Killer Bee to wielkie latające skrzydło napędzane śmigłem. Jednak nie tak wielkie, aby nieść człowieka. Ale to akurat nie jest konieczne, bo obsługa tego cichego zwiadowcy siedzi - w zamyśle projektanta - bezpiecznie ukryta na lotniskowcu marynarki Stanów Zjednoczonych. Koncern Raytheon ściga się z innymi uznanymi rywalami w konkursie U.S. Navy i Marine Corps, który ma wyłonić nowe środki przeprowadzania zwiadu, być może zwiadu połączonego z eliminacją celów. Killer Bee ma groźnie brzmiącą nazwę - nie bez przyczyny. Niedawno Raytheon przeprowadził pokaz dla szych z sił zbrojnych i departamentu obrony USA. Spece z tej firmy w 45 minut rozstawili na piasku zestaw startowy i wystrzelili Killer Bee z rampy do zadania zwiadowczego. Przez cztery godziny kontrolerzy nadzorowali lot bezzałogowej maszyny, która w tym czasie była w pełnej komunikacji z systemami U.S. Army i Navy. Przed koncernem Raytheon wciąż jest zadanie wymiany silnika na odrzutowy, to jednak może poczekać, bo na razie wyniki są bardzo dobre, a najbardziej liczy się komunikacja i systemy pokladowe. Killer Bee, dobrze spisuje się w locie dzięki specyficznemu układowi skrzydeł, które sprawiają, że przypomina wielką płaszczkę. Killer Bee widzi równie dobrze w dzień i w nocy. Może kręcić filmy, także w podczerwieni, a nadto można go wyposażyć w środki rażenia sterowane przy pomocy pokładowego lasera. Zasięg nawet 100 mil. Inny groźny konkurent to ScanEagle firmy Boeing. h.k.