Przyznam, że właśnie ta cena zainteresowała mnie bardziej niż sam chronograf. Bo można zrobić kolejny drogi zegarek. Znacznie trudniej przekonać ludzi, że marka kojarzona z dostępnością nagle ma prawo poprosić o kilka razy więcej.
Timex odkrywa luksus na własnych zasadach
Linia Atelier pojawiła się jako wyraźna próba przesunięcia Timexa wyżej. Za projekt odpowiada Giorgio Galli, globalny dyrektor kreatywny i projektowy firmy, a zegarki powstają w Szwajcarii. W kolekcji znalazły się wcześniej między innymi modele GMT i nurkowe, jednak Chronograph Automatic M1a Ti jest jak dotąd najbardziej ambitnym przykładem tej strategii.

Na zdjęciach trudno pomylić go z typowym Timexem za kilkaset złotych. Koperta ma 42 mm średnicy i została wykonana z tytanu. Jej konstrukcja jest częściowo szkieletowa, z czarnymi elementami ze stali nierdzewnej pokrytej powłoką IP. Do tego dochodzi tytanowy bezel z tachymetrem oraz mocno wyprofilowane, podwójnie wypukłe szkło szafirowe.
Całość waży 124,4 g w wersji na tytanowej bransolecie. To ważne, bo zegarek nie należy do subtelnych – grubość koperty wynosi aż 15,75 mm. Tytan sprawia przynajmniej, że pokaźne rozmiary nie zamieniają go w metalowy ciężarek przywiązany do nadgarstka.
Mam zresztą wrażenie, że właśnie tutaj Timex dobrze odrobił lekcję z segmentu premium. Droższy zegarek nie musi błyszczeć z drugiego końca restauracji. M1a Ti jest ciemny, matowy i dość techniczny. Czarna tarcza została zestawiona z jaśniejszymi licznikami chronografu, tworząc układ reverse panda, ale kontrast jest celowo przygaszony. Efekt bardziej przypomina sprzęt projektowany przez architekta niż biżuterię.
Mechanizm daje argumenty do rozmowy o cenie
Pod efektowną obudową znalazł się szwajcarski automatyczny mechanizm Landeron L72. Pracuje z częstotliwością 28 800 wahnięć na godzinę, ma 28 kamieni i zapewnia około 43 godziny rezerwy chodu. Mechanizm obsługuje chronograf z licznikami 60 sekund i 30 minut, a przez przeszklony dekiel można obserwować jego pracę. Producent podaje dokładność na poziomie od -18 do +10 sekund na dobę.

Nie są to parametry, które wywrócą zegarmistrzostwo do góry nogami. Dają jednak Atelier argument potrzebny przy tej cenie. Kupujący dostaje tytan, szkło szafirowe, szwajcarski automat i mechaniczny chronograf, a więc znacznie więcej niż logo znanej marki przyklejone do zwykłego zegarka.
Ciekawy jest natomiast brak substancji luminescencyjnej na wskazówkach i indeksach. Czytelność po zmroku na tym cierpi, ale estetycznie decyzję potrafię zrozumieć. Świecące elementy mogłyby zepsuć bardzo uporządkowany charakter tarczy. Gorzej prezentuje się wodoszczelność na poziomie 50 metrów. Przy zegarku kosztującym ponad 8 tysięcy zł chciałabym widzieć trochę większy margines praktyczności.
Największym wyzwaniem Timexa pozostaje napis na tarczy
W przypadku zegarków luksusowych parametry są jednak tylko połową równania. Druga połowa siedzi w naszej głowie.

Timex Atelier Chronograph Automatic M1a Ti kosztuje 2250 dolarów, czyli około 8 360 zł w wersji z tytanową bransoletą. Odmiana na gumowym pasku NBR została wyceniona na 2100 dolarów, czyli około 7 800 zł. To flagowy model linii Atelier i zarazem najdroższy regularnie produkowany Timex w historii marki.
Za około 8 tysięcy zł klient wchodzi już na rynek pełen szwajcarskich marek z wieloletnim prestiżem. I nagle Timex musi rywalizować nie samym wykonaniem, lecz także z pytaniem, ile dla kupującego znaczy nazwa na tarczy. To problem, którego nie da się rozwiązać tytanem ani kolejnym kamieniem w mechanizmie.
Paradoksalnie właśnie dlatego Atelier wydaje mi się ciekawsze od wielu bezpiecznych premier zegarkowych. Timex ryzykuje reputacją marki dostępnej cenowo, próbując jednocześnie zbudować sobie drugie piętro. Takie ruchy zwykle wywołują opór. Toyota może stworzyć Lexusa, Seiko ma Grand Seiko, ale w każdym przypadku potrzeba czasu, zanim odbiorcy przestaną patrzeć przede wszystkim na cenową historię producenta.

M1a Ti ma wystarczająco dużo charakteru, żeby tę dyskusję rozpocząć. Nie wygląda jak droższa wersja popularnego Timexa. Ma własne proporcje, materiały i bardzo konkretną estetykę. Pozostaje pytanie, ilu klientów będzie gotowych wydać ponad 8 tysięcy zł właśnie na Timexa.
Ja na razie bardziej podziwiam odwagę tego ruchu niż samą metkę. Jeśli Atelier się przyjmie, za kilka lat cena podobnego modelu może już nikogo szczególnie nie dziwić. Dzisiaj nadal dziwi – i chyba właśnie dlatego trudno przejść obok tego zegarka obojętnie.
