Na szczęście w ostatnim czasie sukcesywnie rośnie w siłę kolejny trend, tym razem taki, który w końcu ma sens. Bo zamiast ciągłych zmian i pogoni za nową modą, nawołuje do prostoty, także w szafie. Zamiast czegoś, co za chwilę przestanie być popularne, lepiej sięgnąć po ponadczasowość, która sprawdzi się dzisiaj, za pół roku, a nawet za kilka lat.
Szafy zaczęły przypominać magazyny przypadkowych trendów
Przez długi czas słowo „basic” funkcjonowało niemal jak internetowa obelga. Oznaczało kogoś nudnego, przewidywalnego albo pozbawionego stylu. Jeśli lubiło się zwyczajne rzeczy, nosiło się proste kroje i nie podążało się za modą, z automatu lądowało się w tej kategorii. Dzisiaj ten sam minimalizm coraz częściej zaczyna być odbierany jako coś świadomego i eleganckiego. Mam trochę wrażenie, że to taka metafora naszego dorastania. Kiedy mamy naście lat, lubimy eksperymenty, zmieniamy style, wymyślamy siebie od nowa. Potem wchodzimy w dorosłość i zaczynamy patrzeć na to inaczej. Być może po latach nastoletniego buntu moda również dorosła.
W pewnym momencie, gdy szafa pęka w szwach, a my i tak nie mamy się w co ubrać, zaczyna do nas docierać, że dobrze skrojony biały t-shirt, klasyczne dżinsy czy prosta marynarka są może lepszym pomysłem niż połowa rzeczy kupowanych impulsywnie pod wpływem TikToka. Wiele osób właśnie powoli do tego dochodzi. Zamiast próbować co miesiąc wymyślać siebie od nowa, wolą mieć kilka rzeczy, które naprawdę lubią i które pasują praktycznie do wszystkiego, w przeciwieństwie do tego, co jest aktualnie modne.

Zresztą, te trendy, a raczej mikrotrendy, zmieniają się obecnie w rekordowym tempie. Wybuchają, opanowują internet, krzyczą zewsząd plakietkami „must-have sezonu”, po czym miesiąc później internet już wyśmiewa ten sam styl jako przestarzały. Tylko że w rzeczywistości wszystkie te ubrania nie pozostają tylko na zdjęciach na Instagramie i na filmikach na TikToku. To fizyczne przedmioty, które zalegają w sklepowych magazynach i w naszych szafach.
Czytaj też: Zero waste nie jest takie straszne, jak je malują. Kilka prostych zmian naprawdę robi różnicę
Fast fashion to realny problem, który dotyka każdego z nas. Bo to przecież my musimy coś zrobić z nieaktualną garderobą. Według danych przytoczonych przez Earth.org aż 85% tekstyliów trafia później na wysypiska śmieci. Co jeszcze gorsze? Przeciętna osoba regularnie używa zaledwie niewielkiej części tego, co ma zgromadzonego w szafie. To dość ironiczne, zwłaszcza gdy porównamy ilość noszonych rzeczy z tą, którą kupujemy „bo modne”.
Dlatego coraz więcej osób wraca do garderoby kapsułowej
Tutaj właśnie pojawia się trend capsule wardrobe, czyli szafy kapsułowej. Idea jest banalnie prosta: mniej rzeczy, ale lepszych jakościowo i łatwych do łączenia ze sobą. Klasyczne dżinsy, prosty płaszcz, neutralne kolory, dobre buty, kilka basicowych topów, sweter, który nie rozciąga się po dwóch praniach. Koniec. Tak, to może brzmieć nudno, ale dale ogromny komfort psychiczny.
Chodzi o to, by zamiast paniki przed szafą mieć świadomość, że nasze ubrania po prostu do siebie pasują w większości konfiguracji. W dodatku, tak samo będzie w kolejnym i następnym sezonie, bo tu nie ma co się przeterminować. Ciekawe jest też to, jak mocno ten trend przebił się do świata celebrytów. Jeszcze niedawno luksus kojarzył się głównie z logomanią i ostentacją, dzisiaj coraz częściej wygląda dokładnie odwrotnie, trochę jak za dawnych czasów.

Kendall Jenner regularnie pokazuje się w prostych t-shirtach, skórzanych kurtkach i klasycznych fasonach bez wielkich logo. Dakota Johnson z kolei praktycznie zbudowała swój rozpoznawalny styl na minimalistycznych krojach i bardzo spokojnych kolorach. To nie tak, że one nagle odkryły przysłowiową Amerykę. Ciężko mi też wyrokować, jakie faktycznie motywacje stoją za takimi wyborami. Jednak na pewno ich przykład ma wpływ na fanów, a jeśli to pociągnie za sobą mniej kupowanych i równie szybko wyrzucanych ciuchów – jestem na tak.
Dla mnie najfajniejsze w całym trendzie „less is more” jest chyba to, że nie chodzi w nim o obsesyjne minimalizowanie życia. To nie konkurs na posiadanie najmniejszej liczby t-shirtów. Bardziej chodzi o świadome ograniczenie chaosu. Coraz popularniejsza staje się między innymi tzw. zasada „five-pair wardrobe”, czyli garderoby opartej na prostym limicie kilku rzeczy w każdej kategorii. Brzmi restrykcyjnie, ale w praktyce okazuje się zaskakująco wygodne. Cały system opiera się na bardzo prostych zasadach:
- najpierw określasz, jakie ubrania faktycznie nosisz na co dzień,
- następnie ograniczasz liczbę rzeczy w każdej kategorii,
- a przy zakupie czegoś nowego pozbywasz się jednego starego elementu.
Dla jednej osoby podstawą będą jeansy, t-shirty i sneakersy. Dla innej sukienki, marynarki albo ubrania sportowe. Chodzi bardziej o stworzenie własnej „bazy”, a nie kopiowanie cudzej szafy 1:1. Ogromną rolę odgrywa też jakość. Dobrze uszyte ubrania z porządnych materiałów potrafią wyglądać świetnie przez lata, szczególnie jeśli trzymamy się klasycznych krojów i neutralnych kolorów. I właśnie dlatego garderoba kapsułowa tak mocno łączy się dziś z ideą slow fashion.
Prostota nie tylko w ubraniach
Ostatnio coraz częściej widzę, że ludzie są zmęczeni. Nie mówię o takie zwyczajne wykończenie pracą czy obowiązkami, ale o zmęczenie przesytem wszystkiego, co nas otacza. Nadmiar informacji, nadmiar treści, nadmiar zakupów i rzeczy produkowanych tylko po to, żeby za chwilę wylądowały w koszu. Internet pełen jest AI-slopów, szafy pełne fast fashion, a na naszych talerzach jest miejsce tylko na fast foody. Wszystko tak pędzi, zmienia się, a my jesteśmy w samym środku i nie mamy czasu na oddech.
Dlatego coraz więcej osób zaczyna szukać czegoś spokojniejszego i bardziej trwałego. Nie tylko w ubraniach, ale też w technologii, wystroju wnętrz czy codziennym stylu życia. I to akurat bardzo dobry trend.
