Nie podoba mi się to, że język, którym opisujemy przeciążenie, zaczyna coraz mocniej przypominać instrukcję obsługi urządzenia. Mówimy, że układ nerwowy jest “rozregulowany”, “przeładowany”, “zablokowany”, a potem szukamy metody, która go naprawi albo zresetuje. Domyślam się, że część z tych słów pomaga, bo zdejmują wstyd z tego, że człowiek nie daje rady. Łatwiej powiedzieć “mój układ nerwowy jest przeciążony” niż “jestem zmęczona, przebodźcowana, zestresowana i nie mam już z czego wyciągać energii”. Ale jest w tym też pułapka. Im bardziej medycznie brzmi problem, tym bardziej może wydawać się trwały, tajemniczy i poza naszą kontrolą.
Układ nerwowy nie ma trybu awaryjnego jak laptop
Autonomiczny układ nerwowy steruje wieloma procesami, których nie kontrolujemy świadomie: pracą narządów, regulacją temperatury, reakcjami emocjonalnymi i fizjologiczną odpowiedzią na stres. W dużym uproszczeniu działa tu współpraca dwóch gałęzi: współczulnej, która mobilizuje organizm do reakcji na zagrożenie, oraz przywspółczulnej, pomagającej wracać do bardziej spokojnego funkcjonowania po aktywacji. To bardzo stary mechanizm, dobry w sytuacjach ostrych i konkretnych, dużo gorzej dopasowany do współczesnego stresu, który nie zawsze ma twarz drapieżnika, ale potrafi mieć 68 nieodebranych wiadomości, ratę kredytu i kalendarz bez wolnego okienka.
Nasz organizm potrafi reagować na nagłe zagrożenie całkiem sprawnie. Problemem bywa codzienność, która nie daje jasnego końca alarmu. Praca, opieka nad bliskimi, finanse, konflikty, choroba, presja bycia stale dostępnym, sen skrócony do minimum i telefon, który zachowuje się jak mały dyspozytor cudzych potrzeb. To nie jest jeden pożar, po którym przyjeżdża straż i zostaje cisza. Bardziej przypomina mieszkanie, w którym alarm przeciwpożarowy pika co kilkanaście minut, aż człowiek przestaje wiedzieć, czy naprawdę coś się pali, czy po prostu żyje w hałasie.
W takim stanie ciało może być bardziej czujne, drażliwe, napięte i mniej odporne na zwykłe potknięcia dnia. Ktoś odpowie ostrzej niż zwykle, ktoś gorzej śpi, ktoś po małej zmianie planów czuje się tak, jakby rozsypał się cały tydzień. Internet nazywa to czasem “przeciążeniem układu nerwowego”, choć nie jest to precyzyjna diagnoza medyczna. Bardziej opis doświadczenia: momentu, w którym rezerwa psychiczna i fizyczna zaczyna być niebezpiecznie cienka.

Wellness pokochał wielkie obietnice, bo brzmią lepiej niż cierpliwa praca
Wokół układu nerwowego zrobiło się głośno także dlatego, że wellness uwielbia słowa, które brzmią naukowo i dają poczucie sprawczości. Regulacja, reset, nerw błędny, trauma, dysregulacja – to język, który w dobrym użyciu może pomagać w zrozumieniu własnego ciała. W złym zamienia zmęczenie w diagnozopodobną etykietę, a zwykłe techniki obniżania napięcia w obietnicę niemal serwisowej naprawy człowieka.
W tle jest jeszcze popularność teorii poliwagalnej, często przywoływanej przy rozmowach o traumie i układzie nerwowym. Problem polega na tym, że centralne założenia tej teorii zostały zakwestionowane przez grupę ekspertów, a badań terapii budowanych bezpośrednio na jej podstawie wciąż jest za mało, by traktować ją jak solidną mapę dla każdej rozmowy o stresie.
To nie znaczy, że oddech, praca z ciałem, kontakt z naturą albo poczucie bezpieczeństwa nie mają znaczenia. Mają. Ale co innego powiedzieć “to może pomóc obniżyć napięcie”, a co innego sprzedawać wizję resetowania układu nerwowego jak wymianę baterii w pilocie.
Najbardziej męczy mnie w tej modzie to, że potrafi ona zabrać zwykłym ludziom zwykłe słowa. Zamiast powiedzieć jestem przeciążona, za dużo na mnie spadło, nie mam czasu odpocząć, ciągle muszę być w gotowości – zaczynamy mówić językiem półmedycznym, jakby codzienne cierpienie potrzebowało naukowej pieczątki, żeby zasługiwać na uwagę.

Nie ma jasnych dowodów na to, że da się “zresetować” układ nerwowy, a samo sformułowanie sugeruje coś, czego biologicznie nie należy traktować dosłownie. Są za to działania, które pomagają obniżać przewlekły stres i poprawiać zdolność organizmu do regulacji napięcia. Regularna aktywność fizyczna, odpowiednia ilość snu i zdrowszy sposób jedzenia należą do tych podstaw, które bywają nudne tylko dlatego, że nie da się ich ładnie opakować jako tajnej metody za 13 tysięcy funtów za dobę w ekskluzywnym ośrodku.
Pomóc mogą też praktyki uważności i medytacji, w tym ćwiczenia oddechowe, bo badania wskazują, że potrafią obniżać poziom kortyzolu we krwi i ślinie. Czas spędzany w naturze wiąże się ze spadkiem innych wskaźników stresu, m.in. ciśnienia krwi i subiektywnego poczucia napięcia. Do tego dochodzi sztuka: muzyka, taniec, teatr, działania wizualne.
Czytaj też:Dlaczego coraz więcej osób wraca do prostych form dbania o siebie?
Wiem, że wszystko to brzmi prosto, lecz proste nie znaczy łatwe. Sen trudno poprawić, gdy dziecko budzi się co noc albo praca zjada wieczory. Aktywność fizyczna nie wchodzi gładko w grafik osoby, która żyje na kilku etatach obowiązków. Natura pomaga, ale nie każdy ma las za rogiem. Dlatego rozmowa o stresie nie powinna kończyć się listą porad w stylu “idź na spacer i oddychaj”. Moim zdaniem czasem prawdziwa praca zaczyna się od pytania, co w życiu regularnie podkręca alarm i czy da się, choć część tych bodźców ograniczyć, przesunąć, podzielić albo nazwać po imieniu.
