Mówimy coraz mniej. I nie chodzi o wielkie rozmowy, tylko o coś znacznie cenniejszego

Mówimy coraz mniej. Nie w sensie efektownej metafory o upadku rozmowy, tylko całkiem dosłownego trendu, który badacze wyciągnęli z danych zebranych między 2005 a 2019 rokiem. Według nowej analizy przeciętna liczba wypowiadanych codziennie słów spadała średnio o 338 rocznie. To właśnie tak dochodzi się od około 16 tys. słów dziennie w 2005 roku do mniej więcej 12,7 tys. w 2019.
Jak to się dzieje, że rozpoznajemy wypowiadane przez innych słowa? /Fot. Unsplash

Jak to się dzieje, że rozpoznajemy wypowiadane przez innych słowa? /Fot. Unsplash

Badanie dotyczyło głównie prób z USA i części Europy, więc nie daje prawa do ogłaszania globalnej ciszy. Ale i tak brzmi niepokojąco, bo nie pokazuje jednej wielkiej utraconej rozmowy, tylko znikanie setek małych wymian rozsianych po całym dniu. Tych paru zdań przy kasie, krótkiego pytania o drogę, rozmowy z sąsiadem, uwagi rzuconej mimochodem. Z perspektywy statystyki to drobiazgi. Z perspektywy życia społecznego właśnie z nich składa się tło, bez którego codzienność robi się dziwnie bardziej bezdotykowa.

Najciekawsze jest jednak to, że badacze wcale nie ruszali na polowanie z tezą, że technologia zabija rozmowę. Trafili na ten trend trochę przy okazji, próbując odtworzyć wcześniejsze badanie o różnicach w gadatliwości kobiet i mężczyzn. Zamiast potwierdzić tylko starą historię, zobaczyli coś znacznie ciekawszego: że sam poziom codziennego mówienia wyraźnie się obniżył. Czasem nauka działa właśnie tak – szuka jednej odpowiedzi, a po drodze znajduje pytanie dużo większe.

Co tak na prawdę zanika w codziennych rozmowach?

Autorzy pracy oparli się na 22 badaniach z lat 2005–2019, obejmujących około 2200 osób. Co ważne, nie były to projekty stworzone po to, by mierzyć “kryzys rozmow”. Dotyczyły bardzo różnych tematów, od relacji i rozwodów po medytację czy radzenie sobie z chorobą. Właśnie dlatego ten wynik jest tak interesujący: trend wyszedł z danych, które nie były pod niego ustawione.

To nadaje sprawie większą wagę. Gdyby badacze od początku pytali ludzi, czy mają poczucie, że mniej rozmawiają, odpowiedź byłaby obciążona tysiącem współczesnych lęków i klisz. A tu mowa o analizie codziennego użycia słów w próbach zebranych inną drogą. Dzięki temu spadek nie wygląda jak publicystyczna diagnoza w stylu kiedyś to ludzie rozmawiali, tylko jak coś bardziej namacalnego: mierzalne osuwanie się codziennej mowy.

Najmocniej działa chyba właśnie skala tego rozproszenia. Te 338 słów mniej rocznie nie brzmią jak dramat. Ale badacze podkreślają, że nie chodzi o jedną wielką, utraconą pogawędkę, tylko o dziesiątki mikrointerakcji, które znikają z tła dnia. To trochę jak z miastem, które nie traci nagle jednej głównej ulicy, tylko po cichu zamyka kolejne małe przejścia, podwórka i skróty. Niby nadal da się dojść wszędzie, ale przestrzeń przestaje być żywa.

Smartfon nie jest jedynym winowajcą, ale trudno go uniewinnić

Najprostsza odpowiedź brzmi oczywiście: telefony, komunikatory, media społecznościowe. I badacze wcale tego nie wykluczają. Wprost mówią, że to zapewne część wyjaśnienia. Ale równie ważne jest coś szerszego: zmiana architektury codzienności. Samoobsługowe kasy, nawigacja zamiast pytania o drogę, ekrany do zamawiania zamiast krótkiej rozmowy, coraz mniej sytuacji, w których trzeba albo choćby wypada odezwać się do drugiego człowieka.

To właśnie ten wymiar wydaje mi się ciekawszy niż banalne zrzucenie wszystkiego na smartfon. Telefon jest tylko bardzo wygodnym symbolem. Prawdziwa zmiana dotyczy tego, że nowoczesne życie coraz skuteczniej usuwa drobne tarcie społeczne. Wszystko ma być szybsze, płynniejsze, bardziej intuicyjne, mniej zależne od obcych ludzi. Problem w tym, że razem z tarciem znika też mnóstwo zwykłego ludzkiego kontaktu. Nie wielkich rozmów o sensie życia, tylko tego lekkiego szumu obecności innych.

Badanie pokazuje też, że spadek był wyraźniejszy u młodszych dorosłych. U osób poniżej 25. roku życia badacze oszacowali zjazd na około 452 słowa rocznie, podczas gdy u starszych na około 314. To sugeruje, że cyfrowa wymiana treści może mocniej wypierać mowę właśnie tam, gdzie życie społeczne od dawna splata się z ekranem. Ale starsi też nie są od tego trendu wolni, więc nie da się tego zamknąć w prostym haśle, że młodzież już nie rozmawia.

Android 16 wprowadzi efekty dla czatów wideo
Źródło: David Phan / Unsplash

Piszemy może więcej, ale to nie znaczy, że nic się nie stało

Badacze uczciwie zaznaczają, że całkowita liczba słów, których używamy we wszystkich kanałach komunikacji, wcale nie musiała spaść. Być może wręcz wzrosła, jeśli doliczyć wiadomości, komentarze, maile i całą resztę tekstowego życia online. Tyle że to nie zamyka sprawy. Bo pytanie nie brzmi wyłącznie, ile produkujemy języka, ale jaki rodzaj kontaktu przez ten język podtrzymujemy.

Mowa niesie ze sobą coś, czego tekst zwykle nie umie odtworzyć w pełni: tempo, zawahanie, intonację, obecność. Pisany komunikat bywa szybszy, wygodniejszy i bardziej praktyczny, ale niekoniecznie zostawia ten sam społeczny ślad. To trochę jak różnica między obejrzeniem czyjegoś podpisu a usłyszeniem głosu. Jedno i drugie przekazuje informację, ale nie buduje dokładnie tego samego doświadczenia bliskości. To już bardziej wniosek interpretacyjny niż twardy wynik badania, ale dobrze zgadza się z tym, jak sami autorzy ostrożnie komentują znaczenie mowy wobec tekstu.

Jeśli z codzienności wyparowują krótkie rozmowy, to zmienia się nie tylko sposób przekazywania informacji. Zmienia się też sposób, w jaki człowiek doświadcza bycia wśród innych. Nie trzeba wielkiej samotności w romantycznym sensie, żeby poczuć, że dzień zrobił się bardziej szczelny, bardziej samoobsługowy, bardziej niemy. Czasem wystarczy, że nikt już nie pyta, czy kolejka stoi do tego okienka.

Źródło: IFL Science

Monika WojciechowskaM
Napisane przez

Monika Wojciechowska

Najbliższe są mi tematy związane z nauką, gadżetami i motoryzacją, a szczególne miejsce zajmują wśród nich astronomia i astrofizyka.