Nie widzę w nich jednak zabawki dla kolekcjonerów karbonu. Bardziej sprzęt dla tych, którzy chcą mieć jedne koła do ścigania i mocnych treningów, bez ciągłego zastanawiania się, czy dziś profil nie jest za głęboki, wiatr za nerwowy, a podjazd za długi. 50 mm obręczy, niska masa 1315 g i projekt pod opony 28 mm mówią sporo o tym, jak zmieniła się szosa. Nadal liczy się prędkość, ale coraz trudniej sprzedać ją kosztem prowadzenia, komfortu i zwykłej pewności na drodze. I dobrze, bo większość z nas nie jeździ po drogach przygotowanych przez laboratorium, tylko po asfalcie, który lubi zaskoczyć.
50 mm głębokości, ale bez obsesji na punkcie ekstremum
Mavic postawił na profil 50 mm, czyli wysokość, która od dawna uchodzi za złoty środek między aerodynamiką a codzienną używalnością. Głębsze obręcze potrafią dać więcej na szybkich, równych odcinkach, ale każdy, kto choć raz dostał solidnym podmuchem z boku, wie, że rower szosowy potrafi wtedy przypomnieć o fizyce w mało subtelny sposób. Przy 50 mm nadal mówimy o wyraźnie sportowym charakterze, ale bez wchodzenia w rejony sprzętu, który najchętniej widziałby tylko start, metę i perfekcyjny asfalt.

Ważniejsza od samej wysokości obręczy jest tu szerokość. Comete 50 mają 23 mm szerokości wewnętrznej i 30 mm zewnętrznej, a bazowym wyborem mają być opony 28 mm. To dobrze pokazuje, jak mocno zmieniła się szosa. Jeszcze niedawno węższa opona była symbolem szybkości, dziś coraz częściej wygląda jak wspomnienie po epoce, w której komfort traktowano podejrzliwie. Szersza opona może lepiej układać się na obręczy, poprawiać kontakt z nawierzchnią i zmniejszać nerwowość jazdy na gorszym asfalcie. A ponieważ prawdziwe drogi rzadko przypominają świeżo wylany tor testowy, to akurat rozumiem bardzo dobrze.
Karbonowe szprychy i 1315 g
Deklarowana masa kompletu wynosi 1315 g, z czego przednie koło waży 600 g, a tylne 715 g. Jak na koła aero z obręczą 50 mm to wynik bardzo dobry, zwłaszcza że Mavic nie poszedł w ascetyczny minimalizm za wszelką cenę. Zastosowano 21 karbonowych szprych w każdym kole, w układzie 14 krzyżowanych i 7 radialnych. Przekłada się na prostą rzecz: koła mają być sztywne tam, gdzie trzeba przenieść moc, i jednocześnie możliwie czyste aerodynamicznie.
Karbonowe szprychy są tu jednym z najbardziej widocznych elementów. Mają płaski profil i według deklaracji ograniczać opór rotacyjny o około 18% względem standardowych konstrukcji z karbonowymi szprychami. Takie liczby zawsze biorę z odrobiną dystansu, bo laboratorium ma swoje warunki, a droga swoje humory. Mimo to kierunek jest ciekawy.

Podoba mi się też, że Mavic zwrócił uwagę na stabilizację naciągu szprych. System Locked-In Spoke Head ma pomagać utrzymać napięcie w czasie. Przy drogim sprzęcie wyścigowym trwałość często bywa tematem mniej ciekawym niż aerodynamika, ale w praktyce to ona decyduje, czy po sezonie nadal cieszymy się zakupem, czy zaczynamy wypierać z pamięci kwotę z paragonu.
Aerodynamika, która nie kończy się na tunelu
Mavic podaje, że Comete 50 mogą oszczędzić do 12 sekund na dystansie 50 km względem Cosmic SLR 45. Dla zawodnika to brzmi konkretnie. Dla większości amatorów – raczej jak różnica, którą łatwo zgubić źle dobraną kurtką, niewyspaniem albo zbyt ambitnym śniadaniem. I właśnie dlatego nie traktowałabym tych kół jako magicznego biletu do szybszej jazdy. Bardziej jako element całego układu, w którym liczą się pozycja, opony, ciśnienie, rama, ubranie i nogi.

Ciekawsze jest dla mnie to, że nad kołami pracowano przez ponad 250 godzin w tunelu aerodynamicznym w Genewie, także pod kątem zachowania przy różnych kątach napływu wiatru. To ważne, bo rower rzadko jedzie w idealnie prostym, laboratoryjnym powietrzu. W realnym świecie mamy ciężarówki, drzewa, otwarte pola, grupę jadącą nierówno przed nami i wiatr, który lubi przypomnieć o sobie w najmniej eleganckim momencie. Stabilność na rowerze czuje się ją od razu.
Drogi komplet dla ludzi, którzy chcą jednych dobrych kół
Comete 50 są tubeless ready, mają obręcz typu hooked carbon clincher, hamowanie Center Lock, oś 12 mm i kompatybilność z bębenkami Shimano HG-R 11/12-speed, SRAM XDR 12/13-speed oraz Campagnolo N3W. Do tego dochodzą ceramiczne łożyska, system ID360 z zapadką 40T, limit masy systemowej 120 kg, dożywotnia gwarancja i 7 lat wsparcia częściami zamiennymi.

Cena około 11 380 zł skutecznie odcina przypadkowych zainteresowanych. To poziom, przy którym wiele osób kupuje cały rower, a nie same koła. Z drugiej strony w świecie wyższej półki szosowej nie jest to kwota oderwana od realiów. Rynek przyzwyczaił nas już do tego, że dobre koła aero kosztują tyle, ile kiedyś bardzo przyzwoity sprzęt kompletny. Można się na to krzywić – i ja trochę się krzywię – ale trudno udawać zaskoczenie.
Najrozsądniej patrzeć na Comete 50 jak na zestaw dla osób, które jeżdżą szybko, ścigają się albo trenują na tyle regularnie, że różnica w prowadzeniu i efektywności będzie dla nich czymś więcej niż ozdobą w opisie produktu. Dla reszty pozostaje przyjemność obserwowania, jak technologia z wyścigowej półki powoli zmienia definicję zwykłych, codziennych kół szosowych.
