Nie wiem, czy to jest emocjonujące, ale...w jakimś jasnowidzeniu napisałem kiedyś piosenkę „Stany Zjednoczone Europy”. Dwa lata później, w kwietniu 1988 roku, w kolejnym amoku założyłem zespół Miłość. To był taki moment, kiedy miałem już dość studiów na kierunku anglistyka na Uniwersytecie Gdańskim.

Dlaczego?

Nie pasowała mi nauka metodyki, gramatyki opisowej ani ludzie z politologii, którzy pierdolili o dziełach Lenina itd. Żeby pójść na koncert, musieliśmy prosić o zwolnienie z zajęć na uniwerku. Poczułem, że muszę zadziałać radykalnie i ruszyć w kierunku zawodowym, czyli muzycznym. Mieszkałem wtedy z Mikołajem Trzaską i jego dziewczyną w Gdańsku-Osowej, tam mieliśmy też klub, w którym spotykaliśmy się co weekend z różnymi poetami, wariatami, filozofami i do rana dyskutowaliśmy o życiu. Było wino, ale nie za często, bo sklepy nocne i całodobowe stacje benzynowe, na których można kupić piwo i fajki, nie istniały. Czasem ktoś przyniósł z sobą jakąś nalewkę albo jedno wino – jugosłowiańskie patykiem pisane. Czasem była wódka. Poza tym Polska wyglądała dość szaro, smutno. Smętnie i depresyjnie.

To był również czas strajków na gdańskim uniwersytecie.

Tak. Dowiedziałem się, że będzie ogólnopolski studencki strajk, który miał być sygnałem poparcia dla związków zawodowych. Koniec kwietnia to musiał być albo początek maja 1988 r. Namówiłem Mikołaja Trzaskę, żeby poszedł ze mną. Wzięliśmy śpiwory i wyruszyliśmy na uniwerek. Po drodze spotkaliśmy służby ZOMO i mieliśmy trochę cykora. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Pamiętam, że baliśmy się, iż może dojść do spacyfikowania uniwersytetu. Najpierw było tam może z pięć osób, potem już pięćset spało na korytarzach. Tam, gdzie jeszcze niedawno miałem wykłady, paliliśmy teraz papierosy. Rano budziliśmy się w kącie sali, przejmowaliśmy różne „zakazane” gabinety, można było spać na ławkach, na stołach. Absolutne rozprzężenie. My z Mikołajem umilaliśmy ludziom czas, grając jamy. Od rana do wieczora. Muzycznie było to dość żałosne, bo wtedy ledwie graliśmy na tych swoich instrumentach, ale zrobiliśmy nawet salę koncertową i ludzie zaczepiali nas, żebyśmy dla nich występowali. W pewnej chwili zjawił się niejaki „Chomik” z klarnecistą Mazzolem, którzy zrobili performance. „Chomik” spodobał nam się tak bardzo, że wszedł do wczesnego składu Miłości.

A strajk?

Jego historia jakoś się nagle skończyła, całe niebezpieczeństwo, groźba, wszystko rozeszło się po kościach. Poszliśmy do domów. Następnego dnia przyszedłem do rodziców Mikołaja Trzaski na obiad. Wtedy właśnie w telewizji powiedziano, że odbędzie się spotkanie polityków – za miesiąc, dwa – przy Okrągłym Stole, że decydenci będą rozmawiać z komunistami o podzieleniu się władzą. Wtedy to poczułem.

Co?

To, że to wszystko jest możliwe, że jest światełko w tunelu i zaraz skończy się komuna. To było cudowne uczucie. Tak jakby ktoś mi powiedział, że z dziesięcioletniego wyroku zostaje mi 9 lat umorzonych. Niebywałe.

Ale ty nie byłeś jakimś wielkim aktywistą w tamtym czasie.

Nie. Unikałem sytuacji konfrontacyjnych, bo czułem, że moje życie jet ważniejsze niż rzucanie kamieni w ludzi w mundurach z karabinami. Raz mnie spałowali i kiblowałem. To wszystko. Trzymałem się raczej na uboczu, ale widziałem, jak np. mój kolega poeta Antoni Kozłowski został szkaradnie pobity przez ZOMO. Stracił oko, do dziś kuleje. W 1985 roku miałem „naście” lat i moja aktywność to było rozprowadzanie ulotek. Byłem daleko od politykowania, bo po prostu czułem, że to przeminie. Czytałem książki opozycyjne o tematyce łagrowej, typu Grudziński, i myślałem sobie wtedy, że później historia i tak owija te wszystkie wielkie działania w swój żółty papier z przedwczorajszych biuletynów. Doceniałem wszystkich, którzy spędzili całe życie na walce z systemem, ale wtedy w głowie bardziej miałem sztukę. Okrągły Stół pokazał nam jednak, że jesteśmy w wolnym kraju i zaczęliśmy z Mikołajem zarabiać na ulicy, grając jakieś dyrdymały. Zarabiając na lody, na frytki, na obiad w barze mlecznym. Uważam, że Okrągły Stół był jedynym sposobem przejęcia władzy od komunistów. Odbył się bez rozlewu krwi i to była wielka mądrość ludzi pokolenia Michnika czy Kuronia.

A wiesz, że dziś nie wszyscy tak myślą?

Jeśli ktoś miał szóstkę dzieci i wiedział, że sytuacja może trwać jeszcze dziesięć lat, trzydzieści, a może całe życie? Podpisywanie lojalki w 1985 roku to była sytuacja normalna. Uważam, że opowiadanie historii Okrągłego Stołu przez tych wszystkich ludzi, którzy nie mają pojęcia, co to jest konspiracja czy siedzenie w więzieniu, jest obłudą i chamstwem totalnym. Kołtunerią. Robią to te małe pieprzone kundle, które w tamtym czasie srały w gacie ze strachu albo siedziały w piaskownicy, robiąc sobie kopczyki, a teraz przywłaszczają sobie tę historię i twierdzą, że można było inaczej. To jest totalny fałsz.

A swój wkład jak byś ocenił?

Ja byłem wtedy za młody. Trochę zdziwił mnie złoty medal i dyplom, który parę miesięcy temu otrzymałem: „Uczestnikom strajku 1988”.