Leonardo da Vinci na tacy. Człowiek renesansu zaskakuje nawet 500 lat po śmierci

Warte fortunę dzieła renesansowego mistrza znajdowano na farmach, w antykwariatach, a nawet wśród kuchennych sprzętów! Każdy rok przynosi kolejne sensacyjne odkrycia związane z Leonardem.
Leonardo da Vinci na tacy. Człowiek renesansu zaskakuje nawet 500 lat po śmierci

Pomimo że od śmierci Leonarda da Vinci upłynęło bez mała pięćset lat, ciągle wychodzą na jaw nowe fakty z jego życia i nieznane wcześniej dzieła. Carlo Pedretti – dyrektor Centrum Badań nad Leonardem da Vinci przy Uniwersytecie w Kalifornii – tłumaczy, że nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy, jak ogromną pozostawił spuściznę. „Zachowało się ponad 10 tys. rękopisów i rysunków, a to jedynie niewielka część tego, co stworzył; był aktywny w tak wielu różnorodnych dziedzinach – od anatomii po geologię i hydraulikę, jako wzięty malarz miał swych uczniów i naśladowców”.

BEZCENNY AUTOPORTRET

Uchodzący za geniusza wszech czasów da Vinci fascynuje nie od dziś. Jednym z jego entuzjastów był książę Vincenzo Pinelli, autor pierwszej (1585) książki o malarstwie Leonarda. Ten szlachetnie urodzony erudyta zgromadził w posiadłości w Acerenzy na południu Włoch wiele rękopisów i dzieł artysty. To zapewne z jego zbiorów pochodzi odkryty w 2009 r. w Salerno (w domu arystokratycznej rodziny proszącej o zachowanie anonimowości) portret Leonarda, wykonany na topolowej desce o rozmiarach 60 na 44 cm (na stronie obok). Zdaniem uczonych jako jedyny odzwierciedla prawdziwą twarz renesansowego geniusza. Przedstawia Leonarda jako pięćdziesięcioletniego mężczyznę o długich jasnokasztanowych włosach oraz bujnej brodzie i wąsach w takim samym kolorze. Jego cera i bystre spojrzenie sprawiają, że wygląda stosunkowo młodo. Nie przypomina sędziwego starca ze słynnego autoportretu znajdującego się w Bibliotece Królewskiej w Turynie, który przez wieki kształtował nasze wyobrażenie o fizjonomii genialnego Toskańczyka.

Obecni właściciele obrazu nie wiedzą, jak portret trafił do ich rodziny. Ba, nigdy nie zdawali sobie sprawy z tego, jaki skarb posiadają! Sądząc, że to kiepska podobizna Galileusza, arystokraci używali malowidła jako… tacy.  Nicola Barbatelli, historyk sztuki specjalizujący się w malarstwie renesansowym, zobaczył tę niezwykłą tacę przez przypadek. Od razu uderzyło go podobieństwo do wizerunku Leonarda znajdującego się we florenckiej Galerii Uffizi – który przez wieki uważano za autoportret, a dopiero w 1938 r. ustalono, że powstał w wieku XVII. Dziś wydaje się, że wzór dla nieznanego twórcy dzieła mógł stanowić właśnie obraz z „tacy”. 

Wartość dzieła z „tacy” podniósł jeszcze fakt, że naukowcy uznali je – po badaniach technicznych i ocenie historyczno-artystycznej – za autoportret geniusza! Jedną z poszlak jest znajdujący się na spodzie deski napis „Pinxit mea” („moje dzieło”), który zdaniem grafologów z uniwersytetu w Urbino prawdopodobnie został sporządzony przez Leonarda. O tym, że miał on „tacę” w swych rękach, świadczą też badania daktyloskopijne. Wykazały podobieństwo znalezionego na dziele odcisku palca z liniami papilarnymi odkrytymi na „Damie z gronostajem”. A w jej przypadku uczeni są zgodni, że należały do autora, bo Leonardo miał w zwyczaju rozprowadzać farbę kciukiem.

DNA NAJSŁYNNIEJSZEJ MODELKI

Od czasu słynnej kradzieży z Luwru (1911) „Mona Lisa” to najbardziej analizowane malowidło wszech czasów. Badacze nie są zgodni, kim jest uwieczniona na portrecie matrona. Istnieje kilkanaście hipotez dotyczących jej tożsamości. W opublikowanych w 1550 r. „Życiorysach” Giorgio Vasari napisał, że to Lisa Gheraldini (jej mężem był dużo od niej starszy nowobogacki kupiec Francesco del Giocondo). Zwolennikiem tej tezy jest m.in. Giuseppe Pallanti, który w 2006 r., po latach żmudnych poszukiwań, odnalazł we florenckich archiwach akt zgonu Lisy – zmarła 15 lipca 1542 r. w wieku 63 lat i została pogrzebana w klasztorze św. Urszuli. W 2012 r. Silvano Vinceti (zwany włoskim Indianą Jonesem) ogłosił, że w ruinach klasztoru, za ołtarzem, namierzył miejsce jej pochówku. Wybuchła sensacja.

Na miejscu wykopano jednak aż osiem niekompletnych szkieletów po-chodzących z różnych okresów. Zespół naukowców z Uniwersytetu w Bolonii pod kierownictwem prof. Giorgia Gruppioniego wyselekcjonował za pomocą metody datowania radiowęglowego szczątki trzech kobiet, żyjących w XVI w. Aby ustalić, które z nich należały do Lisy, uczeni postanowili porównać ich DNA z materiałem genetycznym potomków Gheraldini. Pierwsza próba – otwarcie krypty jej syna Piero, spoczywającego we florenckiej bazylice Santissima Annunziata – nie przyniosła spodziewanych rezultatów, bo zły stan kości uniemożliwił pobranie DNA. Lecz „Indiana” Vinceti nie dał za wygraną. W 2015 r. poinformował, że po ustaleniu drzewa genealogicznego Gheraldinich udało mu się dotrzeć do jej żyjącej potomki-ni – Natalii Strozzi Guicciardini, która gotowa jest udostępnić swe DNA do badań porównawczych. Środowisko naukowe podważyło jednak wiarygodność i sensowność pomysłów Vincetiego. Historyk sztuki Tomaso Montanari stwierdził, że gdy tylko dotyka się Leonarda, zdrowy rozsądek ulatnia się jak kamfora. Pojawiła się również opinia, że  DNA nie wystarczy. Potrzebna jest też czaszka Lisy, by stwierdzić, czy to faktycznie ona pozowała Leonardowi do słynnego obrazu.

BLIŹNIACZKI MONA LISY

Sen z powiek spędza badaczom także pytanie, ile wersji „Mona Lisy” stworzył Leonardo. W 1584 r. Gian Paolo Lomazzo napisał, że mistrz namalował dwie uśmiechające się damy: „Mona Lisę” i „Giocondę”.

Ten ceniony w swej epoce historyk sztuki powołał się na Francesca Melziego, ulubionego ucznia Leonarda i spadkobiercę jego prac naukowych. Melzi sugerował historykowi, że przedstawiająca młodszą kobietę „Gioconda” powstała wcześniej i posłużyła do namalowania „Mona Lisy”. Więk-szość uczonych jest zgodnych, że „Mona Lisę” Leonardo sprzedał francuskiemu królowi Franciszkowi I, a portret ten jest dziś eksponowany w Luwrze. Losy „Giocondy” stanowią zaś zagadkę. Także inni autorzy potwierdzali istnienie dwóch „uśmiechniętych” portretów. Tyle że w ostatnich latach wy-szły na jaw… aż trzy bliźniacze kopie obrazu! W 2011 r. publiczność mogła obejrzeć tzw. Mona Lisę Młodszą, znaną też jako „Mona Lisa z Isleworth”. Obraz, o którym pierwsze wzmianki pojawiły się w połowie XIX w., przez ostatnie półwiecze przechowywano w sezamie szwajcarskiego banku. Dziś reklamowany jest przez międzynarodowe konsorcjum będące obecnie jego właścicielem jako pierwsza wersja słynnego portretu z Luwru. Konsorcjum kupiło dzieło w 2003 r. od spadkobierców Elizabeth Meyer, towarzyszki życia kolekcjonera sztuki Henry’ego Pulitzera, który, aby je nabyć, sprzedał sporą część swego majątku. To on zaczął przekonywać o autentyczności „Mona Lisy z Isleworth”, utrzymując, że to „Gioconda” (czyli wcześniejsza wersja, o której wspomniał w swym traktacie Gian Paolo Lomazzo). Jednak zdaniem większości badaczy to tylko kopia. Kto jest jej autorem – nie wiadomo.

Drugą „bliźniaczkę” znaleziono w styczniu 2012 r. w magazynach madryckiego muzeum Prado. Do kolekcji hiszpańskiej rodziny królewskiej obraz trafił w 1666 r. Do XVIII w. był znany pod nazwą „Gioconda hermosa (piękna)” i uchodził za dzieło samego mistrza. Potem popadł w zapomnienie. Dziś badacze nie mają wątpliwości, że choć obraz jest współczesny da Vinci, nie wyszedł spod ręki toskańskiego geniusza. Zdaniem ekspertów z Prado powstał w latach 1503–1506, a jego autorem jest któryś z uczniów Leonarda: Francesco Melzi bądź Gian Giacomo Caprotti (znany z androginicznej wersji „Mona Lisy” zatytułowanej „Monna Vanna”). To oni pewnie malowali kopię, podczas gdy mistrz tworzył oryginał. Obie kobiety na obrazach są do siebie bardzo podobne. Po oczyszczeniu dzieła z Prado z czarnego tła, które było modne w XVIII w., okazało się, że krajobraz w dalszym planie jest praktycznie identyczny jak ten na obrazie w Luwrze! Jednak z tezą specjalistów z Prado nie zgadzają się badacze włoscy. Alessandro Vezzosi uważa, że madryckie dzieło namalował raczej któryś z hiszpańskich uczniów praktykujących u Leonarda, a nie Caprotti. Historyk Pietro Marani wyklucza zaś autorstwo Melziego, bo na początku XVI w. ten nie władał jeszcze tak kunsztownie pędzlem. Tak czy owak, wszyscy badacze są zgodni, że mistrz nie przyłożył ręki do portretu odnalezionego w Madrycie. Według amerykańskiego historyka sztuki i kolekcjonera Roberta Simona „jakość tego obrazu jest wysoka, ale dalece odbiega od stylu Leonarda; to piękna Gioconda, ale bez nimbu tajemnicy”.

Ostatecznie w maju 2014 r. niemieccy naukowcy z Uniwersytetu w Bambergu ustalili, że oba konterfekty – z Luwru i z Prado – były malowane jednocześnie, lecz z nieco innej perspektywy i mogły być efektem badań Leonarda nad techniką obrazu trójwymiarowego, bo renesansowy geniusz prowadził w tej dziedzinie zaawansowane eksperymenty! Badacz Claus-Christian Carbon jest przekonany, że dzieło mistrza i kopia ucznia w połączeniu tworzą pierwszy w historii obraz stereoskopowy.

A co z trzecią „bliźniaczką”? Pojawiła się we wrześniu 2012 r. w Petersburgu. Niewiele jednak o niej wiadomo. Źródłem informacji jest Silvano Vinceti. Powiedział, że w rękach prywatnego kolekcjonera znajduje się portret Giocondy z kolumnami w tle – i wszystko wskazuje na to, że został namalowany przez Leonarda…

CZASZKA Z DUSZĄ Gdy w 1987 r. pani doktorowa Winfried Rolshausen wypatrzyła w niewielkim antykwariacie w Homburgu miniaturową ludzką czaszkę z marmuru i kupiła ją za 600 marek, jej mąż uznał to za kosztowną ekstrawagancję. Bardzo się mylił. Dziewięć lat później artefaktowi przyjrzał się prof. Roger Saban, dyrektor Muzeum Anatomii Akademii Medycznej w Paryżu. Od razu zauważył niezwykłe podobień-stwo do szkiców czaszki wykona-nych przez Leonarda w 1498 r., a przechowywanych w królewskich zbiorach na zamku Windsor. Trwające przez kilkanaście lat analizy wykazały – jak napisał w 2014 r. belgijski badacz Stefaan Missinne – że czaszkę wykonano nie z marmuru, lecz ze specjalnego kompozytu gipsu i kwarcu wymyślonego przez Leonarda! Nikt inny takiego nie stosował. Ponadto miniaturowa czaszka nie posiada żuchwy, podobnie jak w zachowanych szkicach mistrza. Zdaniem Belga za autorstwem Leonarda przemawia też fakt, iż zarówno na modelu, jak i na rysunku widać punkt w czaszce zwany sensus communis – w nim to, wedle renesansowego twórcy, skupiały się wszystkie człowiecze zmysły i mieściła się dusza.

OBIECANKI CACANKI

Kilka lat przed rozpoczęciem prac nad „Mona Lisą” Leonardo przyczynił się do powstania innej tajemnicy. W 1499 r. po inwazji francuskiej musiał opuścić Mediolan. Przez ponad rok gościła go w Mantui Isabella d’Este – arystokratka zwana Pierwszą Damą Renesansu. Przy tej okazji wymogła na artyście obietnicę, że namaluje jej portret. W 1501 r., czyli po powrocie Leonarda do Florencji, Isabella posłała tam swego sekretarza, by sprawdził, czy da Vinci przystąpił już do pracy. Okazało się, że nie – Leonardo właśnie malował jakąś Madonnę dla sekretarza francuskiego króla.

Opis nie pozostawia wątpliwości, że chodziło o „Madonnę z wrzecionem (kądzielą)”. Obraz ten stał się prawdziwym hitem, wzorem dla wielu naśladowców i – jak świadczą notatki samego Leonarda – zdawał on sobie z tego sprawę. Z jego atelier wyszły trzy wersje, które prawdopodobnie powstały jednocześnie. Carlo Pedretti z kalifornijskiego Centrum Badań nad Leonardem da Vinci uważa, że wprawdzie tylko jeden obraz (obecnie znajdujący się w Nowym Jorku) został w całości namalowany przez mistrza, lecz jego pędzel widać też na obu obrazach wykonanych przez uczniów. Nic dziwnego, że jedna z wersji, obecnie eksponowana w Galerii Narodowej w Edynburgu, została skradziona z zamku szkockiego księcia Buccleuch w 2003 r. – policja odzyskała ją po czterech latach.

Czy jednak Pierwsza Dama Renesansu kiedykolwiek doczekała się swego konterfektu? Do niedawna badacze byli przekonani, że Leonardo sporządził jedynie szkic znajdujący się dziś w Luwrze. Okazuje się jednak, że mogli być w błędzie. 27 sierpnia 2013 r. podczas rutynowej kontroli na granicy Włoch i Szwajcarii urzędnicy, sprawdzając dokumenty 50-letniego adwokata Sergia Shawa, znaleźli list Emidii Cecchini z Pesaro, upoważniający go do… sprzedaży należącego do niej portretu Isabelli d’Este za kwotę 120 mln euro! Ponieważ wszystko wskazywało na to, że obraz został wy-wieziony z Włoch nielegalnie i zdeponowany w sejfie szwajcarskiego banku w Lugano, tym śladem ruszyła policja. Niestety, bez efektu. Ale dwa miesiące później obraz wytropili – w innym banku – dziennikarze włoskiego dziennika „Corriere della Sera”.

Obok reportażu z poszukiwań gazeta zamieściła list do właścicielki, autorstwa dyrektora Pedrettiego z kalifornijskiego Centrum Badań nad Leonardem da Vinci. „W październiku 1514 r. Isabella d’Este przebywała w Watykanie na zaproszenie papieża oraz Juliana Medyceusza. Niemożliwe, aby przy tej okazji nie chciała spotkać się z Leonardem – pisał. – Taki jest prawdopodobnie początek tego niezwykłego wizerunku, w którym bez wahania rozpoznaję pędzel Leonarda, szczególnie w twarzy”. Jednak Pedretti zaprzeczył później, jakoby poświadczył autentyczność portretu: „Stwierdziłem jedynie, że obraz zasługiwałby na badania i że Leonardo mógł przyłożyć rękę do jego wykonania”.

Zupełnie innego zdania jest historyk sztuki Vittorio Sgarbi, według którego sporny portret powstał co najmniej pół wieku później i nie jest wart więcej niż 2 tys. euro. Podobną opinię wyraził Alessandro Vezzosi – asekurując się jednak, że dopóki nie zostaną przeprowadzone szczegółowe ekspertyzy techniczne, nie można wykluczyć niespodzianki.

Na razie obraz zatrzymała policja. Na zlecenie właścicielki wykonano jedynie analizy radiowęglowe płótna, które datują je na lata 1460–1650. Pozostałe badania będą możliwe dopiero po jego powrocie do Włoch. Wcześniej jednak musi zakończyć się proces sądowy w sprawie przemytu i nielegalnego handlu dziełami sztuki, o co włoska prokuratura oskarżyła nie tylko Emidię Cecchini, ale i blisko 70 innych osób zamieszanych w aferę.

ŚLEPA FORTUNA

Tymczasem ciekawe rzeczy działy się w Szkocji – nie tylko ze względu na wspomnianą kradzież i odzyskanie „Madonny z kądzielą”. Oto kilka lat temu mieszkająca na farmie Fiona McLaren dostała od matki na swe 40. urodziny obraz przedstawiający Madonnę z dzieciątkiem i kilkuletnim chłopcem. Ojciec kobiety, londyński lekarz, otrzymał malowidło w latach 60. w prezencie od wdzięcznego pacjenta. Aż do śmierci doktora wisiało w jego gabinecie. Fiona McLaren, aczkolwiek nigdy nie sądziła, że obraz jest coś wart (a na dodatek odnawiając ściany, pochlapała go białą farbą), pewnego dnia zaniosła dzieło do wyceny. Harry Robertson, dyrektor domu aukcyjnego Sotheby’s w Szkocji, na jego widok zaniemówił z wrażenia. Jak stwierdził później, uderzyła go zbieżność ze stylem Leonarda.

Dziś badania obrazu są jeszcze w toku. Tym niemniej znawcy uważają, że nawet jeśli nie jest dziełem Leonarda, to z ogromnym prawdopodobieństwem wywodzi się z jego pracowni. Obraz wykazuje wiele podobieństw do „Madonny wśród skał” autorstwa toskańskiego mistrza. Posiada też kilka cech typowych dla portretów artysty – m.in. drugi palec w stópce dzieciątka jest dłuższy niż pierwszy, a u nasady włosów kobiety widoczne jest wcięcie w kształcie litery V,  znane np. z „Ostatniej Wieczerzy” i uważane za symboliczny podpis Leonarda.

Takich nieoczekiwanych odkryć jest więcej! W 1958 r. na aukcji Sotheby’s poszedł pod młotek – za jedyne 45 funtów – obraz ucznia Leonarda Giovanniego Boltraffia. Przedstawia Jezusa Zbawiciela unoszącego prawą ręką w geście błogosławieństwa, a w lewej trzymającego ziemski glob. Gdy pół wieku później obraz ponownie trafił do sprzedaży, osiągnął znacznie wyższą cenę – to amerykański kolekcjoner Robert Simon uznał, że za dziełem może jednak stać inny autor i warto zaryzykować… Intuicja go nie zawiodła: badania przeprowadzone w 2011 r. pokazały, że wizerunek był wiele razy przemalowywany. „W ciągu stuleci postaci Jezusa doda-no brodę i wąsy, poprawiano kolory, dlatego wyglądał jak marna kopia. Po renowacji, gdy wyszła na wierzch oryginalna farba, okazało się, że obraz jest niezwykle finezyjny” – stwierdził Pietro Marani, jeden z czworga ekspertów, którzy badali dzieło i nie mają wątpliwości, że wyszedł nie spod ręki ucznia, lecz samego mistrza. Z zapisów Leonarda wynika, że w 1506 r. faktycznie rozpoczął pracę nad obrazem Jezusa Zbawiciela na zamówienie francuskiego króla Ludwika XII, a zakończył ją 7 lat później. Dziś odrestaurowany wizerunek wycenia się na 130 mln euro! Ile jeszcze tajemnic skrywa geniusz wszech czasów? Carlo Pedretti, znawca Leonarda i autor ponad pięćdziesięciu książek, jest przekonany, że wiele. Tym bardziej że da Vinci fascynuje, a każda związana z nim publikacja odbija się światowym echem. Jest poszukiwany, a odnalezione szkice, obrazy, modele i projekty jego autorstwa warte są fortunę.