Znajomy Anglik spytał mnie kiedyś, dlaczego Polacy na siebie szczekają. I nie chodziło mu o dźwięk naszej ojczystej mowy, ale o sposób, w jaki się do siebie zwracamy. Z zażenowaniem przyznał, że jeszcze nigdy w życiu na żadnej herbatce w Londynie nie spotkał takiego chamstwa, jak to, które dotknęło go w Polsce. Weźmy zwrot: „Podaj cukier”.  Nawet dodane na końcu „proszę” nie złagodziło fatalnego wrażenia, które to „podaj” wywarło w Angliku. Gdyby bowiem słówko po słówku przetłumaczyć, jak on zapytałby kolegę o ten nieszczęsny cukier, wyszłoby coś takiego: „Czy mógłbyś może podać mi cukier, uprzejmie cię proszę? Byłoby wspaniale”. Powiedzmy sobie szczerze, po polsku brzmi to strasznie i bliżej temu do groteski niż grzeczności. Ale Anglik polskim „podaj cukier” poczuł się urażony.

Nie znaczy to wcale, że Polacy są nieuprzejmi, a Anglicy – sztuczni czy egzaltowani. Po prostu w różnych językach w różny sposób wyraża się grzeczność i w dzisiejszych czasach trzeba mieć tego świadomość. Bo jeśli jej nie mamy, pojawi się problem. Gdy przyjdzie nam rozmawiać z osobnikiem z kultury, w której stopień uprzejmości, dystansu i dyplomatycznego zawoalowania wypowiedzi podniesiony jest do maksimum, a do tego źle coś przetłumaczmy, wyjdziemy na gburów. Albo wywołamy niepotrzebny konflikt.

Załóżmy więc na chwilę takie kulturowe soczewki. Wyobraź sobie, że ktoś ze Stanów Zjednoczonych pracuje dla ciebie nad projektem i pyta, co sądzisz o zmianach, które zrobił. Patrzysz i myślisz, że ten człowiek kompletnie zwariował i wysłał ci absolutny chłam.  Stop. Amerykanin odpowiedziałby w tej sytuacji tak: „Bardzo fajne zmiany. Dzięki wielkie. Zastanawiam się tylko, czy naszym klientom to się spodoba. Myślisz, że może moglibyśmy spróbować innego podejścia?”.

 A teraz zdejmij kulturowy filtr. Polak, podobnie jak wielu Europejczyków, powiedziałby po prostu bez zbędnych ceregieli: „To jest złe i nie zadziała. Musisz to zmienić”. Niestety, Amerykanin spadłby w tej chwili z krzesła. Uznałby, że to nie tylko brak profesjonalizmu, ale po prostu czysta niegrzeczność. Bo tak w jego kulturze się nie robi. Przynajmniej nie czyni tak człowiek na poziomie. I nawet jeśli zupełnie cię nie obchodzi, co pomyśli o tobie cudzoziemiec, powinieneś wiedzieć coś na ten temat jeszcze co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze to działa w też drugą stronę. W mojej pierwszej pracy w Kalifornii pewnego dnia pomyślałam, że moja szefowa mnie pochwaliła. Prawie skakałam z radości. Po prostu nie przyszło mi do głowy, że można kogoś w tak miły sposób skrytykować. Jeśli się zgubisz w kulturowym przekładzie, możesz stracić kontrakt albo pożegnać się z awansem, bo „coś z tobą jest nie tak”. Po drugie zaś, jeśli pracujesz w międzykulturowym zespole albo jedziesz za granicę, lepiej żebyś nie był źródłem frustracji dla innych. Bo to prowadzi do niepotrzebnych konfliktów i prędzej czy później obróci się przeciwko tobie.

Jakie jest twoje kulturowe IQ?

Kiedyś furorę robił termin inteligencja emocjonalna. Ale w dzisiejszym globalnym świecie, gdzie granice się zacierają i coraz częściej pracujemy z cudzoziemcami, warto skupić się na innym rodzaju IQ, o którym niestety nikt nie uczy nas w szkole. To inteligencja kulturowa. „Bez niej nie sposób się dogadać z ludźmi z innych krajów, bo nawet jeśli wykujemy tysiące obcych słówek, może się okazać, że pogubiliśmy się w tym, co jest między wierszami” – mówi ekspert w dziedzinie komunikacji międzykulturowej Andrew Molinsky, profesor w Brandeis University’s International Business School i autor książki „Global Dexterity: How to Adapt Your Behavior Across Cultures without Losing Yourself in the Process” („Globalna przenikliwość: Jak zaadaptować swoje zachowanie do innych kultur i nie zgubić siebie”).