Wyznam szczerze, jadąc do Egiptu niewiele wiedziałam o kitesurfingu. Pływanie na desce za latawcem nie wydawało się trudne, choć kłóciło się z opinią, że to najbardziej niebezpieczny sport ekstremalny. Po skończeniu kursu mogę zapewnić, że to sport wyjątkowy, kapryśny, ale fascynujący. Nie da się ukryć, że kitesurfing wymaga specyficznych warunków. Ze względów bezpieczeństwa uczenie odbywa się przy wietrze od 10 do 25 węzłów. Ale wiatr bywa nieprzewidywalny i czasami trzeba po prostu poczekać, aż nabierze odpowiedniej mocy. Gdy wieje za słabo – kite nie poleci, za mocno – trudno nim sterować. Podobnie jest z wodą, nie powinna być ani za głęboka, ani za płytka (nie pływa się więc podczas odpływu). Te wymuszone przerwy w pływaniu bardzo się jednak przydają – pozwalają zregenerować siły, nawiązać znajomości. W bazie kite’owej panuje niepowtarzalna atmosfera, wszyscy wspólnie odpoczywają i jedzą, dzielą się wrażeniami, wymieniają uwagami. Przygotowanie sprzętu do pływania na początku wydaje się uciążliwe (latawiec trzeba napompować, przenieść na brzeg, rozwinąć i podłączyć 30-metrowe linki, włożyć uprząż), ale po nabraniu doświadczenia robi się to wszystko błyskawicznie. Niezwykłe chwile spędzone na wodzie wynagradzają każdy trud.

SZKOLENIE TO PODSTAWA

Do swobodnego pływania potrzeba kilkuset metrów wolnej przestrzeni przed sobą i po bokach. Przy dobrych warunkach na wodzie bywa tłoczno, ale strefa dla początkujących znajduje się w bezpiecznej odległości od strefy dla zaawansowanych. Pływa się co prawda samotnie, ale na plażach należących do szkół kite’owych komfort zapewnia obecność beach boyów – ekipy lądującej i startującej latawce i dzielnie dbającej o nasze bezpieczeństwo. Sprzęt nie jest tani i przy nieprawidłowej obsłudze łatwo go zniszczyć, zrobić krzywdę sobie i innym. Dlatego nie ma co oszczędzać na szkoleniu. Pod okiem dobrego instruktora IKO (International Kiteboarding Organization) podstaw można się nauczyć w kilka dni. Zaczyna się od teorii i ćwiczeń na lądzie z małym treningowym latawcem. Potem trenuje się w wodzie z dużym – start, lądowanie, sterowanie. By utrzymać latawiec, wcale nie trzeba siły, lecz techniki (prostowanie i zginanie rąk w łokciu). Na pewno przydadzą się okulary, ze względu na częste spoglądanie w górę – w Egipcie, wiadomo, słońca nigdy nie brakuje. Kite jest przypięty do uprzęży, czyli trapezu (w pasie lub na biodrach), a w rękach trzyma się jedynie drążek sterowniczy: prawo, lewo, gaz, hamulec. Początkującym mogą się zdarzać niekontrolowane skoki, noszą więc kaski i kamizelki ratunkowe. W razie konieczności można zredukować siłę ciągu lub użyć systemu awaryjnego uwalniania. Kite zostanie wtedy wypięty z uprzęży i będzie jedynie dryfował na lince holowniczej. Największą frajdą są bodydragi – pływanie za kitem na brzuchu. Później stajemy na deskę i płyniemy! Lewy hals, prawy... Wtajemniczonym nie o grzeczne ślizgi jednak chodzi, ale o skoki i widowiskowe akrobacje, ale do tego trzeba już dobrze pływać. Po ukończeniu kursu dostaniemy kartę, która uprawnia do wypożyczania sprzętu na całym świecie. Trzeba jednak liczyć się z tym, że ten sport wciąga. Nawet w domu będziemy odruchowo sprawdzać siłę wiatru nad morzem, a na urlop będziemy jeździć tam, gdzie da się bezpiecznie pływać. Na wytrwałych czeka nagroda: szybkie ślizgi, wysokie skoki, długie loty, podziw tłumów. Co tu kryć, człowiek z kitem czuje się wyjątkowo, a to jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Anna Salwa