Efekt jest dość osobliwy. Stan Smithy od dawna żyją już bardziej w szafach niż na korcie, więc przeniesienie ich w stronę baletek nie jest zdradą sportowego dziedzictwa. To raczej kolejny etap tego samego procesu: klasyk, który przez lata był bezpiecznym białym butem do wszystkiego, dostaje nowy kształt i zaczyna mówić językiem trendu, który jeszcze niedawno kojarzył się głównie z baletcore, satyną, kokardkami i miękką dziewczęcością.
Stan Smith schodzi niżej
Adidas Stan Smith Lo Ballet ma smuklejszy profil, miękką skórzaną cholewkę, gumową podeszwę i zapięcie na pasek z rzepem, które zastępuje klasyczne sznurowadła. Zostają perforowane trzy paski, czyli detal, bez którego ten model straciłby rozpoznawalność. But pojawił się m.in. w wersjach Core Black, Cloud White, Cloud White/Green oraz Aurora Coffee/Cream White. Cena w europejskich sklepach wynosi około 99 euro, czyli mniej więcej 430 zł.

To nie jest mała kosmetyczna zmiana w stylu nowego koloru podeszwy. Sylwetka faktycznie przesuwa się w stronę baleriny. But wygląda lżej, bardziej płasko i bardziej modowo, choć nadal nie zrywa całkiem z DNA Stan Smithów. I właśnie w tym tkwi jego siła. Adidas wymyślił hybrydę, która może wejść do codziennego obiegu, bo łączy dwie rzeczy, które moda lubi najbardziej: znajomy znak i świeżą proporcję.
Baletki wróciły, ale nie każda stopa chce cierpieć
Powrót baletek był do przewidzenia. Po latach masywnych sneakersów, ciężkich podeszw i butów wyglądających jak sprzęt do trekkingu po Marsie, moda musiała w którymś momencie skręcić w stronę lekkości. Baletki dają sylwetce delikatność, dobrze wyglądają z dżinsami, sukienkami, lnianymi spodniami i tym całym miejskim minimalizmem.

Problem polega na tym, że klasyczne baletki bywają bezlitosne. Cienka podeszwa, brak stabilizacji, obtarcia, szybkie zmęczenie stopy – wiele kobiet zna ten pakiet aż za dobrze. Bardzo cieszyłam się, gdy skończyła się moda na ich noszenie. Dlatego hybrydy w rodzaju Stan Smith Lo Ballet są całkiem logiczną odpowiedzią na trend. Dają kształt baleriny, ale zostawiają trochę sportowego zaplecza. Mogą być wygodniejsze niż typowe płaskie baletki kupione głównie dlatego, że ładnie wyglądały w sklepie.
Moda coraz częściej obraca się wokół estetyki, która ma wyglądać lekko, ale życie zwykle nie jest stylizowaną sesją przy kawiarni. Trzeba przejść po chodniku, dobiec do tramwaju, spędzić pół dnia poza domem. But, który próbuje pogodzić delikatny wygląd z bardziej użytkową konstrukcją, ma większe szanse przetrwać.

Klasyki przestały być nietykalne
Stan Smith to jeden z tych modeli, które przez lata traktowano jak modowy biały talerz. Niby prosty, niby oczywisty, a jednak pasujący do prawie wszystkiego. Jego siła polegała na neutralności. Tyle że neutralność też się starzeje. Gdy coś przez dekady pozostaje symbolem dobrego, bezpiecznego wyboru, w końcu zaczyna domagać się zmiany, choćby po to, żeby młodsze osoby nie widziały w nim wyłącznie buta z szafy rodziców.
Adidas dobrze to wie. Samba, Gazelle, Handball Spezial i Stan Smith od kilku sezonów wracają w kolejnych odsłonach, kolorach i współpracach. Ale sama nostalgia przestaje wystarczać. Konsumentki nie chcą już tylko kolejnej wersji znanego modelu. Chcą detalu, który uzasadni zakup.

Stan Smith Lo Ballet właśnie tym jest. Dla jednych może wyglądać jak eksperyment zbyt delikatny, dla innych jak idealny kompromis między sneakersem a baletką. Mnie bardziej przekonuje w ciemnej wersji, bo czarny wariant wygląda mniej dosłownie i łatwiej ucieka od skojarzenia z tenisówką po cięciu. Biała wersja z zielonym akcentem najmocniej trzyma się oryginału, ale przez to może też budzić największe wątpliwości. Widać, skąd przyszła.
Buty z pogranicza mówią sporo o naszych szafach
Takie modele pokazują, jak bardzo zmieniło się myślenie o codziennym ubieraniu. Kiedyś kategorie były prostsze. Sneakersy były sportowe, baletki kobiece, mokasyny eleganckie, sandały wakacyjne. Dziś te granice są rozmazane jak makijaż po długim dniu w mieście. W jednej parze butów chcemy wygody, trendu, rozpoznawalnego logo i możliwości noszenia do kilku stylizacji.
Stan Smith Lo Ballet wpisuje się w ten apetyt na wielozadaniowość. Może pasować do prostych spodni i białej koszuli, ale też do sukienki, szortów czy szerszych dżinsów. Nie ma w sobie przesadnej elegancji, więc nie będzie wyglądał jak but zabrany z weselnej torebki. Nie jest też typowym sneakersem, więc może dodać stylizacji trochę miękkości.

Czy to trend na chwilę?
Pewnie po części tak. Baletkowe sneakersy są mocno osadzone w aktualnym momencie, a moda ma skłonność do szybkiego nudzenia się własnymi pomysłami. Za rok możemy wrócić do cięższych podeszew albo kolejnego wcielenia butów retro. Ale nawet jeśli Stan Smith Lo Ballet nie stanie się nową Sambą, pokazuje ciekawy kierunek: marki coraz śmielej przerabiają swoje archiwa, zamiast tylko je odkurzać.
Baletki ze Stan Smithów brzmią jak pomysł z tablicy trendów, na której ktoś połączył dwa modne hasła. W praktyce wychodzi z tego but, który ma szansę znaleźć odbiorczynie nie tylko wśród kolekcjonerek nowości. Dla mnie to jeden z tych projektów, przy których zaczynam wyobrażać sobie, do czego właściwie mogłabym je założyć. A to w modzie bywa pierwszym krokiem do kapitulacji.
