Oczywiście pyta mnie o wynik meczu, tego wieczoru polska reprezentacja wygra na warszawskim Stadionie Narodowym 4:0 z Izraelem, ale o tym mam dowiedzieć się za chwilę. On sam woli inne sporty, na przykład tenis czy koszykówkę, „noga” go średnio interesuje. Pytam, czy planuje wybrać się na „Pride”. 

- Chciałbym, ale raczej tego dnia będę pracował – odpowiada i zaraz dodaje – ale mój chłopak pójdzie na pewno. Jest znanym drag queen, powinieneś zobaczyć jego profil na Instagramie, jest boski.

Tym zamierzam się tu zająć, dowiedzieć się jak żyje się osobom LGBTQ w Izraelu. W Tel Awiwie działają instytucje, o których powstanie w Polsce wciąż starają się środowiska i organizacje związane z tęczową wspólnotą.  Chcę dowiedzieć się jak to tu działa, jak koegzystuje silna religia z obyczajową rewolucją. 

Miasto na skraju tęczy

Gdy wjeżdżam do Tel Awiwu na jednym z murów przy autostradzie czytam napis spray'em na murze: „Religion and faith are not the same” (religia i wiara to nie to samo). Na resztę podróży postaram się to przyjąć jako motto.

To miasto liczy sobie około 400 tysięcy mieszkańców. Podobno codziennie do pracy przyjeżdża tu dwa razy tyle, o czym mogą świadczyć zakorkowane ulice rano i wieczorem. Wkrótce jednak będzie jeszcze gęściej.

Uczestniczka parady w 2019 roku. Fot. Błażej Grygiel

Do najbardziej tolerancyjnego miasta Ziemi Obiecanej, a może nawet całego Bliskiego Wschodu, przyjeżdżam zobaczyć paradę słynną na cały świat równości. Poprzedniego roku przez centrum i wzdłuż nabrzeża przeszło około 250 tysięcy roztańczonych osób wielu kolorów, orientacji i kultur. Dzieje się to w państwie wyznaniowym, którego dominującą religią jest judaizm, a ten w swojej tradycyjnej formie potępia homoseksualizm. Ortodoksyjni rabini odrzucają tęczowy ruch. Władze świeckie natomiast balansują na linie między szacunkiem wobec wiary i tradycji, a prężnie działającym ruchem sojuszników LGBTQ, w którym są aktywiści, artyści, organizacje pozarządowe.