Wrzesień 1942 roku. Wieś Sutoki pod Nowogrodem. Snajper Ilia Nowikow jako jedyny z oddziału przeżył dwie doby niemieckiego natarcia. Opowiada towarzyszom, co zaszło: „Mieliśmy jako grupa snajperów wesprzeć newralgiczny, słabnący odcinek frontu. Zatrzymaliśmy kilkanaście szturmów, ale w końcu Niemcy odcięli nas od głównych sił batalionu i zostaliśmy sami z kilkoma fizylierami. Kończyła się amunicja. Ludzie ginęli jeden po drugim, wróg nieuchronnie się zbliżał. W końcu zostałem tylko ja, a na stanowisku obok dwie dziewczyny snajperki Natasza Kowszowa i jej partnerka Maria Poliwanowa. Niemcy darli się: Rus zdajsia!!! Nowikow był na tyle blisko, że słyszał rozmowę żołnierek:

– Natasza, nie mam już nabojów.
– Ja też nie.
– Są jeszcze granaty, ale krwawię... Chyba nie dam rady już rzucić następnego...
– Nie trzeba rzucać. Poczekajmy po prostu chwilę.

Wnet Niemcy ruszyli do szturmu, a Nowikow usłyszał huk granatów i stracił przytomność. Kontratakujący czerwonoarmiści znaleźli obok Nowikowa dwie kobiety rozerwane wiązką granatów, wokół nich zaś trupy 12 Niemców. Zanim zginęły, w czasie całej swojej służby ich snajperski duet wyeliminował ponad trzystu żołnierzy wroga! Kowszowa pośmiertnie otrzymała tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, a wraz z partnerką odznaczone zostały Orderem Lenina i Czerwonej Gwiazdy. Natalia Kowszowa ma dzisiaj swoją ulicę w Moskwie. Imieniem Poliwanowej ochrzczono niszczyciel rakietowy. Natasza miała modelowy – pomnikowy, sowiecki życiorys. Urodziła się w listopadzie 1920 r. w Ufie w robotniczej rodzinie działaczy bolszewickich. Niemal cała jej rodzina, i to zarówno kobiety, jak i mężczyźni, była zaangażowana w ruch komunistyczny jeszcze na długo przed rewolucją. Babka, matka i dwie ciotki zostały za to skazane na katorgę. Wujkowie i ojciec walczyli w wojnie domowej od pierwszych jej dni. Do poduszki, zamiast bajek, słuchała wojenno- rewolucyjnych opowieści babci. Nic dziwnego więc, że jeszcze w szkole deklarowała: „jak dorosnę, zostanę żołnierzem rewolucji”.

SZKOŁA NA CELOWNIKU

 


Trudno w to uwierzyć, ale wojenny życiorys Nataszy Kowszowej choć rzeczywiście modelowy (skuteczność strzelecka i bohaterska śmierć nie były jej jedynymi nadzwyczajnymi czynami – wyniosła np. spod ognia rannego dowódcę swego batalionu), nie był wcale wyjątkowy. Na froncie walczyło wiele podobnych dziewczyn, strzelców wyborowych Armii Czerwonej. Mężczyznom nie ustępowały w niczym, wręcz ich przewyższały. Choćby dlatego, że wszystkie były ochotniczkami, z kompletem cech właściwych „dobrowolcom”. Większość z pokolenia wojny domowej – pierwszego urodzonego i wychowanego pod czerwonymi sztandarami – nosiła w kieszeni legitymację Komsomołu, w sercach bezwzględne oddanie partii i nowej socjalistycznej ojczyźnie. W głowach zaś pożar komunistycznej idei. Najlepsze z nich miały na koncie kilkudziesięciu, a nawet kilkuset zabitych niemieckich żołnierzy. Tych najcenniejszych: łącznościowców, cekaemistów, artylerzystów, obsady granatników, członków załóg wozów mechanicznych, oficerów i snajperów.

Najskuteczniejszy strzelec Armii Czerwonej Iwan Sidorenko zabił 526 Niemców. Wasilij Zajcew, którego czyny rozsławiła sowiecka propaganda, a następnie hollywoodzka superprodukcja „Wróg u bram” – około 250. Najlepsza zaś wśród kobiet snajperek – Ludmiła Pawliczenko zastrzeliła aż 309 hitlerowców, w tym 36 wrogich snajperów. W pierwszym okresie wojny żeńskie kursy snajperskie prowadzono z inicjatywy Komsomołu w poszczególnych jednostkach piechoty. Od maja 1942 r. strzelców wyborowych płci piękniejszej przygotowywała Centralna Szkoła Instruktorów Szkolenia Snajperskiego. Do końca 1942 r. ukończyło tam kursy aż 490 kobiet. W maju 1943 r. po serii głośnych frontowych sukcesów absolwentek kursów snajperskich powstała specjalna Moskiewska Centralna Żeńska Szkoła Snajperów na ponad 1100 miejsc. Szkolenie trwało pół roku. W szkole pojawiły się pierwsze kobiety instruktorki – Ina Mudriecowa, Olga Malikowa i Nina Łobkowska. Do końca wojny wychowanki szkoły zlikwidowały ponad 4 tysiące żołnierzy niemieckich.

Pierwszy komendant szkoły pułkownik dyplomowany Mikołaj Kołczak pisał w liście do sztabu generalnego: „Zadanie mamy trudne. Musimy zmienić niemające nie tylko frontowego czy choćby wojskowego doświadczenia, ale przecież żadnego nawet doświadczenia życiowego osiemnasto-dwudziestoletnie podlotki w zdyscyplinowanych, twardych, wytrzymałych i wysoko kwalifikowanych żołnierzy. Słowem, stworzyć z nich elitę Armii Czerwonej”. Do szkoły z pierwszej linii frontu regularnie napływały pochwały. Szef pionu politycznego 3. Armii Uderzeniowej Andriej Urianin w grudniu 1943 r. donosił Kołczakowi: „Wasze, towarzyszu, absolwentki po przybyciu 7 września do jednostek już dnia następnego ruszyły na polowanie. 42 snajperów z 21. Gwardyjskiej Dywizji Strzeleckiej, wśród których jest 15 kobiet, ma do dziś na swoim koncie 1334 zlikwidowanych faszystów.

Szczególnie wyróżnia się snajperska drużyna sierżant Niny Sołowiej z 113. dywizji strzeleckiej, która w ciągu zaledwie miesiąca wybiła kilka kompanii hitlerowców”. Kołczak uważał, że snajper to dla żołnierza w spódnicy stanowisko wręcz wymarzone. Niepotrzebna jest tu bowiem tak duża siła fizyczna jak na linii frontu, zaś liczą się cechy właściwe kobietom: wytrzymałość, cierpliwość, odporność oraz dokładność i akuratność przy każdej najdrobniejszej czynności – od wyboru pozycji przez maskowanie się aż do oddania strzału. W 1944 r. dowódca 3. Armii Uderzeniowej generał-porucznik Władimir Juszkiewicz w patetycznym rozkazie dziennym z 14 maja chwalił jeszcze jedną cechę kobiet: niezwykle wysokie morale. „Nasze snajperki nie tylko zlikwidowały 2138 niemieckofaszystowskich zwyrodnialców, nastających na wolność i niezawisłość sowieckiego narodu – pisał. – One, będąc przepełnione niezłomną wolą rozgromienia wroga, w krwawych i zaciętych walkach wykazały wysoką świadomość obowiązku, jaki ciąży na nich wobec Ojczyzny, i dały wielokrotnie dowody gotowości do najwyższych poświęceń”. Juszkiewiczowi wtóruje dowódca 5. Armii marszałek Kryłow: „Sławne to były dziewczyny. Ich nazwiska i czyny były powszechnie znane wszystkim żołnierzom. Osobiście najlepiej zapamiętałem Różę Szaninę, której jako pierwszej z bojowniczek 3. Frontu Białoruskiego przypinałem Order Sławy”.

CZAR KATIUSZY

O wyczynach snajperów, a snajperek w szczególności, opowiadano w okopach legendy ku pokrzepieniu serc. Często, tak jak w przypadku Zajcewa, podchwytywała je i nagłaśniała propaganda – w ślad za strzelcami wyborowymi ruszali korespondenci wojenni, opisujący heroizm żołnierzy. W prasowych archiwach zachowało się wiele takich świadectw. Jedną z popularniejszych bohaterek stała się pochodząca z Kazachstanu Alija Mołdagułowa (91 zabitych), ogłoszona pośmiertnie Bohaterem Związku Radzieckiego. Dziewczyna miała wszystkie atuty, by stać się ikoną masowej żołnierskiej wyobraźni, a w końcu istotą na wpół mityczną.

Do wojska wstąpiła jako ochotniczka w wieku niespełna siedemnastu lat (zawyżyła wiek przed komisją poborową). Kiedy kończyła osiemnaście, miała już w kieszeni dyplom moskiewskiej szkoły snajperskiej i 32 śmiertelne trafienia w książeczce strzelca wyborowego. Dziewczyna była bardzo drobna. Tak bardzo, że mimo doskonałych wyników strzeleckich dowódcy uznali, że najzwyczajniej w świecie ma zbyt mało krzepy, by trafić na front. Po ukończeniu snajperskiej szkoły rozkazano jej więc zostać na trzy miesiące w roli instruktora. Jednak gdy trafiła na front, zasłynęła nie tylko z celnego oka, ale też z porywczego charakteru, szaleńczej wręcz odwagi i nieszablonowych, całkowicie nieprzewidywalnych wyczynów. Pewnego razu, „łowiąc” niemieckiego oficera, zamiast – jak było w rozkazie – ranić go i zostawić zwiadowcom, porzuciła karabin snajperski, przebrała się za chłopkę, po czym weszła do chaty, w której widziała dwóch faszystów. Jednemu wyrwała z kabury pistolet i zabiła go strzałem w głowę, drugiego zaś pojmała. Kiedy indziej stwierdziła, że użycie broni snajperskiej będzie nieskuteczne i samotnie zlikwidowała wiązką granatów bunkier z moździerzem i jego załogę. W czasie walk o sforsowanie Odry dwukrotnie – gdy został zniszczony celownik jej karabinu – podrywała żołnierzy swojej kompanii do ataku na bagnety. Zginęła nad Odrą kilka dni później, wycofując się ze strzeleckiej pozycji i jednocześnie próbując wynieść spod ognia rannego.

O ile żołnierze sowieccy uwielbiali legendy o swoich frontowych koleżankach z wyborowymi karabinami, o tyle Niemcy często nie mogli uwierzyć nie tylko w ich osiągnięcia, ale wręcz w samo ich istnienie. Ina Mudriecowa, która z wojny wróciła głucha na jedno ucho, bez oka i lewej ręki (138 śmiertelnych trafień), w książce „Męstwo, odwaga i miłość” wspomina: „Pewnego razu z grupą dziewczyn snajperek w wolnym czasie zaczęłyśmy śpiewać w okopach »Katiuszę «. Następnego dnia Niemcy, będąc najwyraźniej pod wrażeniem kobiecych głosów, a usłyszawszy, że koledzy zaintonowali inną żołnierską pieśń, zaczęli wołać ze swych pozycji: »Najn! Najn! Najn! Rus! Rus! Śpiewaj Katiuszę! Katiuszę!«. Podszedł do nas dowódca zwiadowców i mówi: »Śpiewajcie, dziewczyny «. I pochwycili zasłuchanego w nasze śpiewy oficera Wehrmachtu. Podczas przesłuchania mówi: »Unieruchomili nas wasi snajperzy. Tylu nam ludzi położyli. Morale padło. Ilu wy ich macie?«. A nasi mu na to: »A nie wiem, policz głosy, zaraz będą znów śpiewać »Katiuszę«”. Twarz wykrzywił mu grymas, który świadczył, że jego morale upadło w tej chwili ostatecznie.

GRATULACJE CHAPLINA


Najlepsza radziecka snajperka Ludmiła Pawliczenko (309 trafień) stała się gwiazdą większą niż Zajcew. Służyła w 25. Dywizji im. Czapajewa. Zasłynęła podczas obrony Sewastopola. Na Krymie podczas długich i krwawych pozycyjnych walk obronnych snajperzy odgrywali szczególnie ważną rolę i zbierali nadzwyczaj krwawe żniwo. Niemcy, pozbawieni na tym odcinku frontu przewagi artyleryjskiej, lotniczej i pancernej, odczuwali ich aktywność boleśnie. W okresie największej skuteczności, przez dziesięć pierwszych dni maja 1942 r., sowieccy snajperzy zabili pod oblężonym Sewastopolem ponad 10 tys. Niemców. Podczas jednej z misji pięcioosobowa grupa snajperska Pawliczenki, nie ponosząc strat własnych, uśmierciła 130 niemieckich żołnierzy. Misja trwała zaledwie dwa dni! Najeźdźcy ściągnęli na półwysep swoich strzelców. Zaroiło się od snajperskich pojedynków. Pawliczenko zwyciężyła w nich 39 razy.

W maju 1942 r. w wywiadzie dla wychodzącej wówczas na Krymie gazety „Krasnyj Czernomoriec” Pawliczenko mówiła, że o jednym ze zwycięstw zadecydował ułamek sekundy. Oboje ujrzeli się w lunetach w tej samej chwili. Niemiec przegrał, bo sparaliżowało go zdumienie, że zobaczył kobietę. Kula Ludmiły przebiła szkła lunety Niemca, rażąc go w oko. Pawliczenko była na tyle cenna, że tuż przed upadkiem Sewastopola została ewakuowana z miasta i półwyspu jako specjalny pasażer sowieckiej łodzi podwodnej. Przerzucono ją do Moskwy, a następnie już jako „Gwiazdę frontu” – przewodniczącą delegacji młodzieży radzieckiej wysłano z oficjalną wizytą do Stanów Zjednoczonych. Przyjmował ją aktor Charlie Chaplin i sam prezydent Roosevelt. Na jej konferencję prasową przybyło 59 amerykańskich dziennikarzy. Do ZSRR przywiozła prezent – karabin snajperski winchester. Większość jej koleżanek czekał los bardziej prozaiczny. Po wojnie armia nie potrzebowała już kobiet. W jej szeregach zostały naprawdę nieliczne snajperki. Reszta wróciła do fabryk.