Dziś Polską wstrząsają afery związane z teczkami i lustracją osób publicznych. Jeszcze przez wiele miesięcy atmosferę podgrzewać będą zapewne oskarżenia wobec kolejnych polityków. Dlaczego tak się dzieje i kto jest winny temu zamieszaniu? Zwolennicy lustracji powołują się na: „grubą kreskę” i zatrzymanie dekomunizacji w początkach III RP. Przeciwnicy lustracji twierdzą, że archiwa Służby Bezpieczeństwa należało od razu zalać betonem (lub spalić), żeby ubeckie teczki nikomu nie zatruwały życia. Historyk starożytności powie natomiast, że oba stanowiska są równie naiwne. Zacznijmy jednak od początku, czyli właściwie od końca.

ŚMIERĆ GORSZYCIELA


Kiedy w 399 roku przed Chrystusem po wypiciu kielicha trucizny w państwowym więzieniu umierał w Atenach Sokrates, ani jego wierni uczniowie, ani liczni wrogowie – nie przypuszczali, że śmierć ta wyznacza początek nowych czasów. W osobie Sokratesa europejska myśl znalazła intelektualną inspirację – był wszak mistrzem Platona, ojca antycznej, a i nowożytnej filozofii. Z kolei postawa Sokratesa w obliczu śmierci wyznaczyła ideał intelektualnej niezgody na narzucane przez „milczącą większość” standardy. Podczas procesu filozof zdecydował się wręcz na prowokację.

Gdy już zapadła wstępna decyzja o uznaniu jego winy, zapytano go, jaką proponuje dla siebie karę. Mógł zasugerować wygnanie albo wysoką grzywnę, on jednak poprosił o… dożywotnie utrzymanie na koszt państwa, po raz ostatni podkreślając, jak użyteczny dla Aten jest jego niespokojny i niepokojący umysł. Zachowanie Sokratesa zaskakuje do dziś. Była to prawdopodobnie bohaterska forma sądowego samobójstwa, choć możliwe jest też, że filozof zdecydował się na prowokację w przeświadczeniu, że i tak nie uniknie najwyższej kary. Sokrates został oskarżony o „psucie młodzieży” i o „nieuznawanie bogów, których uznaje państwo”, czyli o religijne odszczepieństwo. Ten drugi zarzut był wyssany z palca. Chodziło wyłącznie o to, by skompromitować filozofa w oczach sądu, składającego się z pięciuset zwykłych, a więc pobożnych i konserwatywnych obywateli. Zarzut pierwszy był merytorycznie poważniejszy. Przez lata Sokrates nauczał ateńską młodzież – na ulicach, publicznych placach i w prywatnych domach. Wszędzie podążały za nim liczne grupy słuchaczy, z czasem słuchanie go stało się wręcz modne. Jego nauki podważały przyjęty ogólnie system wartości, kwestionowały uznane autorytety, zmuszały rozmówców do tego, by dostrzegli swoją głupotę, hipokryzję, niewiedzę. Sokrates, który „wiedział, że nic nie wie”, tego samego nauczał innych. Pod koniec wyniszczającej wojny peloponeskiej (432–404 p.n.e.) grupa przeciwników demokracji – pod osłoną zwycięskiego wojska spartańskiego – przejęła władzę w Atenach.

Do kolaboracji szybko dołączyło okrucieństwo i brutalne metody sprawowania władzy, tak że reżim wkrótce zyskał miano „Trzydziestu Tyranów”. Sokrates wykazał się wówczas rzadką w tamtych czasach odwagą. Odmówił jakiejkolwiek współpracy z „juntą”, co jej przedstawiciele dobrze sobie zapamiętali. Miał jednak pecha. W gronie „Trzydziestu” znalazło się kilku przedstawicieli ateńskiej młodzieży – błyskotliwych młodzieńców ze znakomitych arystokratycznych rodów, którzy przedtem, jak wielu ich rówieśników, fascynowali się naukami filozofa. W 403 r. p.n.e. obywatele powstali przeciwko reżimowi „Trzydziestu”, a po czterech latach obwinili Sokratesa – zagorzałego demokratę – o nadużycia i okrucieństwa, których dopuścili się jego prawdziwi lub domniemani uczniowie. A zarzucano im m.in. to, że w czasie swoich krótkich rządów wydali na śmierć półtora tysiąca obywateli. W oczach Ateńczyków Sokrates stał się więc wychowawcą zdrajców i morderców. Jego nauki, polegające na podważaniu tradycyjnej moralności i tradycyjnych wartości, bliskich „szarym Ateńczykom”, uznano za źródło wszelkiego zła.

SKUTKI UBOCZNE AMNESTI


Polityka w starożytnej Grecji była działalnością bardzo mocno związaną z życiem osobistym. Obowiązkiem każdego polityka było w tej samej mierze służyć ojczyźnie, co wspomagać i popierać… krewnych i przyjaciół. Uważano, że ten, kto potrafi zadbać o bliskich, również o ojczyznę zadba odpowiednio. A ponieważ nie istniały partie polityczne, wszystkie alianse działające w interesie publicznym miały charakter prywatny i towarzyski. Naturalną metodą walki politycznej było popieranie „swoich” i bezpardonowe tępienie przeciwników. Zdarzało się, że gdy jedno stronnictwo wygrywało, zgarniało dosłownie wszystko – od władzy w państwie po majątki pokonanych, którzy musieli chronić się na wygnaniu, bo mordy polityczne też nie należały w Grecji do rzadkości. Gdy sytuacja się odwracała, wygnańcy wracali do kraju, pałając żądzą zemsty. Jednak „demokraci” wracający z wygnania po upadku rządów „Trzydziestu” uznali, że należy skończyć z takimi metodami uprawiania polityki i że jedyną gwarancją stabilności państwa po okresie władzy uzurpatorów jest „amnestia”, dosłownie „puszczenie w niepamięć”.