Mam ogromną słabość do takich projektów. Są kompletnie zbędne z praktycznego punktu widzenia, wymagają nieproporcjonalnie dużo pracy i zwykle rodzą więcej problemów, niż ich twórcy zakładali na początku. Jednocześnie pokazują coś, czego coraz mniej widzę w seryjnych gadżetach dla fanów – autentyczną fascynację detalem i chęć sprawdzenia, czy cyfrową fantazję da się zmusić do działania w prawdziwym świecie.
Kilka sekund animacji zamieniło się w miesiące pracy
Inspiracją był sposób działania Poké Balli w Pokémon Legends: Arceus. Akcja gry rozgrywa się w dawnej krainie Hisui, na długo przed czasami znanymi z głównej serii. Poké Balle wyglądają tam bardziej jak ręcznie wykonywane przedmioty niż produkty przemysłowe, a gracz może tworzyć je z materiałów zbieranych podczas eksploracji.
Kiara wcześniej konstruowała już działające repliki klasycznych Poké Balli, ale tym razem wybrała starszą wersję. W grze udane złapanie Pokémona może zakończyć się efektownym ruchem kuli i charakterystycznym obłokiem przypominającym parę. Na ekranie trwa to chwilę. W warsztacie taka chwila oznaczała projektowanie mechanizmu, serię prób, kolejne wydruki 3D i dopasowywanie elementów z dokładnością, której przy oglądaniu animacji właściwie się nie zauważa.
Początkowo konstrukcja miała być prostsza od wcześniejszych projektów. Szybko okazało się, że zmuszenie niewielkiej kuli do kontrolowanego wyskoku jest znacznie trudniejsze, niż sugeruje ekran Nintendo Switch.
Sprężyna, silnik i trochę bardzo małego dymu
Pierwsze testy polegały między innymi na eksperymentowaniu z lekkimi, około 100-gramowymi wydrukami oraz sprężynami o różnej sile. Ostatecznie wewnątrz znalazł się niewielki mechanizm z tłokiem, sprężyną i silnikiem DC. Silnik utrzymuje sprężynę w odpowiednim położeniu, a uruchomienie mechanizmu powoduje wyrzucenie całej konstrukcji w górę.

Jeszcze więcej zachodu wymagał efekt dymu. Miniaturowe rozwiązanie znaleziono w podzespołach stosowanych w małych nawilżaczach. Atomizer współpracuje z gąbką, która podczas aktywacji mechanizmu pomaga wytworzyć widoczny obłok pary wydostający się przez otwory w obudowie. Na zewnątrz efekt jest subtelny, bo wiatr szybko go rozwiewa, ale wizualnie wystarcza, aby odtworzyć charakter animacji.
W środku zmieszczono też elektronikę sterującą oraz moduł DFPlayer Mini odpowiadający za dźwięki. Obudowa powstała częściowo z ABS-u, natomiast zewnętrzne elementy wydrukowano z filamentu imitującego drewno. Materiał można szlifować i malować tak, aby powierzchnia wyglądała bardziej jak stary, ręcznie wykonany przedmiot. Samych wewnętrznych części trzeba było podobno wydrukować ponownie około dziesięciu razy, zanim wszystko zaczęło do siebie odpowiednio pasować.

Perfekcja okazała się mniej ważna niż działanie
Gotowa konstrukcja nadal ma swoje kaprysy. Po skoku widać sprężynę, kula nie zawsze ląduje tak elegancko jak jej cyfrowy odpowiednik, a trawa może utrudniać ponowne przygotowanie mechanizmu. Podczas dłuższych testów pojawił się również problem z nagrzewającym się akumulatorem. Podstawowy zestaw efektów jednak działa – kula wyskakuje, pojawia się para, można ją otworzyć i usłyszeć odpowiedni dźwięk.
Animacja w grze nie musi przejmować się masą obiektu, tarciem, środkiem ciężkości czy tym, gdzie schować silnik. Rzeczywistość natychmiast wystawia projektantowi rachunek za każdy efekt specjalny.
Dzięki temu powstaje również coś więcej niż kolejna replika wykonana drukarką 3D. Trzeba rozebrać kilka sekund gry na części, zrozumieć, co właściwie się tam dzieje, a potem znaleźć fizyczne odpowiedniki dla ruchu, dźwięku i efektów wizualnych.

Fani coraz częściej chcą wyciągać fikcję z ekranu
Kultura makerska szczególnie dobrze dogaduje się dziś z popkulturą. Drukarki 3D, miniaturowe płytki sterujące, niedrogie silniki i łatwo dostępne moduły elektroniczne sprawiły, że przedmioty kiedyś zarezerwowane dla profesjonalnych ekip od filmowych rekwizytów mogą powstawać w domowym warsztacie.
Poké Ball Kiary jest skrajnym przykładem tej tendencji. Nie daje żadnej szczególnej funkcji, której potrzebowalibyśmy w codziennym życiu. Daje za to coś znacznie trudniejszego do kupienia w oficjalnym sklepie z gadżetami – satysfakcję z zobaczenia, jak element fikcyjnego świata zaczyna naprawdę działać.

Ktoś zobaczył kilka sekund animacji i pomyślał, że koniecznie trzeba sprawdzić, czy da się zrobić to naprawdę. Rozsądek podpowiadałby zapewne, żeby odpuścić po pierwszych kilku nieudanych prototypach. Na szczęście kultura fanowska od dawna ma z rozsądkiem dość luźną umowę.
