Dramat, który rozegrał się w Gdańsku w 1970 r. – choć jego ideologiczne podłoże trudno porównywać z marcem 1968 r. – ostatecznie zmiótł Gomułkę z politycznej sceny. Ale dwa lata wcześniej, rozganiając pałkami aktywu robotniczego studenckie demonstracje oraz eliminując osoby pochodzenia żydowskiego z życia publicznego, nie zdawał sobie sprawy z tego, że stoi na politycznej krawędzi. W drugiej połowie lat 60. dopuścił do głosu partyjną frakcję, zaprawioną w partyzanckich bojach i niechętną obecności Żydów na najwyższych szczeblach władzy. Tej grupie – którą dziś określilibyśmy mianem prawdziwych Polaków (choć komunistów, wykształconych w Moskwie) – przewodził mocny człowiek PZPR Mieczysław Moczar (Mikołaj Demko). Ów młody polityk z partyzancką przeszłością potrafi ł sobie zaskarbić sympatię nie tylko weteranów Armii Ludowej, ale także wielu członków Armii Krajowej. Zastępy zwolenników Moczara rosły bardzo szybko i Gomułka, rad nierad, musiał mu dać wolną rękę – to właśnie Mietek, szef resortu bezpieczeństwa, miał uratować Wiesława. Metodami, jakie uzna za niezbędne. Wkrótce miało się okazać, że marcowa operacja była niedźwiedzią przysługą dla I sekretarza. Publikowany poniżej fragment książki „Marzec ’68”, autorstwa współpracownika „Focusa Historia” Piotra Osęki, to próba odpowiedzi na pytanie: czy Moczar naprawdę musiał dostać do ręki tak niebezpieczną zabawkę?

 

"Na politycznym widnokręgu pojawiła się nowa frakcja partyjna, szybko ochrzczona mianem »partyzantów«. Członkowie tej grupy byli przeważnie pracownikami resortów siłowych i drugo- oraz trzeciorzędnymi dygnitarzami partyjnymi – sekretarzami Komitetów Miejskich i Dzielnicowych.

»Partyzanci« podkreślali swoją przynależność do Armii Ludowej, własną kombatancką przeszłość półoficjalnie przeciwstawiając biografiom tych działaczy partyjnych, którzy wojnę spędzili w Związku Radzieckim i tylko temu – jak utrzymywano – zawdzięczali późniejsze znaczenie polityczne i władzę w Polsce. Czołową postacią tego kręgu był Moczar. Po roku 1956 jego kariera nabrała wyraźnego przyspieszenia. Już w dwa miesiące po VIII plenum objął funkcję wiceministra spraw wewnętrznych, zaś w roku 1964 nastąpiły kolejne awanse: na szefa MSW oraz prezesa Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację – kilkusettysięcznej organizacji kombatanckiej.

Połączenie obu funkcji było niezwykle korzystne dla celów politycznych Moczara. Zyskiwał nie tylko możliwość rozszerzania wpływów i pozyskiwania zwolenników, ale również wpływ na prasę oraz okazję do uwiarygodnienia swojej partyzanckiej legendy. »Pod hasłami narodowymi udało mu się skupić wokół siebie wielu kombatantów nie tylko z AL, lecz także z AK – pisał Jerzy Eisler. – Zaczęto organizować wspólne AL-owsko–AK-owskie biwaki i ogniska. Były partyzanckie śpiewy, wspomnienia, była wódka, bigos, kiełbaski na patyku. Moczar umiejętnie wykorzystywał wspólnotę kombatancką tych, którzy – dla Ojczyzny – tracili młodość, walcząc po lasach z hitlerowcami, oraz fakt powojennych represji wśród byłych AK-owców – przecież w tym samym czasie w więzieniach siedziało również niemało byłych żołnierzy AL«. Choć partyzanci kultywowali etos żołnierski i ostentacyjnie gardzili inteligentami, dla legendy tej grupy duże znaczenie miało ukazanie się trzech książek.

W roku 1962 Ministerstwo Obrony Narodowej wydało zbiór wywiadów z dowódcami Gwardii Ludowej, zatytułowany »Ludzie, fakty, refleksje«. Dobór nazwisk wskazuje, że kierowano się raczej aktualną pozycją respondentów, niż zasługami z przeszłości. Wśród autorów relacji znaleźli się – obok Moczara i Korczyńskiego – szef Wojskowej Służby Wewnętrznej Aleksander Kokoszyn oraz jego dwaj zastępcy: Tadeusz Pietrzak i Teodor Kufel, a także Franciszek Szlachcic, który już za rok zostanie wiceministrem spraw wewnętrznych.


W tym samym czasie Mieczysław Moczar opublikował (choć pisał zapewne kto inny) książkę »Barwy walki«, zawierającą jego wspomnienia z czasów partyzanckich. Rok później ukazała się praca Zbigniewa Załuskiego »Siedem polskich grzechów głównych«. »Chcę trochę pobronić naszej historii, naszej historii romantycznej – pisał autor we wstępie. – Chcę jej bronić przed wrogami, którzy surowo potępiając niecodzienne czyny, ofiarność przezwali ofiarnictwem, bohaterstwo – bohaterszczyzną, a lekkomyślność kabotyńską pozą, i zwykły idiotyzm uznali za nasze wady narodowe«. Poprzez książki i wywiady partyzanci budowali wizerunek siebie jako »narodowych komunistów«. Ich światopogląd był swoistą odmianą nacjonalizmu wyrażonego językiem komunistycznej doktryny. Mieścił się w nim antysemityzm (na razie skrywany, a już wkrótce otwarcie głoszony pod marksistowsko poprawną nazwą antysyjonizmu), ksenofobiczna niechęć do wszystkiego, co w życiu kulturalnym i naukowym uznane zostało za niepolskie, uwielbienie dla tradycji militarnej, wreszcie odraza wobec względnej nawet liberalizacji życia politycznego w kraju. »Partyzanci« uważali, że Władysław Gomułka i jego najbliższe otoczenie są zbyt pobłażliwi wobec »rewizjonistów «, którzy z zachodnimi dyplomatami starają się obalić ustrój. Pragnęli poddać społeczeństwo wojskowo-milicyjnemu drylowi, a nade wszystko spacyfikować niepokorną inteligencję. Moczar starał się rozszerzać swoje wpływy poza krąg najbliższych współpracowników i podwładnych. W willi ministra na czwartkowych kolacjach »przy winie i dobrej kawie« spotykali się dziennikarze, literaci, naukowcy.

Sprzymierzeńcami partyzantów byli m.in. redaktor naczelny »Prawa i Życia« Kazimierz Kąkol, prorektor UW Zygmunt Rybicki, pisarz Wojciech Żukrowski. Do najważniejszych gości należeli naturalnie członkowie kierownictwa. Podobno Moczara często odwiedzał sam Gomułka – chociaż można zastanawiać się, czy powodowała nim życzliwość wobec ministra, czy też pragnienie »trzymania ręki na pulsie« tak, by nikt z obecnych nie zapomniał, komu winien jest lojalność.

Partyzanci, niepodzielnie władający MSW, mieli ambicję, by swymi wpływami objąć również drugi z resortów siłowych – wojsko. Jednak stojący na czele armii marszałek Spychalski nie cieszył się autorytetem wśród oficerów, a stosunki między nim a Moczarem układały się raczej chłodno. Człowiekiem partyzantów w kierownictwie armii był Korczyński (od 1965 r. wiceminister Obrony Narodowej), próbowano też pozyskać część wyższych oficerów, którzy nie angażowali się dotąd w partyjne spory. »Spośród nas, generałów, Moczar wyróżniał Jaruzelskiego – wspominał Szlachcic. – Mówiono, że przed powołaniem go na szefa Głównego Zarządu Politycznego MON były jakieś obiekcje z przeszłości, lecz Moczar i Korczyński przekonali do niego Gomułkę i innych wpływowych członków kierownictwa«.

Do sojuszników Moczara zaliczyć też można Bolesława Piaseckiego, postać wpływową, choć nienależącą do partyjnego establishmentu. Piasecki, przed wojną przywódca faszystowskiej, skrajnie nacjonalistycznej i antysemickiej organizacji Ruch Narodowo-Radykalny »Falanga«, po 1945 r. podjął współpracę z komunistami i stanął na czele Stowarzyszenia PAX, określającego się jako »ruch katolików społecznie postępowych«. Była to organizacja popierana przez państwo jako przeciwwaga dla hierarchii Kościoła, poszukująca ideologicznej formuły dla syntezy katolicyzmu i socjalizmu. Wyróżnikiem tego środowiska był program negatywny, zbudowany na szowinizmie i antysemityzmie. Siłą PAX-u były prasa i wydawnictwa, które miały oddać Moczarowi znaczące usługi.

W dyskusjach historycznych pojawia się pogląd, że częste posługiwanie się terminem »partyzanci« w opisie rzeczywistości, a zwłaszcza przypisywanie tej frakcji konkretnych celów i jednolitych strategii działania, jest uproszczeniem, które, zamiast przybliżać, jedynie zaciemnia obraz sytuacji. Dlatego przedstawiony portret »partyzantów« traktuję raczej jako wzorzec idealny – model zależności łączących elity kierownicze z masami partyjnymi, nieopisujący w pełni złożonej sytuacji. Nie da się jednoznacznie powiedzieć, kto z KC należał lub nie do »partyzantów « i w czym ta ewentualna przynależność miałaby się przejawiać. Nie da się też jednak zaprzeczyć, że pewni towarzysze byli z Moczarem związani bardziej od innych – choćby więź ta miała się opierać wyłącznie na wspólnej nienawiści do tych samych wrogów. Kombatancka mitologia i towarzyszący jej antyliberalny obskurantyzm składały się na pewien specyficzny styl politycznego myślenia, będący znakiem firmowym »partyzantów«, a zarazem głównym (choć bardzo nieostrym) kryterium, przesądzającym o przynależności do tej grupy. Ludzie, o których można by mówić, że są związani z grupą »partyzantów«, tworzyli rodzaj piramidy klientalnych zależności – na jej wierzchołku znajdowała się osoba Moczara.

O istnieniu czytelnego podziału wśród elity PZPR świadczy też notatka Rakowskiego z wiosny 1964 r.: »Zostałem zaproszony na plenum. Siedziałem dwa dni i w gruncie rzeczy ograniczyłem się do obserwowania reakcji sali itp. A więc pierwsza uwaga: nie jest to sala, w której każdy siada, gdzie ma ochotę. Szczątkowy Natolin siedzi w jednym miejscu, «partyzanci» z Moczarem na czele w innym, liberałowie w jeszcze innym. Nie daj Boże, by ktoś usiadł nie w swoim rewirze«. Wpływy frakcji partyzanckiej były funkcją rosnącego znaczenia MSW. SB penetrowała wiele dziedzin życia, jej funkcjonariusze nadzorowali prasę, administrację państwową, gospodarkę. Powiększała się również sieć mniej lub bardziej formalnych współpracowników aparatu – także w strukturach partyjnych – którzy dostarczali informacje o nastrojach i opiniach, traktując kontakty z SB jako inwestycję w przyszłą karierę."

Artur Górski