I rzeczywiście zachwyca. Choć zwykły drogi zegarek można jeszcze nosić na nadgarstku. Ten ma 50 mm średnicy, waży zapewne niemało, pokazuje godzinę od strony dekla i powstanie w jednym egzemplarzu. Bardziej pasuje do prywatnej kolekcji niż do kieszeni marynarki. Myślę jednak, że właśnie o to chodziło – Louis Vuitton zbudował ruchomą makietę mroźnego świata, a mechanizm zegarka stał się jej zapleczem technicznym.
Na tarczy wiele się dzieje, choć nie ma na niej wskazówek
Widok z przodu nie przypomina klasycznego czasomierza. Zamiast wskazówek jest miniaturowy lodowy krajobraz inspirowany lodowcem Margerie. Pod szkłem rozciąga się morze, nad nim migocze zorza, a na krach rozgrywa się widowisko z udziałem zwierząt i obowiązkowych kufrów Louis Vuitton.

Po uruchomieniu automatonu niebieski wieloryb wynurza się z wody, orka otwiera paszczę z ręcznie wyrzeźbionymi zębami, pingwiny poruszają skrzydłami i przesuwają się po lodzie, a jedna z gór lodowych zaczyna dryfować. Maleńkie kufry otwierają się, odsłaniając kwiaty Monogramu. Obraca się również róża kompasowa, a przez nocne niebo przelatuje diament w firmowym szlifie LV Monogram Star.
Można uznać, że dzieje się tu za dużo. Wieloryb, orka, pingwiny, kufry, kompas, diament i zorza brzmią trochę jak pomysły kilku osób, które nie chciały zrezygnować z żadnej atrakcji. Mimo tego całość pozostaje zaskakująco spójna. Pomaga mroźna paleta i ogromna precyzja wykonania. Miniaturowe zwierzęta nie wyglądają jak ozdoby z luksusowej pozytywki, a krajobraz ma głębię, którą trudno osiągnąć na powierzchni mieszczącej się w dłoni.

Ponad 300 godzin pracy nad samą emalią
Tarcza powstała z wykorzystaniem kilku technik emalierskich, między innymi Grand Feu, cloisonné, champlevé i malarstwa miniaturowego. Rzemieślnicy użyli 32 odcieni emalii, a poszczególne elementy wypalano 35 razy. Samo emaliowanie zajęło ponad 300 godzin. Do tego dochodzi około 160 godzin ręcznego grawerowania.
Takie liczby zwykle pojawiają się w materiałach luksusowych marek po to, by klient wiedział, jak wiele cierpliwości ma kosztować oglądany przedmiot. Tutaj nie brzmią jednak jak próba usprawiedliwienia wysokiej ceny. Wystarczy przyjrzeć się zębom orki, piórom pingwinów czy powierzchni lodu, by zrozumieć, gdzie podziały się te godziny.
Mam wrażenie, że podobne projekty są odpowiedzią na pewien problem branży zegarkowej. Perfekcyjnie wykonany mechanizm potrafi docenić głównie człowiek, który wie, na co patrzy. Ruchomy wieloryb jest znacznie bardziej komunikatywny. Nie trzeba znać nazw komplikacji ani historii szwajcarskich manufaktur, aby zatrzymać wzrok na tarczy.

Najbardziej skomplikowany mechanizm w historii zegarków Louis Vuitton
Za arktyczną sceną pracuje ręcznie nakręcany kaliber LFT AU14.03, opracowany przez genewską manufakturę La Fabrique du Temps Louis Vuitton. Mechanizm składa się z 751 części i obsługuje dziewięć animacji obejmujących 17 ruchomych elementów. Ma również tourbillon, repetier minutowy oraz ośmiodniową rezerwę chodu.
Repetier pozwala odczytać czas za pomocą dźwięku, wybijając godziny, kwadranse i minuty. To jedna z najbardziej cenionych komplikacji tradycyjnego zegarmistrzostwa. W Escale en Alaska może jednak zejść na dalszy plan, bo trudno konkurować o uwagę z mechaniczną orką pokazującą drobne zęby.

Wskazania godzin i minut przeniesiono na tył koperty. Zegarek odwraca więc typową hierarchię: z przodu oglądamy krajobraz, a dopiero po obróceniu przedmiotu sprawdzamy czas. Jest w tym odrobina przewrotności. Funkcja, od której zaczęła się cała historia zegarmistrzostwa, została odsunięta, aby zrobić miejsce dla kunsztu, fantazji i małych kufrów dryfujących wśród lodu.
Kieszonkowy zegarek w epoce smartfonów ma nową rolę
Escale en Alaska jest częścią kolekcji Escales Autour du Monde, w której Louis Vuitton zamienia podróżnicze motywy w skomplikowane zegarki kieszonkowe. Wcześniej powstał między innymi model poświęcony górze Fuji. Trudno traktować te konstrukcje jako próbę przywrócenia kieszonkowych czasomierzy do codziennej mody.
Smartfon dawno odebrał zegarkom monopol na informowanie o godzinie, a zegarki naręczne wygrały z kieszonkowymi wygodą już wiele dekad wcześniej. Paradoksalnie ta bezużyteczność daje dziś projektantom dużą swobodę. Skoro nikt nie oczekuje, że Escale en Alaska będzie rozsądnym zakupem, można zrobić z niego mechaniczną fantazję kosztującą zapewne fortunę i wymagającą osobnego sposobu ekspozycji.

Cena nie została ujawniona. Louis Vuitton przygotuje tylko jeden egzemplarz, więc klasyczny cennik nie miałby większego sensu. Nabywca dostanie również przedmioty wykonane specjalnie dla zestawu, w tym dopasowany kufer. Trudno mi sobie wyobrazić, aby właściciel wrzucił zegarek do kieszeni razem z kluczami i paragonem z kawiarni.
Białe złoto, diament i ręczna praca nadal mają znaczenie, lecz same coraz rzadziej wystarczają, by wzbudzić emocje. Klienci widzieli już zegarki wysadzane kamieniami, koperty z egzotycznych stopów i tarcze wykonane z niemal wszystkiego, co można wypolerować. Escale en Alaska zwraca uwagę ruchem, humorem i skalą komplikacji.
Pingwiny na Alasce pozostają geograficznym absurdem. Nie przeszkadza mi to szczególnie, bo projekt nie rości sobie praw do dokumentalnej dokładności. Pokazuje wyobrażenie dalekiej Północy przepuszczone przez estetykę domu mody, który z podróży uczynił część swojej tożsamości.
