Nowy ranking najlepszych miast do zwiedzania pieszo w 2026 roku pokazuje, że pod tym względem Europa nadal ma bardzo mocne argumenty. Całą pierwszą dziesiątkę zajęły europejskie miasta, a podium przypadło Rzymowi, Madrytowi i Budapesztowi. Dalej znalazły się Praga, Lizbona, Amsterdam, Porto, Barcelona, Londyn i Berlin. Zestawienie powstało na podstawie ponad 467 tysięcy zweryfikowanych opinii podróżnych dotyczących 3600 pieszych wycieczek w ponad 800 miastach na świecie. W końcowym wyniku większą wagę miał sam wolumen turystów, ale 35% oceny stanowiła satysfakcja z doświadczenia.
Chodzić po mieście to znaczy naprawdę je zobaczyć
W ostatnich latach podróżowanie coraz częściej staje się selekcją doznań, a nie zaliczaniem punktów. Mniej kusi maraton atrakcji z listy „must see”, bardziej perspektywa miasta, które da się poczuć we własnym tempie. Pieszo widać więcej rzeczy pobocznych: szyld starego zakładu, kłótnię gołębi o okruszek, panią podlewającą balkon na czwartym piętrze, lokalną piekarnię, do której nie trafia się po kliknięciu w „najlepiej oceniane w pobliżu”.
Rzym wygrywa ten typ turystykI. Koloseum, Forum Romanum, Panteon, place, fontanny, kościoły, małe uliczki i wielkie symbole historii są tam rozsiane gęsto. Miasto daje poczucie, że co kilka minut odsłania nową warstwę. Madryt jest inny: szerzej, bardziej miejsko, z dużymi osiami spacerowymi, parkami, galeriami i życiem ulicznym, które nie kończy się zaraz po lunchu. Budapeszt z kolei ma Dunaj, monumentalne fasady i bardzo wdzięczną kompozycję widoków – idzie się nim jak po mieście, które wciąż pamięta, że spacer może być formą codziennej przyjemności, a nie tylko sposobem dotarcia do celu.

Europa wygrywa, bo wiele jej miast powstało przed obsesją na punkcie auta
Mam wrażenie, że doceniamy miasta piesze coraz mocniej właśnie dlatego, że przez dekady przyzwyczajano nas do odwrotnego modelu. Szerokie arterie, osiedla rozciągnięte tak, że bez auta stają się mało wygodne, centra podporządkowane przepustowości, a nie obecności człowieka. Tymczasem wiele miast z europejskiej czołówki powstawało w czasach, gdy najważniejszą skalą była skala ludzkiego kroku.
Oczywiście nikt rozsądny nie będzie twierdził, że Rzym czy Lizbona są urbanistycznie bezproblemowe. Rzym potrafi zmęczyć tłumem, Lizbona stromiznami, Amsterdam ruchem rowerowym tak intensywnym, że nieuważny turysta nagle odkrywa, iż chodnik i ścieżka rowerowa nie są pojęciami wymiennymi. Mimo to miasta te mają coś, czego nie da się łatwo dorobić później: naturalną gęstość doświadczeń. Idąc, nie przemierza się pustych odcinków między „atrakcjami”. Sam odcinek bywa atrakcją.
To też tłumaczy wysoką pozycję Porto, Pragi czy Barcelony. Są zwarte, silnie zakorzenione w przestrzeni publicznej, pełne miejsc, w których można się zatrzymać bez planu. A dobry spacer miejski właśnie tego potrzebuje – nie tylko ładnych obiektów, lecz także rytmu. Chwili przyspieszenia, potem zwolnienia. Zaułka, mostu, schodów, rynku, skweru.
Kraków wysoko, Wenecja mocno w dół
Z polskiego punktu widzenia ciekawie wypada Kraków, który awansował na 14. miejsce. To nie zaskoczenie, jeśli spojrzeć na niego oczami przyjezdnych: Stare Miasto, Kazimierz, Planty, Wawel, Bulwary Wiślane – wiele ważnych punktów da się połączyć długim, ale naturalnym spacerem. Kraków ma układ, który wyjątkowo dobrze znosi turystyczne chodzenie bez wielkiego logistycznego namysłu. Wystarczy mieć wygodne buty i odrobinę cierpliwości do tłumów na Floriańskiej.

Znacznie bardziej wymowny jest upadek Wenecji, która spadła z 15. na 91. miejsce. Samo miasto nadal jest wręcz podręcznikowym przykładem przestrzeni projektowanej do poruszania się pieszo. Problem w tym, że nawet najpiękniejsza trasa traci urok, gdy staje się korytarzem przeciskania się przez masę odwiedzających. W rankingu ten spadek powiązano z narastającym problemem overtourismu. I trudno to zbyć wzruszeniem ramion. Miasto może być piękne, historyczne i absolutnie wyjątkowe, a jednocześnie coraz mniej przyjemne w codziennym doświadczeniu – także dla turysty.
Reszta świata przyspiesza, ale Europa wciąż ustawia poprzeczkę
Pierwsza dziesiątka jest całkowicie europejska, lecz dalej widać wyraźny ruch. Tokio awansowało na 20. miejsce, Santiago de Chile na 25., a Meksyk osiągnął najlepszy wynik w historii zestawienia, lądując na 33. pozycji. W rankingu zadebiutowały też m.in. Szanghaj, Singapur, Hoi An i Salvador de Bahía. Piesze odkrywanie miast nie jest już kojarzone wyłącznie z „ładną starówką” i brukiem pod katedrą. Coraz więcej podróżnych szuka spacerowego doświadczenia także w metropoliach znacznie młodszych, gęstszych, bardziej pionowych.

Jednocześnie Europa nadal bardzo korzysta ze swojej przewagi: ma ogromną liczbę miast, w których historia, gastronomia, zabytki, codzienność i transport publiczny układają się w podróż możliwą do przeżycia bez ciągłego wzywania taksówki. Hiszpania ma w pierwszej setce aż 19 miast i pozostaje najliczniej reprezentowanym krajem w zestawieniu. Sam ten wynik mówi sporo o tym, jak silna jest tam kultura korzystania z miejskiej przestrzeni – placów, promenad, deptaków, dzielnic, w których życie naprawdę wychodzi na ulicę.
Miasto dobre do chodzenia zwykle jest po prostu dobre do bycia
Rankingi podróżnicze potrafią być ulotne, bo za rok ktoś policzy coś inaczej, zmieni proporcje, dołoży nowe kryteria i czołówka zacznie się przestawiać. Tu jednak sam temat wydaje mi się ważniejszy niż kolejność miejsc. Miasto, po którym chce się chodzić, zazwyczaj ma kilka innych zalet: jest bardziej intuicyjne, lepiej „czyta się” je bez instrukcji, daje więcej spontanicznych przyjemności. Nie zamienia każdego wolnego popołudnia w zadanie logistyczne.
Może właśnie dlatego tak mocno ciągnie nas do miejsc, które można zdobywać krok po kroku. Nie z pozycji pasażera, nie między parkingiem a wejściem, lecz zwyczajnie – idąc. Zmęczyć się trochę, zboczyć z trasy, usiąść przy fontannie, wrócić inną ulicą. W czasach, gdy coraz więcej rzeczy mamy podanych natychmiast, miasto odkrywane pieszo daje luksus drobnego opóźnienia. I bardzo dobrze. Nie wszystko musi przychodzić od razu.
