Temple Electric II idzie w całkiem rozsądnym kierunku. Brytyjska marka obniżyła mocniejszą ambicję poprzednika, zostawiła to, co potrzebne w codziennej jeździe, i zaproponowała tańszy rower do miasta, dojazdów, zakupów i spokojnych wypadów poza asfalt.
Nowy model kosztuje 1895 funtów, czyli około 9 600 zł. To nadal nie jest kwota, którą wydaje się od niechcenia, ale w świecie e-bike’ów brzmi już bardziej trzeźwo niż wiele konstrukcji próbujących wmówić nam, że do jazdy po bułki potrzebujemy sprzętu o duszy alpejskiego ratraka. Poprzedni Temple Electric startował od 2499 funtów, czyli około 12 600 zł, więc różnica jest konkretna.
Mniej momentu
Temple Electric II dostał silnik Bafang w tylnej piaście o momencie 45 Nm i pięć poziomów wspomagania. Poprzednik miał mocniejszy napęd centralny 80 Nm oraz większą baterię 500 Wh. Nowy model korzysta z wyjmowanego akumulatora Samsung 360 Wh i ma oferować zasięg od 50 do 95 km, zależnie od trybu jazdy. To spadek względem wcześniejszych deklarowanych 60-120 km, ale w praktyce wielu użytkowników miejskich i tak nie potrzebuje elektrycznego roweru projektowanego pod pół dnia w trasie.
I właśnie ten ruch wydaje mi się rozsądny. Jeżeli ktoś jeździ do pracy, odwozi rzeczy, robi zakupy, przemieszcza się między domem, biurem, szkołą dziecka albo paczkomatem, to bardziej doceni przewidywalność, cenę i prosty serwis niż imponujące parametry, które wyglądają dobrze głównie w porównywarkach. Silnik w piaście ma też tę zaletę, że jest prostszy konstrukcyjnie i łatwiejszy w utrzymaniu.
Rower miejski z odrobiną luzu
Electric II będzie dostępny w dwóch wersjach: Classic oraz Step Through. Ta druga, z niższym przekrokiem, waży 19,27 kg i jest przewidziana dla osób do 178 cm wzrostu. Cała konstrukcja ma ramę z aluminium 6061, a więc materiału powszechnie stosowanego w rowerach, bo pozwala utrzymać rozsądny balans między masą, trwałością i ceną. Ważne jest też to, że rower waży mniej niż 20 kg, co przy elektryku miejskim nadal nie czyni z niego piórka, ale daje nadzieję, że nie będzie przekleństwem przy każdym manewrowaniu w korytarzu czy przy stojaku.

Temple dorzuca metalowe błotniki, bagażnik o udźwigu do 25 kg, stopkę, hydrauliczne hamulce tarczowe Tektro, 9-rzędowy napęd Shimano CUES z kasetą 11-41T oraz opony WTB Byway 700x44c. To zestaw, który pasuje do roweru mającego służyć, a nie czekać na słoneczną sobotę. Bagażnik pozwoli założyć sakwę, błotniki uratują spodnie, a szersze opony dadzą trochę spokoju na gorszej nawierzchni.
E-bike nie musi mieć kompleksu samochodu
Przy rowerach elektrycznych często wraca obietnica zastępowania krótkich tras samochodem. Brzmi znajomo i sensownie, choć w praktyce wszystko rozbija się o szczegóły: gdzie mieszkamy, czy mamy bezpieczne drogi rowerowe, czy jest gdzie przypiąć rower i czy nie boimy się zostawić pod sklepem sprzętu wartego kilka pensji.
Uprightowa pozycja za kierownicą, skórzane chwyty, komfortowe siodełko i lekko klasyczny wygląd mają znaczenie, bo rower miejski nie powinien wymagać od użytkownika przebierania się mentalnie w sportowca. Ma być gotowy na jazdę w zwykłych ubraniach, z torbą, plecakiem, czasem z zakupami. Właśnie dlatego niższy moment obrotowy wcale nie musi być wadą. W mieście nie zawsze potrzebujemy kopnięcia spod świateł.
Brytyjski charakter i chińska produkcja
Temple to marka z Bristolu, a Electric II będzie produkowany w Chinach, z finalnym montażem i kontrolą jakości w Wielkiej Brytanii. To dość typowy układ dla współczesnej branży rowerowej, choć przy markach budujących wizerunek na lokalnym charakterze zawsze warto dopowiedzieć, gdzie faktycznie powstaje sprzęt. Nie widzę w tym nic skandalicznego, pod warunkiem że komunikacja jest uczciwa, a jakość nie kończy się na ładnych zdjęciach w miejskiej scenerii.

Rower ma trafić do sprzedaży w połowie czerwca i przynajmniej na start będzie dostępny dla klientów z Wielkiej Brytanii. To trochę studzi emocje z polskiej perspektywy, bo nawet jeśli model jest ciekawy, nie jest jeszcze oczywistą propozycją do wrzucenia do koszyka u nas.
Temple Electric II nie wygląda na sprzęt dla osób, które chcą opowiadać znajomym o maksymalnym momencie obrotowym przy grillu. Bardziej pasuje do kogoś, kto chce mieć rower na zwykłe dni. Na trasę do pracy, zakupy, dojazd na spotkanie, krótki wypad poza miasto.
Myślę, że większą wartością tego modelu jest odwaga zejścia z tonu. Temple nie dorzucił większej baterii tylko po to, żeby liczby wyglądały lepiej. Nie zostawił mocniejszego napędu, jeśli użytkownicy faktycznie jeżdżą głównie po mieście. Cena nadal jest wysoka, ale bardziej uzasadniona codziennym zastosowaniem. I jeśli rynek e-bike’ów ma naprawdę pomóc nam częściej rezygnować z samochodu na krótkich trasach, to właśnie takie rowery mogą być bardziej przekonujące niż kolejne katalogowe rekordy.
