Fit&Forma: Woli się pani przedstawiać: kolarka czy inżynier matematyki finansowej?

Maja Włoszczowska: Obie wersje są prawdziwe, ale pierwsza bardziej aktualna, więc zdecydowanie częściej przedstawiam się jako kolarka, czy bardziej ogólnie – sportowiec. Tytuł mgr inż. matematyki finansowej i ubezpieczeniowej napawa mnie dumą, ale bądźmy szczerzy: siedem lat po skończeniu studiów już niewiele pamiętam i z zawodem finansisty nie mam obecnie nic wspólnego, więc używanie tego tytułu byłoby wprowadzaniem rozmówcy w błąd.

F&F: Czyli gdyby nie rower, byłaby pani pracują-cym za biurkiem urzędnikiem?

M.W.: Nie nazwałabym pracy analityka finansowego „urzędową”. Ale z pewnością za biurkiem. To wielce prawdopodobne. Studia bardzo lubiłam i gdyby nie rozwój kariery sportowej, najpewniej wybrałabym pracę w zawodzie, a sport pozostałby w moim życiu w formie hobby. Trudno mi to sobie w tej chwili wyobrazić, przywykłam do funkcjonowania w ciągłym ruchu. Treningi, podróże... Do wszystkiego z pewnością można się przyzwyczaić, ale cieszę się, że moje życie potoczyło się w kierunku sportu.

F&F: No, ale robota za biurkiem, najlepiej na etacie, jest o wiele bezpieczniejsza i wymaga mniejszych nakładów pracy niż zawodowe kolarstwo. Zdarza się pani żałować wyboru profesji?

M.W.: Nie. Bywają oczywiście trudne momenty, kiedy zastanawiam się, czy to jest na pewno to, na co się pisałam, ale gdy na trzeźwo zrobię bilans zysków i strat, to zawsze jest zdecydowana przewaga tych pierwszych. Uwielbiam to, co robię, i mimo wielu poświęceń, mimo że uprawianie sportu zawodowego ma wiele wad, nie zamieniłabym tej pracy na inną. Właśnie... pracy? Kolarstwo to cały czas moje największe hobby. Naprawdę jestem szczęściarą.

F&F: Wydaną w zeszłym roku książkę zatytułowała pani „Szkoła życia”. Co było najsurowszą lekcją?

M.W.: Powrót do sportu po kontuzji i rzecz jasna sama kontuzja, która wykluczyła mnie z walki o złoto Igrzysk Olimpijskich zaledwie trzy tygodnie przed imprezą i postawiła pod znakiem zapytania dalszą karierę. Ale tych lekcji było dużo, dużo więcej.

F&F: 2,5 roku temu odniosła pani chyba najgorszą dla kolarza kontuzję – złamanie kostki i zerwanie ścięgien. Co czuła pani, gdy dowiedziała się, że to może być koniec kariery kolarskiej?

M.W.:  Dramatem był brak startu na Igrzyskach w Londynie. Myśli, że mogłabym nie wrócić do sportu, ani na moment nie dopuściłam do swojej głowy.

F&F: W takich momentach bardzo łatwo stracić wiarę i się poddać, a pani jednak wróciła na rower. Jaki jest przepis na podnoszenie się z kolan?

M.W.:  Ciężka praca, wytrwałość, wiara oraz cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość. Przeciwności losu potrafią się piętrzyć bez końca. Trzeba je przetrzymać, innej opcji po prostu nie ma. Pokonamy je, pojawiają się kolejne. Jedyna opcja to nie irytować się, akceptować stan rzeczy i robić to, co w danej sytuacji zrobić się da; to, na co mamy wpływ.

F&F: Ostatnio największe sukcesy polscy zawodnicy odnoszą w kolarstwie szosowym. Rafał Majka został najlepszym góralem Tour de France, a Michał Kwiatkowski kolarskim mistrzem świata. Zazdrości pani chłopakom?

M.W.:  Absolutnie nie. Ich wyścigi trwają niekiedy  trzy tygodnie, moje jeden dzień! Uwielbiam trenować, starty oczywiście mają szereg plusów, ale same wyścigi to jedna wielka walka o przetrwanie, walka z bólem i psychiką. Dwie godziny można przetrwać, ale tak dzień w dzień przez trzy tygodnie? Podziwiam ich, szczerze ich podziwiam. A sukcesów mam zazdrościć? Po każdym oglądanym triumfie chłopaków mam zdwojoną motywację do treningu. Niech więc wygrywają jak najwięcej, bo to z korzyścią i dla mnie.

F&F: Z tego, co wiem, kolarstwo nie jest pani jedyną sportową pasją – to prawda?

M.W.: Uwielbiam narciarstwo biegowe, które jest dla mnie formą zimowego treningu. Marzę o spróbowaniu kiedyś swoich sił w biathlonie. Oceniam jednak realnie swoje możliwości – to nie takie proste. Ale pomarzyć można, prawda?