23 kwietnia ponad dwa tysiące mieszkańców z bliższych i dalszych okolic zjechało na egzekucję. Było na co popatrzeć. „Skazańca” pobito, obcięto mu uszy, palce, genitalia i zerwano skórę z twarzy. Potem oblano ropą i podpalono. Całe rodziny z zaciekawieniem śledziły agonię ofiary, której ciało pożerały płomienie… Wydarzenie to miało miejsce niewiele ponad sto lat temu, w roku 1899. W kraju stanowiącym światową awangardę postępu i cywilizacji – w USA, nieopodal miasta Newman w stanie Georgia. Owym „skazańcem” był czarnoskóry pracownik plantacji Sam Hose, oskarżony o zabicie pracodawcy i gwałt na jego żonie. Skazańcem w cudzysłowie, bo nie doczekał wyroku wydanego przez sąd. Śledztwo przeprowadzone po fakcie wykazało, że bronił się przed pracodawcą, grożącym mu pistoletem, a jego żony nigdy nawet nie dotknął. Jednak opinii publicznej nie interesowało ustalenie prawdy. Tłum białych obywateli nie potrzebował wyjaśnień, by wziąć sprawiedliwość w swoje ręce. Ten, kto nie był w stanie przyjechać, by obejrzeć egzekucję osobiście, mógł potem kupić kartkę pocztową z upamiętniającym ją zdjęciem.

Prawdziwi szczęściarze zabrali do domu pamiątki – kawałki ciała ofiary. Gazety rozpisywały się na temat „potwora w ludzkiej skórze”, biorąc w obronę oprawców – ludzi „miłujących porządek i domowe zacisze, głęboko religijnych i sprawiedliwych”. Okrucieństwo, z jakim linczowano czarne ofiary, może się dzisiaj wydawać niepojęte. Lincze stanowiły jednak naturalny owoc rasizmu, którym przesiąknięte było południe Stanów Zjednoczonych.

NA SKRÓTY NA STRYCZEK

Słowo „lincz” oznacza egzekucję lub brutalną fizyczną karę wymierzoną przez tłum poza legalnym wymiarem sprawiedliwości. Na początku XX w. termin ten zaczął być jednoznacznie kojarzony z działaniami mającymi dla ofiary skutek śmiertelny. Poszukiwania genezy amerykańskiego samosądu można rozpocząć w wiekach XVII i XVIII, gdy niedopracowane jeszcze prawo praktycznie uniemożliwiało rozprawianie się z przestępczością na zachodnich terytoriach. O ile jednak badacze wciąż spierają się o etymologię samego słowa „lincz”, o tyle raczej zgadzają się, że w tych czasach popularniejszą karą było wygnanie, czasem połączone z chłostą. Tak czy inaczej, czynnik popychający tłumy na miejsce egzekucji stanowiła tradycyjna chęć zadbania o własne sprawy. Początkowo obok zwykłych bandytów linczowano dziwaków, wariatów, homoseksualistów, działaczy na rzecz związków zawodowych czy zniesienia niewolnictwa, wreszcie rdzennych mieszkańców Ameryki. Jednak już w latach 90. XIX w. trzech na czterech zlinczowanych wyróżniała inna cecha: czarny kolor skóry. W niedługim czasie udział linczów na czarnoskórych wzrósł do 90 proc. i dokonywano ich przede wszystkim na południu kraju.

Dociekanie przyczyn takiej sytuacji najlepiej rozpocząć od przypomnienia historii niewolnictwa. Na tej formie wyzysku, pielęgnowanej od początku istnienia kraju do wojny secesyjnej, amerykańskie Południe zbudowało swoją ekonomię. Wykorzystywanie czarnoskórej ludności do pracy na plantacjach umożliwiło gromadzenie znacznych fortun i zaowocowało wykształceniem specyficznej południowej kultury. Jedną z jej charakterystycznych cech było przeświadczenie o wyższości białej rasy i przekonanie, że czarnoskóra ludność może w społeczeństwie funkcjonować tak długo, jak długo kontrolę nad nią sprawują Biali.

Po wojnie secesyjnej, gdy południowe stany zaczęły wprowadzać przepisy mające na celu zapobieganie usamodzielnianiu się czarnoskórej ludności, ogromną popularność zdobyły negatywne stereotypy na temat Czarnych. Wizerunkowi poczciwego służącego – wuja Toma – przeciwstawiano obraz morderczo groźnej i niewyżytej seksualnie bestii, czyhającej na życie i cnotę białych kobiet. Powszechne stało się przekonanie, że lincze dokonywane były w obronie dam. W tym kontekście szczególnie ironiczny wydaje się fakt, iż wykorzystywanie czarnych niewolnic przez białych właścicieli należało wtedy do powszechnych zjawisk.

BIALI DŻENTELMENI Z KRWIĄ NA RĘKACH

Lata 1870–1930 to okres pojawiania się pierwszych pokoleń Czarnych, którzy nie byli niewolnikami. Najczęstszym zarzutem stawianym linczowanym była fizyczna napaść lub morderstwo. Do innych poważnych oskarżeń należały podpalenia i kradzieże. Jednak zarzuty pojawiały się też, gdy Czarni nie do końca wiedzieli, jak się zachowywać, by „okazywać szacunek”. Wychowani w innych czasach niż ich rodzice, nie czuli „południowej etykiety”. Sprawiedliwość tłumu dotykała więc Czarnych pod zarzutami tak błahymi jak używanie obraźliwego języka, niezdjęcie kapelusza przed Białym czy nieustąpienie mu miejsca na chodniku. Równie okrutnie karane było spoglądanie na białą kobietę w niewłaściwy sposób. Podczas jednego z ostatnich głośnych linczów, w 1955 r. w Money w stanie Missisipi, 14-letni Emmett Till został zlinczowany za próbę flirtu z białą sklepikarką.

Na liście potencjalnych ofiar znajdowali się ambitni Czarni, walczący z Białymi o swoje prawa i zarobki, ale przede wszystkim zwykli ludzie, którzy dali się zauważyć w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Zachowały się zapisy wypowiedzi białych południowców, którzy z dumą stwierdzali, że żaden Czarny nie może się czuć u nich bezpiecznie. I takie, które mówiły, że Czarni zaczynają się czuć zbyt pewnie, więc przydałby się kolejny lincz. Właśnie tak: „kolejny”. Na przełomie XIX i XX w. lincze stały się bowiem rodzajem rozrywki.

SWEET HOME ALABAMA

 

„Tak tu się z nimi rozprawiamy. I minie jeszcze trochę czasu, zanim zrobimy ostatnie takie zdjęcie. Dopisujemy cię do listy stałych adresatów. Spodziewaj się średnio jednej kartki w miesiącu” – taką wiadomość otrzymał jeden z pastorów Kościoła unitariańskiego, który publicznie potępił proceder linczowania. Na odwrocie znajdowało się zdjęcie białego tłumu, który gdzieś w Alabamie pozował dla fotografa na tle dyndającego na sznurze ciała.

Szacuje się, że między 1882 a 1968 rokiem ponad 4700 Czarnych spotkała śmierć wskutek samosądu. W opisach kolejnych linczów nie da się nie zauważyć pewnych powtarzających się elementów. Czasami lokalni szeryfowie korzystali z pomocy miejscowych, którzy za ich upoważnieniem (lub bez niego) podejmowali się znalezienia poszukiwanego. Wprawdzie często nie wiedzieli nawet dokładnie, kogo szukają, ale zapał mieli ogromny. Jeżeli taka grupa pościgowa zdołała „upolować” poszukiwanego, chętnie fotografowała się potem z jego ciałem. Jedno ze zdjęć, zrobione około 1900 r., przedstawia dwóch jeźdźców w towarzystwie kilkunastu innych osób. Mężczyźni na koniach trzymający zlinczowaną ofiarę przypominają myśliwych, którzy właśnie wrócili z udanych łowów.

Jednak zaskakująco często ofiary odbijane były przez tłum z rąk stróżów prawa. Na przykład 3 sierpnia 1935 r. około 50 zamaskowanych napastników sforsowało więzienie, w którym przetrzymywano Clyde’a Johnsona, podejrzanego o zabicie naczelnika policji. Niedługo potem Johnson zawisnął na sosnowej gałęzi kilka kilometrów na południe od miasta. W podobny sposób 13 czerwca 1913 r. w Anadarko w stanie Oklahoma „odbito” z rąk stróżów prawa Benniego (lub Dennisa) Simmonsa, oskarżonego o zabójstwo szesnastolatki. Takich przykładów jest znacznie więcej. Lincze z przełomu stuleci różniły się w zasadniczy sposób od tych, będących koniecznością na pozbawionych opieki prawa rubieżach. Na okazję egzekucji zbierało się nawet kilka tysięcy praworządnych obywateli. W 1920 r. w linczu w Duluth w stanie Minnesota brało udział ok. 5 tys. osób. Pod zarzutem gwałtu powieszono tam wtedy trzech czarnoskórych pracowników cyrku. Jak wykazało późniejsze śledztwo, Elias Clayton (19 lat), Elmer Jackson (19 lat) oraz Isaac McGhie (20 lat) byli niewinni.

Czasami – jak przed linczem wspomnianego już Sama Hose’a – wydarzenie było nagłaśniane przez lokalną prasę. W takich przypadkach, aby umożliwić dojazd z dalszych okolic, podstawiano pociągi. Szefowie dawali wolne pracownikom, a rodzice pisali do szkół prośby o usprawiedliwienie nieobecności dzieci.

WIDOWISKO MUSI TRWAĆ

By usatysfakcjonować widzów, wymyślano coraz brutalniejsze sposoby mordowania. Oprócz powieszenia ofiarę mogło więc spotkać np. podpalenie lub ukamienowanie. Po drodze na miejsce egzekucji nieszczęśnika obdzierano z ubrania, bito, obrzucano różnymi przedmiotami. Na miejscu czasami go biczowano, często kaleczono, odcinając części ciała. Zęby, palce, paznokcie, uszy, kawałki skóry, a nawet knykcie czy rzepki kolanowe trafiały potem do pudełeczek z domowymi skarbami… Dopiero na samym końcu widowiska nadchodziło wybawienie w postaci pętli wokół szyi albo litrów benzyny wylewanych na żywego wciąż „skazańca”. Gdy ciało zastygało w bezruchu, publiczność dziurawiła je kulami ze strzelb. Oprawcy chętnie fotografowali się przy zwłokach. W efekcie takiego traktowania były to już często tylko poszarpane korpusy.

Przyglądając się fotografii wykonanej w 1916 r. w Waco w Teksasie, trudno uwierzyć, że osmalone ciało należało do człowieka – 17-letniego Jessego Washingtona, podejrzanego w sprawie zabójstwa właścicielki farmy, u której pracował. Zwłoki spakowano potem do worka i obwożono po okolicach licznie zamieszkiwanych przez Czarnych. Później spoczęły na wystawie przed warsztatem kowala. Z kolei jedno z wielu zdjęć z linczu Willa Jamesa w Cairo w stanie Illinois (w 1909 r.) przedstawia nadpaloną głowę ofiary zatkniętą na pal. Fotografie z tego wydarzenia sprzedawano w pakiecie, który zawierał również portret ofiary za życia, zdjęcie szeryfa z pomocnikami oraz psami gończymi i wreszcie scenę samego linczu.

Ciała ofiar nie zawsze były masakrowane. Czasami wręcz przeciwnie. Jedno ze zdjęć wykonanych ok. 1900 r. przedstawia czarnoskórego mężczyznę zatłuczonego na śmierć. Na fotografii oprawcy uwiecznili swoją ofiarę na bujanym krześle, z pomalowaną twarzą, kawałkami bawełny i okrągłymi płytkami przyklejonymi do twarzy. Widać również, że ktoś kijem przechyla zmaltretowaną głowę tak, by „makijaż” lepiej się prezentował. Fotografowie wykonujący zdjęcia zazwyczaj nie omieszkali się podpisać. W końcu ich dzieła trafiały do reprodukcji na terenie całego kraju.

ODPOWIEDZIALNI: „NIEZNANI SPRAWCY”

Jak wobec takiej praktyki zachowywały się organy państwa, odpowiedzialne za pilnowanie porządku i wymierzanie sprawiedliwości? Szeryfowie i lokalni policjanci niechętnie interweniowali – nie potrafili się przeciwstawić presji ze strony mieszkańców. Częściej więc podchodzili do takich wydarzeń z obojętnością, czasami tylko biorąc w nich aktywny udział. Sądy, pod różnymi pretekstami, odmawiały wszczynania postępowań. Pomimo faktu, że podczas egzekucji mało kto z zabójców zasłaniał twarz, sprawy często kończono stwierdzeniem o śmierci poniesionej „z rąk nieznanych sprawców”. W istocie jednak ustalenie ich nie było łatwe. Nawet gdyby komuś zależało na doprowadzeniu morderców przed sąd, trudno było znaleźć Białego, który zechciałby zeznawać przeciw sąsiadom.

Wydarzenia często relacjonowała prasa. Część publicystów broniła morderców, powołując się np. na uczestnictwo w linczu znakomitych obywateli: prawników, bankierów, farmerów i kupców. Pomiędzy bajki należy więc włożyć mit, jakoby linczowanie było sprawką sfrustrowanej biedoty. Niektóre artykuły wyrażały krytyczne uwagi na temat przebiegu linczów, jednocześnie broniąc ich ogólnej zasadności. Doszło nawet do debaty na temat tego, co jest dobrym, a co złym linczem. Za dobry uważano taki, podczas którego ofierze zada- no śmierć szybko, bez zbędnego widowiska.

Głosy zdecydowanego potępienia, chociaż były rzadkie, jednak się zdarzały. W 1902 r. w artykule dla „Atlantic Monthly” bestialstwo południowców skrytykował teolog prof. Andrew Sledd. Osobiście był świadkiem zlinczowania Sama Hose’a, bo zatrzymano wtedy pociąg, którym jechał, aby pasażerowie mogli obejrzeć widowisko. Sledd należał do Kościoła Metodystów w Wirginii. Można by również oczekiwać jakiejś reakcji amerykańskich duchownych na bulwersujące wydarzenia. I choć znane są przypadki, gdy pastorzy jednoznacznie potępiali linczowników (np. wielebny Whitely Langston ze Statesboro wywiesił nazwiska osób, które brały udział w linczu dwóch czarnoskórych podejrzanych o morderstwo), to jednak częściej unikali konfrontacji z problemem. Być może czynili tak ze względu na jego skalę. Nic więc dziwnego, że w Morganton w Północnej Karolinie w 1889 r. przed zabiciem dwóch ofiar linczownicy odmawiali nawet modlitwy…