Krzyżacko-czeska wyprawa na Polskę miała się zakończyć jej rozbiorem. Najeźdźcy byli umówieni pod Kaliszem, żeby omówić szczegóły podboju. Armia krzyżacka musiała być silna, skoro sam wielki mistrz stwierdził, że Zakon podjął wyprawę z takim wojskiem, które „byłoby zdolne przejść całą Polskę”. Wiadomo, że w jego skład wchodziły nie tylko oddziały z Prus, lecz także „najemnicy znad Renu i z innych stron Niemiec”, Krzyżacy z Inflant oraz grupa rycerzy angielskich z księciem Suffolk – Tomaszem de Uffart na czele. Paląc, niszcząc i rabując, Krzyżacy dotarli na miejsce. Tymczasem król Czech, tytułujący się także królem Polski, Jan Luksemburski, do Kalisza nie dojechał. Nikt nie wiedział, dlaczego się spóźnia – czy z powodu kiepskiego stanu dróg, czy groźby ataku sprzymierzonych z Łokietkiem Węgrów. Tak czy siak Krzyżacy zwinęli obóz i zawrócili. A po drodze czekał Łokietek...

Pierwsza krwawa i niepomyślna dla polskich wojsk potyczka z Krzyżakami zdarzyła się pod Koninem. Po niej Krzyżacy sądzili, że Łokietek nie ośmieli się ich już więcej niepokoić. Podobnie zapewne myślał też i sam Władysław, bo choć wciąż podążał śladem wojsk krzyżackich, to jednak trzymał się od nich w bezpiecznej odległości.

RĄBANINA WE MGLE


Kilka dni później, w czwartek 26 września 1331 r. Krzyżacy dotarli do zniszczonego już wcześniej Radziejowa. Tutaj rozbili obóz a rano wyruszyli dalej. Planowali zdobyć kluczowy polski gród na Kujawach – Brześć. Najpierw obóz opuściła niewielka straż przednia pod dowództwem komtura Bałgi Henryka Reuss von Plauena, a zaraz za nią szedł trzon armii na czele z komturem krajowym chełmińskim Ottonem von Luterbergiem. Trzecia część armii dowodzona przez wielkiego marszałka Dytrycha von Altenburga wyszła ostatnia. Mgła tego ranka była tak gęsta, że „ledwie jeden drugiego mógł poznać i zobaczyć”. I właśnie w tej mgle wpadły na siebie oddziały wojska polskiego dowodzone przez Łokietka i jego syna Kazimierza (zwanego później Wielkim) i oddziały von Altenburga. Można sobie wyobrazić zaskoczenie żołnierzy, którzy w chłodny wrześniowy poranek usłyszeli naprzeciwko siebie wroga. Natychmiast zaczęli bezładnie rąbać powietrze. Dopiero gdy mgła nieco opadła, wojownicy obu stron przerwali chaotyczne okładanie się mieczami. Dytrych von Altenburg podzielił wojsko na pięć oddziałów, Polacy uczynili to samo. Walka rozgorzała na nowo, ale nie trwała długo. Ktoś dźgnął kopią konia, dźwigającego najważniejszą chorągiew Zakonu Krzyżackiego. Koń upadł, brat Iwan, który na nim jechał, nie mógł ani zwierzęcia, ani chorągwi podnieść. Na polu bitwy zapanował chaos, który doprowadził do klęski Krzyżaków. Część rycerzy Zakonu uszła z życiem, ale większość albo zginęła, albo trafiła do niewoli. Wśród jeńców było aż 56 braci zakonnych, a wśród nich głównodowodzący Dytrych von Altenburg.

Obraz starcia pod Radziejowem znany jest z opisu nie zawsze wiarygodnego Jana Długosza. Natomiast najważniejszą, bo dokładniejszą relację przekazał wielki mistrz zakonu krzyżackiego Luther z Brunszwiku. Zarzucał on Polakom wiarołomstwo, nikczemność i nieprzestrzeganie rycerskich zasad, jakby zapomniał, że to Krzyżacy pustoszyli i palili cudzy kraj. Jednak opisując bitwę, wielki mistrz wydaje się prawdomówny. Nie negował zwycięstwa wojsk polskich w starciu pod Radziejowem, ale zarzucał Polakom euforię w obliczu zwycięstwa i tchórzostwo w obliczu porażki. A tej winne było dowództwo. Łokietek nakazał wojsku podążać za armią krzyżacką, a tymczasem Otto von Luterberg dowiedział się już o klęsce Altenburga i ruszył z odsieczą. Na równinie nieopodal wsi Płowce doszło do drugiej bitwy, a tę trudno nazwać polskim zwycięstwem.

DEZERTER


Krzyżacy nadciągali traktem łączącym Radziejów z Brześciem w wielu kolumnach, rozciągniętych na przestrzeni dobrych kilkunastu kilometrów. Podobnie było też z wojskami polskimi i bitwa pod Płowcami rozegrała się pomiędzy kilkoma kolumnami marszowymi. Kiedy oddział krzyżacki rozbijał oddział polski, to jednocześnie tuż obok zwyciężali rycerze polscy.

Nie sposób dziś odtworzyć przebieg tych starć, ale jedno jest pewne. Chaos sprawił, że trup ścielił się gęsto. Jednak pod Radziejowem wojska polskie przeważały liczebnie, a teraz przewaga była po stronie Krzyżaków. I Polacy, żeby uniknąć klęski, musieli się wycofać. Jako pierwszy z pola walki uciekł królewicz Kazimierz. Tak napisał zarówno Luther z Brunszwiku, jak i wiele lat później herold krzyżacki Wigand z Marburga. Precyzyjniejszy jest opis wielkiego mistrza. Pisze, że „syn królewski pierwszy rozpoczął ucieczkę i jednym ciągłym marszem podążył aż do Krakowa, a przybył tam w czasie od piątku do najbliższej niedzieli”. Chciał podkreślić, że Kazimierz uciekał w panice. Dodaje, że Kraków odległy był od miejsca bitwy o 60 mil. Wigand z Marburga relacjonował, że „Kazimierz uciekł do Krakowa, opowiadając, że Polacy zostali pokonani”. To, że w walkach z Krzyżakami królewicz Kazimierz odegrał niewielką rolę, jest faktem bezspornym. Sugerują to nawet źródła polskie, jakkolwiek o jego ucieczce z pola bitwy nie wspominają. Jedynie Jan Długosz ponad sto lat później podał, że zanim jeszcze doszło do walki z Krzyżakami, Łokietek odesłał syna do jakiegoś nieznanego z nazwy „silniej obwarowanego zamku, powierzając straż nad nim i opiekę rycerzowi Grzegorzowi Nekanda z rodu Toporczyków, by w odpowiednim czasie, gdyby przypadkiem wrogowie odnieśli zwycięstwo, Kazimierz ratował Królestwo i ojczyznę”.

TRZY ŚCIĘTE GŁOWY