Mam wrażenie, że biurka stały się ostatnio dziwnym polem bitwy o naszą uwagę. Stoją na nich monitory, ładowarki, kubki po kawie, słuchawki, notatniki, lampki, czasem roślina, która miała uspokajać, a teraz tylko przypomina o zaległym podlewaniu. Do tego dochodzą powiadomienia, maile i cisza pracy z domu, w której człowiek potrafi spędzić kilka godzin bez żadnego sensownego bodźca poza kolejną ikoną w przeglądarce.
I właśnie w tę przestrzeń wjeżdża mały robot, którego cała ambicja polega na tym, że krąży po biurku i czeka, aż ktoś go pogłaszcze. Brzmi jak gadżet z pogranicza żartu, projektu studenckiego i terapii zastępczej dla osób, które bardzo chciałyby mieć kota, ale mają za dużo kabli na blacie. A jednak trudno mi się z tego śmiać z pełnym przekonaniem, bo ten drobiazg trafia w bardzo realną potrzebę: w przerwę, dotyk, mikroreakcję, coś bardziej fizycznego niż kolejne okno aplikacji.
Robot, który nie siedzi grzecznie w miejscu
Małe roboty biurkowe nie są nowością. Powstają z tanich modułów, drukowanych obudów i odrobiny cierpliwości, a ich urok często kończy się po kilku minutach zabawy. Tu pomysł jest jednak odrobinę ciekawszy, bo urządzenie nie ogranicza się do wyświetlania min na ekranie. Ma własne koła, porusza się po powierzchni biurka i reaguje na interakcję z człowiekiem.
Sercem konstrukcji jest ESP32C3 Super Mini, czyli niewielka płytka rozwojowa, która steruje ruchem, obsługuje wejścia i zarządza tym, co widać na małym ekranie OLED o przekątnej 1,3 cala. Ten ekran jest ważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Przy tak prostym robocie wystarczy kilka zmian wyrazu, by człowiek dopowiedział sobie resztę. Nasz mózg odruchowo szuka emocji tam, gdzie widzi oczy, twarz albo choćby cyfrową namiastkę reakcji.
Za przemieszczanie odpowiadają dwa silniki N20 połączone ze sterownikiem DRV8833. Do tego dochodzi przednie kółko podporowe, akumulator LiPo, moduł ładowania i podbijania napięcia do 5 V oraz obudowa przygotowana w druku 3D. Konstrukcja jest więc bliska duchowi domowego warsztatu: trochę elektroniki, trochę mechaniki, trochę poprawiania wysokości nakrętkami, żeby całość nie jeździła jak stolik w tanim barze.
Głaskanie jako przycisk startu
Najbardziej sympatyczny jest sposób interakcji. Robot ma przycisk dotykowy, który odpowiada za zasilanie, ale jego właściwe zachowanie zaczyna się wtedy, gdy użytkownik go pogłaszcze. Po takim geście urządzenie rusza po blacie. Jeśli dotyk trwa dalej, zatrzymuje się, jakby na chwilę przyjmowało uwagę, a potem znowu rusza, gdy kontakt się kończy.
Oczywiście w sensie technicznym nie dzieje się tu magia. Sensor rejestruje dotyk, kod wywołuje określone reakcje, silniki robią swoje. A jednak przy takich projektach zawsze ciekawi mnie moment, w którym mechanika zaczyna udawać relację na tyle dobrze, że człowiekowi przestaje przeszkadzać jej prostota. Nie trzeba zaawansowanej sztucznej inteligencji, żeby przedmiot wydawał się bardziej żywy. Czasem wystarczy ruch, pauza i reakcja na dłoń.

Biurkowy pupil dla pokolenia zmęczonego ekranami
W takich gadżetach łatwo zobaczyć infantylność. Mały robot z oczkami, który prosi się o uwagę, może wyglądać jak kolejny dowód na to, że dorośli chętnie kupią wszystko, jeśli da się temu nadać minę. Ale coraz częściej widzę w podobnych projektach coś mniej banalnego. One pokazują, jak bardzo brakuje nam namacalności w codziennym kontakcie z technologią.
Smartfon jest gładką taflą. Laptop jest narzędziem. Słuchawki odcinają od świata. Nawet inteligentny dom często sprowadza się do komend i aplikacji. Tymczasem taki robot wymusza gest, który jest absurdalnie prosty i cielesny. Trzeba go dotknąć. Trzeba zauważyć, że coś się porusza obok kubka i klawiatury.
Nie twierdziłabym, że to lekarstwo na samotność ani przełom w robotyce społecznej. To raczej zabawka z ciekawym nerwem. Pokazuje, że emocjonalny wymiar technologii nie musi zaczynać się od wielkich modeli językowych, kamer rozpoznających twarz i aplikacji z subskrypcją. Czasem wystarczy mały układ, silniczki, ekran i zachowanie, które przypomina domowego zwierzaka w wersji bardzo uproszczonej.
Urok projektu DIY polega też na niedoskonałości
Warto docenić, że ten robot nie jest zamkniętym produktem z półki, tylko projektem do samodzielnego zbudowania. Dostępne są pliki, schemat i kod, więc dla osób lubiących elektronikę może być bardziej punktem startu niż gotową zabawką.

W projekcie DIY widać ślady decyzji, kompromisów i poprawek. Kółko podporowe nie pasowało idealnie, więc trzeba było wyrównać konstrukcję dodatkowymi nakrętkami. Obudowa została dopasowana do konkretnych części. A przy okazji daje pole do ulepszeń: można zmienić zachowanie, dodać nowe animacje, poprawić reakcje, zmodyfikować obudowę albo nauczyć robota bardziej złożonych schematów ruchu.
Ten biurkowy towarzysz nie zmieni sposobu pracy, nie zastąpi zwierzęcia i raczej nie rozwiąże problemu cyfrowego zmęczenia. Może jednak przypomnieć coś, co w nowoczesnych gadżetach bywa pomijane: technologia nie zawsze musi być wydajna, poważna i podporządkowana produktywności. Czasem może być dziwna, lekka i trochę niepotrzebna.
