Jeżeli będziemy chcieli zrobić zbyt wiele, grozi nam rozproszenie. Znalezienie ciszy, w której można spokojnie rozważać różne możliwości, pomoże skupić się na tym, co najważniejsze.

 

Gdybym był Bradem  Pittem, gdybym była Angeliną Jolie, gdybym miał duży budżet… Często wydaje nam się, że gdybyśmy byli kimś innym, wszystko poszłoby jak z płatka i moglibyśmy dokonywać rzeczy niemożliwych, zrealizować każde marzenie. A będąc sobą, nie możemy nic zrobić, nie damy rady, nie mamy szans. Ja mam inne doświadczenia. Kiedy byłem dzieckiem, wiele nauczyłem się z książki „Twierdza” Antoine’a de  Saint-Exupéry. Jest tam piękna opowieść o drzewach: te, którym brakuje światła, w pogoni za nim rosną wysoko w górę, a te, które mają go w nadmiarze, są niskie i powykrzywiane. Często w życiu chcemy więcej niż mniej i to samo w sobie nie jest  złe. Ale jeżeli mamy za dużo priorytetów, za dużo celów, za dużo wątpliwości, to niestety stoimy w miejscu i nie możemy nawet wyruszyć w drogę. Kiedy rozpraszamy nasz czas i chcemy spróbować wszystkiego, w końcu mamy wrażenie, że życie przecieka nam przez palce, a my tak naprawdę nie spróbowaliśmy niczego. Kiedy dziecko ma za dużo zabawek, żadna nie cieszy. 

Coraz częściej widzę,  że współczesny świat powoduje tak wielki przyrost miniświatów związanych z różnego rodzaju przedmiotami i sprzętami, że trzeba bardzo uważać, żeby nie stać się ich niewolnikiem spętanym koniecznością zarządzania nimi, utrzymywania ich w gotowości i troszczenia się o nie. Na pewno rozwiązaniem nie jest całkowita asceza, ale znalezienie harmonii. Pamiętam, że podczas wypraw nieraz przez sto dni byłem całkowicie odcięty od świata. Nie czytałem gazet, nie oglądałem telewizji ani nie zaglądałem do internetu. Po powrocie do cywilizacji po pięciu minutach byłem na bieżąco – tyle czasu było mi potrzeba, aby uzupełnić ważne informacje. Niestety, większość informacji, które wchłaniamy z mediów, to informacje niepotrzebne. Po prostu śmieci.

W okresie, kiedy zdobywałem bieguny, mieszkałem w prawie pustym pokoju, w którym był materac, trochę ubrań i parę książek. Wielka liczba otaczających mnie przedmiotów działa na mnie rozpraszająco. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale pustka jest bardzo inspirująca. 

Dobrym przykładem są moje dwie wyprawy kajakowe Wisłą. W pierwszej chciałem osiągnąć wiele celów. Była to międzynarodowa wyprawa kajakowa z bogatym programem edukacyjnym, naukowym, spotkaniami po drodze, planami filmowymi i wydawniczymi, relacjami w internecie. Wszystko to miało przybliżyć Wisłę Polsce i światu. Problemem było to, że niewielu ludzi o tej inicjatywie słyszało, bo zainteresowanie było niewielkie. Budżet drugiej wyprawy był nieporównywalnie skromniejszy. Cel prosty: jeden człowiek, jeden kajak, jedna rzeka. Zimą. O tej wyprawie było głośno i udało się zainteresować ludzi Wisłą. 

Podobnie jest w codziennym życiu. Jeżeli chcemy być na bieżąco, „podłączeni” do świata wiadomości, zdarzeń, imprez, nowości, gadżetów, pozornie dzieje się dużo. Ale kiedy się dokładniej przyjrzymy sobie samym, to okaże się, że tak naprawdę niewiele. Ilość rzadko przechodzi w jakość. Współczesny świat stwarza miliony możliwości, ale musimy wiedzieć, dokąd zmierzamy, inaczej rozmieniamy życie na zdarzenia, które są puste w środku. Jak wydmuszki. Pustka w ładnym opakowaniu.

Droga na biegun też jest dobrym przykładem zasady „mniej znaczy więcej”. Na pierwszy rzut oka jest pusto, monotonny krajobraz, monotonna wędrówka, ale to tylko pozory. W odcieniu śniegu i kształtach lodu można odczytać całą historię ludzkości, a wędrówka staje się niezwykle intensywnym w przeżycia czasem. Pamięta się go lepiej niż lata spędzone w kolorowej i głośnej cywilizacji. Idąc przez życie, obrastamy w doświadczenia, ale również w przedmioty. Ja często mam z tym problem. Chciałbym zachować wiele pamiątek, książek, zdjęć, listów, biletów lotniczych, skrawków papieru. Ale od czasu do czasu trzeba zrobić remanent. Przewietrzyć swoją rzeczywistość, pozbyć się tego, do czego nie wracamy, aby stworzyć miejsce dla nowego. Pusta przestrzeń może będzie działać lepiej niż ta obciążona przeszłością. Raz na jakiś czas warto przejrzeć swoje zasoby i zostawić tylko to, co niezbędne. Ja sam jestem przywiązany do drobiazgów z przeszłości, ale staram się z nimi rozstawać. Wiem, że są ludzie, którzy robią dokładną listę tego, co posiadają, i rozdają niepotrzebne przedmioty. Może nie trzeba być tak radykalnym, ale warto popatrzeć na siebie z tej perspektywy. 

Więcej nie zawsze przybliża nas do celu, a wręcz może nas od niego oddalić. Zasada ta ma zastosowanie w wielu dziedzinach, np. finansów czy wyznaczania i osiągania celów. Ktoś może powiedzieć, że jest to problem ludzi, którzy mają za dużo pieniędzy, ale niekoniecznie. Niektórym się wydaje, że podróż na biegun to sprawa funduszy: jeżeli je mamy, droga jest otwarta. Nic bardziej mylnego. Nie sądzę, żeby pieniądze były największym problemem do rozwiązania przy okazji takiej wyprawy. Są tylko jednym z wielu. Jeżeli nie potrafimy go rozwikłać, to lepiej, abyśmy nie znaleźli się w sytuacji, w której pojawią się o wiele poważniejsze dylematy. Finanse to poprzeczka, której pokonanie jest wstępem do dalszych problemów. 

Życie wciąż przynosi nowe sytuacje, nowe możliwości i nowe problemy. Jeżeli będziemy chcieli zrobić za dużo, możemy się rozproszyć na niewiele wnoszące do naszego życia osiągnięcia. Odrobina dystansu do zmieniającej się rzeczywistości, znalezienie ciszy, w której można spokojnie rozważać różne możliwości, może sprawić, że skupimy się na tym, co najważniejsze. Raz na jakiś czas warto zrobić remanent na różnych poziomach: rzeczy, priorytetów, idei, pomysłów, celów, i warto sprawdzić, czy nie dzieje się tam zbyt wiele, czy zarządzanie nimi nie jest zbyt obciążające i czy nie czas, aby zrobić porządek i być może przestrzeń do czegoś nowego! 

Więcej przykładów tego, że mniej znaczy więcej, zawarłem w książce „Wyprawa”, a temat ten na pewno rozwinę w najnowszej książce (pod roboczym tytułem „Biegun”), nad którą właśnie pracuję.