotna terminologia ma trochę sensu.
Za 100 lat człowieka, który kupi Amadeusa, prawdopodobnie już nie będzie. Za 500 lat trudno przewidzieć nawet język, którym będą posługiwać się jego potomkowie. Za 1000 lat możemy żyć w świecie, którego dzisiejsze wyobrażenia science fiction opisują równie trafnie, jak średniowieczne ilustracje opisywały podróże kosmiczne.

A gdzieś w tym wszystkim miałby nadal działać niewielki mechaniczny wskaźnik przesuwający się po skali.
Mam sporą sympatię do takich projektów. W czasach, gdy elektronikę często wymieniamy po kilku latach, ktoś poświęcił 500 godzin na ozdobienie urządzenia zaprojektowanego z myślą o mierzeniu tysiąca lat pracy. Jest w tym przesada, luksus i odrobina absurdalnego optymizmu.
UR-1001 Amadeus może nigdy nie zobaczyć końca własnej skali. Sam fakt, że ktoś postanowił ją tam umieścić, wystarcza jednak, by ten zegarek zapamiętać.
