Jest też materiałowy szczegół: ponad 60% tworzywa obudowy pochodzi z przetworzonych zabawek Happy Meal. To konkretny sposób ponownego wykorzystania części surowca, który zasługuje na odnotowanie. Nie wyciągałabym z niego jednak automatycznie wniosku o małym wpływie całego produktu na środowisko. W myszy są jeszcze elektronika, akumulator i wszystkie etapy jej późniejszego użytkowania.
Znany kształt wystarcza do rozpoznania marki
Czerwony kartonik i wystające frytki tworzą sylwetkę, którą łatwo skojarzyć nawet bez dłuższego oglądania oznaczeń. W przedmiocie biurkowym taka forma ma duży potencjał kolekcjonerski. Może stać się drobnym żartem w otoczeniu monitora i kabli. Sama widzę tu raczej przyjemność z nietypowego projektu niż powód do wymiany dobrze działającej myszy.
Kształt znaku firmowego przechodzi tu do innego rodzaju kontaktu. Kartonik oglądamy zwykle przez krótki czas, a mysz może zostawać na blacie przez wiele miesięcy. Użytkownik dotyka jej częściej i w inny sposób. To ciekawa zmiana projektowa, bo wymaga pogodzenia rozpoznawalności z położeniem palców, rolki i przycisków. Tych dwóch zadań nie da się sprowadzić do jednego udanego zdjęcia.
Nie każdy odbiorca potrzebuje przy tym urządzenia do całodziennej pracy. Ktoś może włączać je od czasu do czasu lub traktować jako element kolekcji. Wtedy kryteria wyboru zmieniają się w sposób całkiem uczciwy. Ważne, aby kupujący wiedział, czego oczekuje. Sama nie przypisywałabym dekoracyjnej myszy zalet sprzętu profesjonalnego tylko dlatego, że potrafi łączyć się na kilka sposobów.

Recykling dotyczy określonej części
Deklaracja ponad 60% odnosi się do tworzywa obudowy. To istotne doprecyzowanie, bo łatwo przeczytać ją jako udział materiału z recyklingu w całym urządzeniu. Do zestawu dodano również opakowanie kartonowe bez plastiku i materiałową torbę, którą można rozłożyć jako podkładkę. Te rozwiązania opisują konkretne części produktu, więc można je oceniać osobno.
Materiałowa torba rozkładana jako podkładka ma przy tym własne, dodatkowe zadanie. Opakowanie transportowe może pozostać na biurku zamiast trafić do szuflady. Taki pomysł ma sens, jeśli powierzchnia dobrze współpracuje z myszą i stabilnie leży na blacie. Lubię wielofunkcyjność, którą da się wykorzystać od razu po rozpakowaniu. Nie trzeba wtedy pamiętać o drugim, bardzo odległym zastosowaniu drobnego dodatku.
Przy środowiskowej ocenie zapytałabym także o trwałość i możliwość naprawy. Ponowne użycie plastiku jest wartościowe, ale długi czas działania może mieć równie duże znaczenie dla sensu zakupu. Jeśli akumulator zużyje się wcześniej niż reszta myszy, możliwość jego wymiany staje się realną cechą użytkową. Bez takich danych wolałabym pozostać przy precyzyjnym opisie materiału.
Drugie życie materiału ma w tym przypadku interesującą kolejność. Najpierw plastik był zabawką, później staje się częścią urządzenia, które samo może trafić do kolekcji. Nie znamy na tej podstawie pełnego bilansu środowiskowego, ale widać zmianę funkcji. Surowiec zachowuje wartość użytkową po zakończeniu poprzedniego zadania. To konkretny argument, którego nie trzeba rozszerzać na obietnicę ekologicznej doskonałości całego produktu.
O powodzeniu takiego pomysłu rozstrzyga również zwykła sympatia. Jeżeli ktoś rzeczywiście lubi kształt frytek i korzysta z myszy przez lata, przedmiot ma szansę uniknąć szybkiego porzucenia. Gdy zainteresowanie opiera się wyłącznie na małym nakładzie, po premierze może zostać kolejny dodatek do szuflady. Lubię więc w tej współpracy sam żart, ale nie uznaję rzadkości za automatyczny dowód sensownego projektu.

Fry Mark można podłączyć przez Bluetooth, odbiornik USB 2,4 GHz albo przewód. Ma akumulator o pojemności 380 mAh i trzy poziomy regulacji czułości. Nie opublikowano szczegółowych informacji o sensorze ani potwierdzonego czasu działania. To wystarczy, aby rozumieć podstawowe sposoby użycia, lecz za mało do oceny zachowania w bardziej wymagającej pracy.
Różne sposoby łączności pozwalają włączyć Fry Mark do zwyczajnego stanowiska komputerowego. Pod zabawną obudową pozostaje urządzenie o znanej funkcji, z własnymi przyciskami i akumulatorem. To ważne dla charakteru całego pomysłu. Kolekcjonerski wygląd nie ogranicza go wyłącznie do oglądania, choć o wygodzie wielogodzinnej pracy nadal decyduje dopasowanie konkretnej dłoni.
Nie znamy jednak pełnego opisu sensora i czasu działania. Dlatego nie robiłabym z tej myszy z góry propozycji do wymagającej pracy czy gier. Wystarczy uczciwie powiedzieć, że ma funkcjonować jako komputerowy gadżet o rozpoznawalnym kształcie. Sama cenię ten rodzaj żartu użytkowego: można się nim bawić, a jednocześnie wykonać zwyczajną czynność, dla której przedmiot powstał.
Cztery tysiące sztuk szybko zniknęły
Mysz była oferowana przez McDonald’s w Chinach za 99 juanów, czyli około 58 zł, oraz 18 punktów programu lojalnościowego. Nakład wyniósł 4 tysiące sztuk i wyprzedał się krótko po premierze 22 października. Niestety nie jest to regularnie dostępne urządzenie, które można po prostu dodać do koszyka w polskim sklepie z elektroniką.
Przy ewentualnej odsprzedaży oddzieliłabym cenę premierową od kwoty płaconej za rzadkość. Kolekcjoner może świadomie zapłacić więcej, ale wyższa stawka nie poprawia sensora ani wygody. Dobrze zachować tę różnicę, szczególnie kiedy limitowany nakład staje się głównym argumentem sprzedającego.
