Naprawdę nie chce ci się dziś iść do pracy. Czujesz, że łapie cię przeziębienie i dobrze byłoby poleżeć w łóżku. Po drodze na pewno będą korki, potem problemy z zaparkowaniem pod firmą, a w biurze jeszcze ta klimatyzacja, której nie da się sensownie ustawić... Oczywiście możesz popracować w domu przy komputerze i wysłać wszystkie dokumenty e-mailem, ale co z zaplanowanym na dziś zebraniem? Wyślesz tam kogoś innego. Kładziesz się na kanapie z laptopem, podłączasz joystick i przejmujesz kontrolę nad swym sobowtórem, który cierpliwie czekał w firmowym magazynku. „Dzień dobry, szefie!” – mówisz do mikrofonu, widząc na ekranie innego robota jadącego korytarzem. No tak, nie tylko ty masz daleko do pracy. Ciekawe, ile maszyn będzie na tym spotkaniu? Właśnie tak już wkrótce może wyglądać nasza codzienna rzeczywistość. Koszmar dojazdów do pracy to nic w porównaniu z wylotem na konferencję na drugiej półkuli – wystarczy jedna erupcja wulkanu i musisz zostać w domu. Ale w laboratoriach naukowców powstały urządzenia, które pozwalają człowiekowi być w dwóch miejscach jednocześnie. Witajcie w świecie cyberklonów – maszyn, które wkrótce mogą nas wyręczyć w najbardziej żmudnych i niewygodnych obowiązkach (trochę tak, jak w goszczącym niedawno na ekranach kin filmie „Surogaci”).

Będę tam jak rycerz Jedi

Nikogo już nie dziwi, że to maszyny szyją ubrania,kopią doły czy dźwigają ciężary. Jednak rewolucja przemysłowa niewiele pomogła pracownikom umysłowym. Nawet technologie komputerowe i internet nie dały nam takiej swobody, byśmy mogli pracować naprawdę zdalnie. Każdy szef woli mieć podwładnych pod ręką i sam też musi być w biurze, żeby wszystkiego doglądać. Telekonferencje, e-maile, wideoczaty – wszystko to pomaga, ale tylko trochę. Sytuacji nie zmienią nawet najnowsze wynalazki rodem z filmów science fiction. Dzięki firmom takim jak brytyjska Musion Systems możemy pojawić się w odległym miejscu niczym rycerze Jedi z „Gwiezdnych wojen” – w trzech wymiarach. Wizerunek jest nieco blady i migotliwy, ale do złudzenia przypomina filmowe hologramy, choć korzysta z innego zjawiska. System bazuje na pomyśle Johna Peppera i Henry’ego Dircksa – mistrzów iluzji z epoki wiktoriańskiej, którzy, wykorzystując grę odbić, „przywoływali” do pustych pomieszczeń duchy i zjawy. Współcześnie sztuczkę tę wykorzystuje się w tunelach strachu w wesołych miasteczkach. Do wideotransmisji 3D potrzebna jest kamera wysokiej rozdzielczości, bardzo szybkie łącze internetowe i rzutnik, który wyświetla obraz na płachcie wytrzymałej, idealnie gładkiej folii poliestrowej. Wady? System ogranicza miejsce akcji do jednej lokalizacji, działa tylko w jedną stronę – zwirtualizowana osoba nie może patrzeć na świat oczami swego sobowtóra – i jest koszmarnie drogi (ceny zaczynają się od 150 tys. dol.). Można sobie wyobrazić, że z czegoś takiego korzysta gwiazda rocka, polityk czy naukowiec, wygłaszający zdalnie wykład, ale raczej nie przeciętny zjadacz biurowego chleba.

Cybernetyczny belfer

Dlatego do akcji wkraczają roboty. Już dziś są w stanie „zastąpić” przy pracy cenionych profesjonalistów, takich jak lekarze. Zatrudnienie neurochirurga w amerykańskim szpitalu to koszt rzędu 500 tys. dol. rocznie. Nie każdą placówkę na to stać. Taniej wychodzi wynajęcie robota RP-7 (ok. 7 tys. dol. na miesiąc), który – zdalnie sterowany przez specjalistę znajdującego się w odległości setek kilometrów – może skonsultować pacjenta czy zrobić obchód. Maszyna jest tak naprawdę ruchomym zestawem do telekonferencji, ale to w zupełności wystarcza. Pacjenci nie mają nic przeciwko, zwłaszcza że personel nierzadko ubiera robota w lekarski fartuch, żeby wyglądał bardziej swojsko. W podobny sposób Koreańczycy chcą rozwiązać problem niedoborów kadrowych w szkołach i przedszkolach. „Do 2015 r. roboty będą w stanie pomagać nauczycielom w trakcie lekcji angielskiego. Po 2018 r. powinny już być zdolne do samodzielnej pracy z uczniami” – twierdzi Kim Shin-hwan, ekonomista z Hyundai Research Institute.

Nim jednak to nastąpi, nauka z pomocą robotów będzie przypominała nieco bardziej rozwiniętą formę e-learningu – maszyny będą zdalnie obsługiwane przez native speakerów, mieszkających poza granicami Korei Południowej. Tamtejszy rząd chce wydać na ten projekt w sumie 45 mln dol. Ale specjaliści wątpią w sens tego przedsięwzięcia. „Nie ma się co łudzić, że maszyna byłaby w stanie zastąpić kontakt z człowiekiem” – uważa prof. Noel Sharkey, ekspert w dziedzinie robotyki i sztucznej inteligencji z University of Sheffield. Podobnego zdania jest prof. Hiroshi Kobayashi z Tokijskiego Uniwersytetu Nauk. Zaprojektowana przez niego cyberkobieta imieniem Saya była testowana jako nauczycielka w jednej ze szkół, ale budziła raczej lęk wśród dzieci (a i tak sterował nią zdalnie operator, obserwujący klasę za pośrednictwem kamery). „Robot nie ma inteligencji. Nie ma zdolności uczenia się. Nie ma tożsamości. To tylko narzędzie” – podkreśla prof. Kobayashi.

Sobowtór wychodzi z szafy