Skala jest trudna do uchwycenia bez porównań. W części omówień zestawiano tę populację z ponad 200 ulami pszczoły miodnej albo z liczbą mieszkańców znacznie większą niż w wielu miastach. Mówimy o milionach dzikich zapylaczy skupionych na obszarze około 6–6,5 tys. metrów kwadratowych. Taki tłok pod ziemią nie zostawia wiele miejsca na tezę, że miasta są dla owadów wyłącznie martwą strefą.
W tym odkryciu ważniejsza od samej liczby jest jednak lokalizacja. Cmentarz nie kojarzy się z miejscem, w którym toczy się intensywne życie biologiczne. Jest uporządkowany, wyciszony, zdominowany przez kamień i trawę. A mimo to właśnie takie tereny potrafią być dla części gatunków bardzo dobre: stabilne, mało naruszane, rzadziej przekopywane i mniej chaotyczne niż wiele innych fragmentów miasta. W przypadku pszczół gniazdujących w ziemi to ma znaczenie podstawowe. Jeśli grunt jest stale ruszany, ubijany albo zalewany nowymi warstwami krajobrazowej “estetyki”, owady po prostu nie mają gdzie żyć.
Nie ul, lecz podziemna dzielnica samotnic
Praca opublikowana w Apidologie opierała się na obserwacjach prowadzonych od końca marca do połowy maja 2023 roku. Naukowcy użyli tzw. pułapek wyjścia, które pozwalają liczyć owady opuszczające gniazda w ziemi. Na podstawie zagęszczenia na badanych poletkach oszacowano populację całego zasiedlonego obszaru. Wynik dał około 5,56 mln pszczół, przy przedziale niepewności od około 3 do 8 mln.
Sam gatunek nie był dla lokalnych badaczy nowością. Andrena regularis obserwowano tam od dawna, a historyczne dane wskazują obecność sięgającą co najmniej lat 30. XX wieku. Nowe było dopiero uświadomienie sobie, z jaką skalą mamy do czynienia. To dość częsty mechanizm w ekologii miejskiej: organizm nie jest “nieznany”, tylko po prostu przez dziesięciolecia nikt nie zadał wystarczająco dokładnego pytania o liczby.
To także dobry moment, by odczarować obraz pszczoły, który większość ludzi nosi w głowie. W kulturze dominuje pszczoła miodna: społeczna, ulowa, produkująca miód, dobrze rozpoznawalna. Tymczasem znaczna część dzikich pszczół w Ameryce Północnej to gatunki gniazdujące w ziemi, często samotne. Nie budują uli, nie tworzą wielkich struktur społecznych i przez to znacznie łatwiej je przeoczyć. Ich znaczenie dla zapylania nie robi się przez to mniejsze.
Dlaczego akurat cmentarz okazał się tak dobrym miejscem?
W przypadku takich pszczół liczy się kilka rzeczy naraz: odpowiedni grunt, spokój i dostęp do pokarmu w czasie aktywności. East Lawn Cemetery najwyraźniej spełniał te warunki od lat. Grunt pozostawał wystarczająco stabilny, by kolejne pokolenia mogły zakładać gniazda w tym samym miejscu. Jednocześnie okolica dostarczała pożytku. Badacze wskazują zwłaszcza na pobliskie sady Cornell Orchards, które zapewniają obfitość kwitnących drzew w okresie wiosennej aktywności Andrena regularis. Układ jest prosty: spokojne miejsce do życia plus dobrze zaopatrzona stołówka w rozsądnej odległości.

To zresztą ciekawie ustawia rolę miejskich terenów zielonych. Zwykle dyskusja o bioróżnorodności w miastach skupia się na parkach, łąkach, ogrodach społecznych czy pasach zieleni. Cmentarze trafiają do tej rozmowy rzadziej, choć właśnie one bywają niezwykle stabilnym elementem krajobrazu. Nie są intensywnie użytkowane jak skwery, nie zmieniają się tak szybko jak działki inwestycyjne i często zachowują fragmenty gruntu w stanie bardziej ‘ciągłym” niż wiele innych miejskich przestrzeni. Dla zwierząt, które potrzebują nie tyle bujnej dzikości, ile właśnie przewidywalności, to może być przewaga ogromna.
Trawnik przy nagrobkach nie wygląda jak miejsce pełne życia. A jednak pod nim działał system liczący miliony owadów. To dobra lekcja dla miejskiego myślenia o przyrodzie: życie nie zawsze manifestuje się w sposób, który od razu pasuje do naszej wizualnej wyobraźni o naturze.
Naukowe odkrycie, które zaczęło się zwyczajnie
Według opisów związanych z Cornell, sprawa zaczęła się od obserwacji terenowej Rachel Fordyce, która zwróciła uwagę na niezwykle liczne otwory w ziemi i wzmożony ruch pszczół. Z takich właśnie momentów często rodzą się najlepsze prace terenowe: ktoś nie przechodzi obojętnie obok czegoś, co inni uznaliby za detal. Potem wchodzi już cała mniej romantyczna część nauki – liczenie, kalibracja, analiza, porównywanie terminów pojawu, sprawdzanie relacji pasożyt-gospodarz i przeliczanie wyników na całą populację.
Sama publikacja nie jest tylko notatką o wielkiej liczbie. Bada też dynamikę wychodzenia pszczół z gniazd i pasożytnicze powiązania w tej populacji. Czyli nie tylko ile ich tam było, ale również jak funkcjonowało to niezwykłe skupisko. Duża liczba przyciąga uwagę, ale później zostaje coś znacznie ważniejszego: twardy argument, że niepozorne tereny miejskie mogą mieć realne znaczenie dla ochrony zapylaczy. A to może wpływać na decyzje o zarządzaniu takimi miejscami znacznie bardziej niż kolejna kampania o “ratowaniu pszczół” w najogólniejszym sensie.
Źródło: Sci Tech Daily
