Ten snobizm zaczyna pękać. Najpierw uwagę zwrócił Matej Mohorič, który promował wysmakowane, niemal jubilerskie lusterko Rizoma R21. Teraz w ten sam temat wchodzi Spurcycle, marka znana z dopieszczonych rowerowych dzwonków, z nową linią Pro Mirror. I mam wrażenie, że to nie przypadek, tylko symptom większej zmiany. Kolarze coraz częściej chcą jeździć szybciej, ale też po prostu mądrzej. A świadomość tego, co dzieje się za plecami, nie jest żadnym wstydliwym dodatkiem. Jest zwyczajnie przydatna.
Kolarz ma patrzeć przed siebie. Problem w tym, że samochody jadą z tyłu
Klasyczny odruch sprawdzania sytuacji za sobą jest prosty – szybki skręt głowy, rzut oka przez ramię, powrót do toru jazdy. Na spokojnej drodze działa. Na wąskim poboczu, w bocznym wietrze, przy większej prędkości albo w grupie już nie zawsze. Każdy, kto jeździ regularnie po drogach publicznych, zna ten moment, gdy chce sprawdzić, czy zbliża się auto, ale wolałby nie robić przy tym lekkiego zygzaka. Nawet dobry kolarz nie ma oczu z tyłu głowy.
Lusterko nie zastępuje oglądania się przed zmianą pasa czy skrętem. To warto powiedzieć wyraźnie, bo łatwo z praktycznego gadżetu zrobić cudowną receptę na bezpieczeństwo. Ono daje raczej wcześniejsze rozeznanie: czy coś nadjeżdża, z jaką prędkością, czy za chwilę wypada lepiej trzymać linię, czy można swobodniej ominąć dziurę. Ta różnica wydaje mi się ważna. Mniej nagłych reakcji, mniej niepewności, mniej nerwowego nasłuchiwania silnika za plecami. Dla osób, które dużo jeżdżą solo po drogach, to może być zaskakująco duży komfort.

Właśnie dlatego temat lusterka wraca dziś w bardziej sportowym wydaniu. Nie jako toporny dodatek na długim ramieniu, który zmienia kierownicę w rowerową antenę satelitarną, lecz jako mały, zintegrowany element do kierownicy. Estetyka okazuje się tu kluczowa. Kolarze nie odrzucali lusterek wyłącznie dlatego, że nie były potrzebne. Odrzucali je również dlatego, że większość wyglądała, delikatnie mówiąc, mało lekko.
Mohorič, Rizoma i moment, w którym dziwne staje się akceptowalne
Rizoma R21 jest produktem z zupełnie innej półki niż zwykłe lusterko rowerowe. Waży 18 gramów, wykorzystuje niewielką soczewkę ZEISS, ma magnetyczne mocowanie, aluminiową obudowę i profil opracowany z myślą o aerodynamice. To rzecz dopracowana tak mocno, że można się uśmiechnąć pod nosem: lusterko doczekało się języka znanego z premier luksusowych zegarków albo akcesoriów do superbike’ów. Jednocześnie trudno odmówić temu projektowi konsekwencji. R21 nie wystaje przypadkowo z kierownicy, tylko zostało pomyślane tak, by możliwie dobrze zniknąć w jej linii.
Gdy taki produkt pokazuje Matej Mohorič, sprawa przestaje być wyłącznie katalogową ciekawostką. To kolarz, który już raz przesunął granicę akceptacji sprzętowych „dziwactw”, wygrywając Mediolan–San Remo z opuszczaną sztycą. Wtedy też wiele osób najpierw uniosło brwi, a dopiero później zaczęło pytać, czy przypadkiem nie miało to sensu. Tu mechanizm jest podobny. Jeśli lusterko pojawia się w otoczeniu zawodnika znanego z technicznej odwagi i dbałości o detale, trudniej zbyć je żartem o rowerowym dziadostwie.
Rizoma R21 jest przy tym akcesorium skrajnie premium. Nie znamy tu polskiej ceny z regularnej dystrybucji, ale produkt jest pozycjonowany wyraźnie wysoko, bo 200 dolarów, czyli około 725 zł. To nie jest rzecz, która za chwilę zawisnie przy kasach w każdym sklepie rowerowym. Jej znaczenie leży gdzie indziej: pomogła oswoić samą kategorię. Pokazała, że lusterko można zaprojektować tak, by kolarz szosowy nie miał odruchu natychmiastowego odkręcenia go.
Spurcycle robi to bardziej po ludzku. Nadal drogo, ale już bez absurdu
Nowe Spurcycle Pro Mirror wchodzi dokładnie w tę lukę. To nadal segment premium, ale już nie tak ekskluzywny jak Rizoma. Cena wynosi 69 dolarów, czyli około 250 zł. Do wyboru są wersje z lusterkiem o średnicy 35 lub 50 mm, w czarnym albo srebrnym wykończeniu. Konstrukcja bazuje na aluminiowym korpusie, szklanym zwierciadle i nylonowym ekspanderze mocowanym w końcu kierownicy. Model R35 waży 40 gramów, R50 – 52 gramy. Montaż ma być beznarzędziowy i zajmować mniej niż minutę.

Dla mnie istotniejsze od samej specyfikacji jest to, że Spurcycle nie próbuje zamienić lusterka w futurystyczną ekstrawagancję. Ono wygląda po prostu schludnie. Nie dominuje kokpitu, nie wystaje przesadnie, nie wprowadza wizualnego chaosu. Wystarczy spojrzeć na dotychczasowe lusterka tej marki montowane w bar-endzie, by zrozumieć kierunek: mają być obecne, ale dyskretne. W wersji Pro dopracowano mocowanie i uproszczono regulację, co w sprzęcie narażonym na przypadkowe stuknięcia, transport w aucie i codzienne użytkowanie ma większe znaczenie niż marketingowe przymiotniki.
Spurcycle mówi też wprost o czymś, co często ginie w rozmowach o bezpieczeństwie: lusterko nie służy wyłącznie do unikania zagrożeń. Może być przydatne podczas jazdy grupowej, gdy chcemy kontrolować, czy ktoś nie został, albo w wyścigowej sytuacji, gdy szybki podgląd za siebie pozwala lepiej ocenić zachowanie rywali. Oczywiście nie spodziewam się nagle peletonu pełnego lusterek.
