Ponad trzy miliony mieszkańców Leningradu doskonale wiedziało, co robić, kiedy Wiaczesław Mołotow w radiu obwieścił, że nadszedł czas wojny z III Rzeszą. 22 czerwca trzeba po prostu po raz kolejny powtórzyć to, co robiono już w czasach wojny domowej. Zadanie było pozornie proste: spieniężyć jak najszybciej biżuterię lub wybrać środki z banku i za pieniądze zdobyć to wszystko, co może być potrzebne. Kaszę, mąkę, zapałki. Liczył się czas. Byle szybko, byle zdobyć jak najwięcej. Kiedy ten „wyścig” się skończył, miasto zapadło w  letarg. W  bankach zabrakło już pieniędzy. Za to, czego nie udało się wydać w sklepach, znowu robiono zakupy u jubilerów. Na czarną godzinę. W której trzeba było reagować szybko. Kiedy w połowie lipca otwarto sklepy komercyjne, towaru starczyło w nich na niecałe dwa dni. 

Potem już można było spokojnie czekać. Chociaż słowo spokojnie nie jest w tym wypadku najlepsze, bo nie da się spokojnie czekać na nie wiadomo co. Nikt nawet w najbardziej zwyrodniałych myślach nie mógł przewidzieć, co tak naprawdę spotka miasto i jego mieszkańców.

Na froncie Niemcom układało się, jeżeli nie wszystko, to zdecydowana większość. Führer musiał być zadowolony z postępów grupy Armii „Północ” dowodzonej przez feldmarszałka Wilhelma von Leeba. Na tyle, że wyznaczył nawet datę zdobycia miasta: 20 lipca 1941 r. Brigadeführer SS Franz Stahlecker, dowódca specjalnego oddziału do zwalczania Żydów i Cyganów Einsatzgruppe A, widział się już w roli komendanta miasta. Chciał objąć swój „urząd” już 18 lipca. Einsatzgruppe miało w Leningradzie ważne zadanie do wykonania. Hitlerowi zależało na tym, żeby Niemcy nie musieli martwić się o wyżywienie ludzi w mieście. Trzeba było więc zniszczyć Leningrad i uniemożliwić pozostanie w nim ludności. Jednak nie wszystko szło gładko, a po początkowych sukcesach tempo Wehrmachtu spadło. Niemcy posuwali się do przodu, ale już zdecydowanie wolniej niż na początku ofensywy. W drugiej połowie sierpnia sytuacja Leningradu stawała się krytyczna. Miasto było już bezpośrednio zagrożone. „Stalin coraz bardziej nerwowo reagował na doniesienia z północy. Zżymał się na dowodzącego wojskami marszałka Klimenta Woroszyłowa i sekretarza partii Andrieja Żdanowa. »Leningrad to nie byle jaka mieścina, tylko druga stolica. Przedstawcie konkretny plan obrony« – przypominał, sugerując, by odpowiedzialni wzięli się do roboty” – mówi „Focusowi Historia” Andriej Kriakow, rosyjski historyk. W końcu Stalin nie wytrzymał i odwołał Woroszyłowa do Moskwy, a na front skierował marszałka Gieorgija Żukowa. W tym czasie impet niemieckich oddziałów był największy. Wszelkimi siłami trzeba było je zatrzymać. A że Żukow nie liczył się z ludźmi, to rozkaz „ani kroku wstecz”, który sam wydał, potrafił wyegzekwować. Mimo to pierścień okrążenia zamknął się we wrześniu. Rozpoczęło się niemające odpowiednika ani w przeszłej, ani w przyszłej historii wojen, oblężenie miasta. Miasta, w  którym wciąż przebywały ponad dwa miliony mieszkańców. Początkiem były masowe bombardowania.

POCZĄTEK GŁODU

24 września. „Wczoraj było jedenaście alarmów przeciwlotniczych. Żłobki i przedszkola przeniosły się do schronów”. 25 września. „Przez całą noc eksplozje i ognisty deszcz bomb zapalających i burzących. Obydwie nie wychodziłyśmy z  upiornie zimnego schronu. Po rurach jak linoskoczki chodziły szczury” – tak wspomina dwa dni z życia na początku blokady Jelena Koczyna, 33-letnia matka kilkumiesięcznej dziewczynki o imieniu Lena. Kiedy przerywane jest bombardowanie, do głosu dochodzi artyleria. Pod ostrzałem trzeba iść do pracy, po chleb, po sojowe mleko dla dziecka. Coraz mniej leningradczyków siedzi w schronach. Tylko wychodząc, można znaleźć coś do jedzenia. Racje chleba są coraz mniejsze, a zapasy kurczą się w zastraszającym tempie. Kartki, które wprowadzono zaraz po wybuchu wojny, przestają wystarczać. Jest coraz zimniej. Niedożywieni ludzie szybciej odczuwają zimno. Niedożywieni ludzie coraz częściej pokazują, kim są tak naprawdę. Na ulicach pierwsze bójki o chleb. Coraz mniej nadziei dla najmłodszych. Z pamiętnika Kocziny: „5 października. Nie mam już pokarmu, zanikł. Wypijam na noc cały rondel wody, ale to nie pomaga. Lena szlocha i tarmosi moją pierś jak małe zwierzątko (biedulka!). Teraz cały olej i cukier, jaki dostajemy na kartki, oddajemy jej”. Na miasto spada jakby coraz mniej pocisków, ale to tylko pozory. Leningradczycy przyzwyczaili się do nich. „Trwa ostrzał artyleryjski dzielnicy” – takie radiowe komunikaty nie robiły już większego wrażenia, bo nadchodził kolejny wróg. O wiele bardziej zdradliwy. Do Leningradu wkraczał prawdziwy głód.

APOGEUM