We wrześniu tysiące uczniów zaczęły edukacyjną przygodę. Być może w tej właśnie chwili notują w zeszytach pierwsze litery i próbują czytać o Ali oraz jej kocie. Jeśli będzie to dla nich jakimś pocieszeniem, nauka czytania i pisania w starożytności stanowiła jeszcze bardziej żmudny proces. Problemy z opanowaniem tych umiejętności mieli władcy cesarstwa rzymskiego, a we­dług autorów apokryfów nawet sam Jezus musiał chodzić do szkoły. I nie zakończyło się to dobrze (dla nauczyciela).

CZYTAĆ NIE KAŻDY MOŻE

Chłopcy (niekiedy też dziewczynki) w Rzymie zaczynali naukę w wieku około siedmiu lat. Wtedy to specjalny niewolnik zwany pedagogiem (był to opiekun, nie na­uczyciel) odprowadzał nowego ucznia na pierwsze wżyciu lekcje. Te zaś odbywały się często na powietrzu. Uczono się na miejskich placach i w zaułkach ulic. Niekiedy szkoły funkcjonowały w pomieszczeniach wynajętych w czynszowych domach. Całe wyposażenie szkoły nierzadko ograniczało się do kilku stołków i tablicy. Pierwszym nauczycielem, z jakim spotykał się młody Rzymianin, był tzw. litterator. Zazwyczaj był to lepiej lub gorzej wykształcony wyzwoleniec, często Grek, który miał nauczyć dzieci czytania i pisania. Metody, które stosował, opierały się na doświadczeniach szkoły greckiej (greki zresztą często uczono równolegle), której wpływy widać było wszędzie, gdzie dotarła cywiliza­cja antyczna. Jeszcze w późnym średniowieczu w Nubii (dzisiejszy Sudan) uczono się pisać i czytać tak jak w starożytnym Rzymie (czyli de facto tak jak w Grecji).

Początkowo dzieci zaznajamiały się z al­fabetem - co może nas nieco dziwić - sucho”. Poznawały nazwy liter i uczyły się recytować je w kolejności, zanim miały okazję ujrzeć je na tablicy. Tę powszechną metodę niekiedy krytykowano. „Najlepiej uczyć się poznawać litery tak jak ludzi: jed­nocześnie z wyglądu i z imienia” - zauważał wybitny rzymski retor Kwintylian w I w. n.e. Niezależnie od obranej metody w pewnym momencie przechodzono do nauki czytania.

Litterator objaśniał litery zapisane na tablicy, a następnie wyrywał swoich podopiecznych do odpowiedzi, każąc im nazywać wskazywa­ne przez siebie litery. Uczono również przez zabawę, wykorzystując m.in. litery wycię­te z kości słoniowej oraz ciastka i słodycze w kształcie liter.

Współcześnie w szkołach po nauce al­fabetu dzieci przechodzą do nauki czytania całych słów. W starożytności kładziono jednak szczególny nacisk na lekturę sylab. Zaczynano od pojedynczych, a następnie przechodzono do coraz trudniejszych zbitek. Katowano uczniów rozmaitymi łamaczami języka (Gre­cy nazywali je chalinoi), jakim były np. „sło­wa” zlepione ze wszystkich liter alfabetu. Na tym etapie kształcenia osiągnięcie płynności było istotniejsze niż rozumienie. By pojąć, dlaczego starożytni z taką pieczołowitością oddawali się nauce czytania sylab, należy przypomnieć ówczesny sposób zapisu. Pi­sano odręcznie, bez rozróżniania wielkich i małych liter, nie zostawiano przerw między wyrazami i praktycznie nie używano znaków interpunkcyjnych. Aulus Geliusz, rzymski erudyta z II wieku n.e., wspomina, że odmówił kiedyś publicznego odczytania tekstu, którego nie znał. Osoba, która koniec końców pod­jęła się tego zadania, ośmieszyła się własną nieporadnością. „Jeśli dzieci w szkole otrzy­małyby tę książkę do czytania, nie zrobiłyby tego w bardziej pocieszny sposób” - stwierdził Geliusz. Jeśli wybitny intelektualista boi się czytać na głos bez uprzedniego przygotowa­nia, o ile trudniejsze musiało to być dla dziec­ka. Warto dodać, że właśnie dlatego starożytni nawet w domowym zaciszu czytali na głos, gdyż pomagało to w płynnej lekturze. Filozof Porfiriusz z uznaniem pisał o swoim mistrzu Plotynie, że czytał w skupieniu, jedynie bez­dźwięcznie poruszając ustami.

RZYMSKI POKÓJ NAUCZYCIELSKI

  • Litterator - uczono się u niego czytać i pisać. Pod jego kierunkiem (lub specjalnego nauczyciela) dzieci pozna­wały także podstawy rachunków. Ten pierwszy etap kształcenia w Rzymie obejmował niemal wszystkich.
  • Grammaticus- edukację u gramatyka za­czynano między 9. a 12. rokiem życia. Przez kilka lat pod jego okiem dzieci uczyły się czytać i interpretować dzieła poetów, co było także pretekstem do wprowadzania wiedzy z innych dziedzin życia, od geometrii po astro­nomię.
  • Rhetor - uczył krasomówstwa, a więc umiejętności najważniejszej, by zrobić karierę. Dzieci z bardzo zamożnych domów bywały wysyłane na Wschód, by mogły się szkolić pod okiem greckich mistrzów retoryki.

Kto chciał, mógł się dalej kształcić w zakresie filozofii czy medycyny.

KRESKA ZA KRESKĄ

Gdy dzieci opanowały nieco czytanie, zaczynały naukę pisania, którą prowadzono w podobnej kolejności. Najpierw poznawa­ły kształty liter. Za pomoc naukową służyły rozmaite drewniane szablony a także tzw. hypogrammata - woskowe tabliczki z ledwie zaznaczonymi literami, które uczeń miał na­stępnie własnoręcznie nadpisać. Potem za­czynał samodzielne próby kreślenia znaków.

 

Uczniowie ćwiczyli, pisząc na woskowa­nych tabliczkach, niekiedy wykorzystywano papirus lub fragmenty potłuczonych naczyń. Wiele z takich prób zachowało się do naszych czasów. Popularnym ćwiczeniem było przepi­sywanie całego alfabetu, a nie, jak współcze­śnie, linijek pojedynczych liter. Każdy uczeń musiał także umieć zapisać go w odwrotnej kolejności.

Gdy uczniowie zyskali biegłość w zapisie sylab a potem słów, dla wyrobienia ręki naka­zywano im przepisywanie wybranych senten­cji (gr. gnomoi) z kanonu literatury. W trakcie nauki pisania po grecku korzystano z Homera, Eurypidesa czy Menandra, a ucząc się łaciny czerpano z Wergiliusza czy Terencjusza. Krót­kie chwytliwe maksymy moralne miały też wpoić uczniom właściwe wzory postępowania w życiu. Zwieńczenie nauki u litteratora stano­wiło często notowanie dłuższych dyktowanych ustępów. Uczniowie, którzy uzyskali w tym biegłość, mogli przejść do szkoły gramatyka, który zapoznawał ich z klasyczną literaturą i uczył ją komentować.

CESARSKA DYSLEKSJA

Zdaniem Kwintyliana edukacja w szkole przygotowywała do trudów życia, a ponadto uczyła od małego współzawodniczenia z in­nymi, co oczywiście było istotne dla przy­szłej politycznej kariery. Jednak kto mógł sobie na to pozwolić - choćby z czystego snobizmu - dbał o to, by dzieci uczyły się w domu. Młodzi arystokraci - poza standar­dowym kursem - na pewno zaznajamiali się z historią rodziny, przyswajali od starszych zasady politycznych rozgrywek i poznawali inne rzeczy przydatne w późniejszej karierze. Nie było w tym wypadku jednolitego wzor­ca. Jeden z najwybitniejszych wodzów swoich czasów Agrykola (I w. n.e.) wspominał, że matka upominała go w dzieciństwie, że zbyt gorliwie zajmuje się... filozofią. Swetoniusz, działający w początkach II wieku urzędnik i biograf, zanotował kilka interesujących in­formacji na temat edukacji dzieci w rodzinie cesarskiej. Cesarz August miał osobiście zająć się kształceniem Gajusza i Lucjusza, swoich wnuków, a zarazem synów przyjaciela Agrypy. Uczył ich czytania, pisania oraz podstaw nauk wyzwolonych, funkcjonował więc jako litterator i gramatyk równocześnie. Chłopców od małego zapoznawano też z arkanami rzą­dzenia imperium. Gdy August nie miał cza­su, zastępowali go profesjonalni nauczyciele. Jednym z nietypowych elementów edukacji Gajusza i Lucjusza była nauka fałszowania cudzych charakterów pisma. Zaprawiali się zaś na piśmie swojego wielkiego dziadka! Nie dowiemy się, czy ten kurs pomógłby im w przejęciu władzy, gdyż ku swojej rozpaczy cesarz przeżył obu wnuków.

Źródła nie przekazują nam również, czy August miał ładny charakter pisma, natomiast Swetoniusz, przejrzawszy archiwum pozosta­wione przez cesarza, napisał, że August... „nie przestrzega ściśle ortografii”. Biograf podaje kilka przykładów. Cesarz pisał „simus” zamiast „sioniis” albo „domus” zamiast „domuos” z taką konsekwencją, że Swetoniusz podejrzewał go o premedytację. Nie były to bynajmniej jedyne uchybienia cesarskiego pióra. „Często pomija lub opuszcza nie tylko litery, lecz nawet sylaby (...)”.

I w tym miejscu Swetoniusz usprawiedli­wia cesarza, tłumacząc, że to „powszechny błąd ludzi”. Wydaje się, że August pisał odręcznie tylko do przyjaciół i rodziny, więc mógł sobie pozwolić na podobną nonszalancję. W każdym razie błędy ortograficzne nie przeszkadzały mu w rządzeniu światem. Czy jednak cesarzem mógł zostać analfabeta? Tak!

Poczynając od III w., droga do cesarskiej purpury coraz częściej wiodła przez karierę w armii. Władcami zostawali prości żołnie­rze, pozbawieni niekiedy nawet elementarnej wiedzy. Zachowały się do dzisiaj tzw. brewiaria dziejów Rzymu, które miały za zadanie do­kształcać cesarzy nieuków i ludzi z ich otoczenia w zakresie podstawowej historii Rzymu. Oka­zuje się więc, że w pewnym momencie można było panować nad imperium, nie mając pojęcia, kim byli Cezar czy August! W tym gronie jed­nak szczególnie wyróżnił się cesarz uzurpator Vetranio, wyniesiony do tej godności w trak­cie wojny domowej w 350 roku (patrz „Analfabeta w purpurze”): „Uczynili go władcą (...) gdyż był już w podeszłym wieku i cieszył się powszechną sympatią ze względu na długi i pomyślny przebieg służby wojskowej - pisał historyk Eutropiusz. - Ten uczciwy człowiek [postępo­wał] zgodnie z obyczajami przodków i [odznaczał się] ujmującymi cnotami oby­watelskimi, do tego stop­nia jednak brakowało mu wykształcenia w sztukach wyzwolonych, że nawet podstawowe zasady pisania i czytania poznał dopiero w podeszłym wieku, już jako władca”.

 

ANALFABETA W PURPURZE

Uzurpacja dokonana przez „intelektualistę” Vetrania nie była chyba przypadkiem. Wiele wskazuje, że została ukartowana przez... prawowitego wtadcę Konstancjusza II. By zrozumieć podobną zagrywkę, należy naświetlić nieco sytuację polityczną w tej epoce. Po śmierci Konstantyna Wielkiego (337 r.) trzej jego synowie podzielili między siebie imperium. Najstarszy z nich Konstantyn II wyruszył na najmłodszego z trójki - Konstansa i przegrał. Zwycięzca zarządzał całą zachodnią częścią cesarstwa aż do 350 roku, gdy został zamordowany przez własnych żołnierzy. Władzę nad Italią, Galią i Afryką objął wówczas uzurpator Magnencjusz. Konstancjusz, który od śmierci ojca panował na Wschodzie, przez większość czasu miał związane ręce - odpierał ataki Persów zagrażających granicom imperium. Po zmianie władcy na zachodzie Konstancjusz grał na zwłokę, mamiąc Magnencjusza uznaniem jego uzurpacji. Postawa tym bardziej uzasadniona, że nastroje w armii na Bałkanach nie były mu wcale przychylne. Wiele wskazuje na to, że Vetranio został wyniesiony, by uprzedzić kolejną uzurpację albo wręcz przejście oddziałów iliryjskich na stronę Magnencjusza. Choć nasze źródła dla tych czasów są zagmatwane, wydaje się, że uzurpator cały czas pozostawał w kontakcie z dworem prawowitego władcy. Gdy tylko na Bałkanach pojawił się Konstancjusz, cesarz anal­fabeta abdykował. Miało się to odbyć w bardzo teatralny sposób. Obaj władcy ukazali się wojsku na podwyższeniu. Prawowity cesarz wygłosił długą mowę (niewątpliwie dla pokazania własnego wykształcenia), po czym przy żołnierskiej aklamacji zdarł z Vetrania purpurę. Obwołany imperatorem Konstancjusz zachował się z jednak klasą i sprowadził starszego już człowieka z platformy, nazywając go przy tym ojcem. Zabawa z upozorowaną uzurpacją na pewno się opłaciła. Niedługo później Konstan­cjusz pomścił brata, pokonując Magnencjusza w bitwie pod Mursą (351 r.). Gdyby armia iliryjska stanęła po stronie uzurpatora, Konstancjusz prawdopodobnie straciłby władzę i życie. Vetranio dobrze wyszedł na abdykacji. Ostatnie lata życia spędził w azjatyckiej Prusie, hojnie obdarowany z państwowej kasy. Choć może gdyby rządził dłużej, nauczyłby się czegoś więcej niż czytanie i pisanie.

MORDERCZE DZIECIĄTKO JEZUS

Skoro nawet wielcy antycznego świata miewali problemy z pisaniem i czytaniem, jak wytłu­maczyć niezwykłą mądrość skromnego syna cieśli z Nazaretu, który według Ewangelii Mateusza zadziwił obecnych w synagodze? Odpowiedzieć na to pytanie próbował jeden z najbardziej niepokojących cyklów apokry­fów, konfrontując Jezusa z klasyczną edukacją W zależności od wariantu historii albo nauczy­ciel zgłosił się na ochotnika, usłyszawszy roz­mowę roztropnego malca z Józefem, albo też cieśla - nie mogąc poradzić sobie z dziwnym dzieckiem - sam oddaje je na naukę. Wszystko kończy się katastrofą Mały Jezus z premedyta­cją ignoruje nauczyciela i milczy, gdy ten pró­buje objaśnić mu grecką literę alfa. Po długim czasie odzywa się krnąbrnie: „»Jeśli naprawdę jesteś nauczycielem i znasz litery, powiedz mi, jaką moc ma alfa, ja natomiast powiem, jaką moc ma beta«. Wtedy rozzłoszczony nauczyciel uderzył go w głowę. Jezus w gniewie przeklął go, a ów padł natychmiast i umarł”.

W innych wersjach niesforny uczeń daje popis znajomości całego alfabetu, a niekiedy nawet improwizuje wykład na temat mistycznego znaczenia litery alfa. Bezradni nauczyciele umierają, próbując nieopatrznie wymusić po­słuch karami fizycznymi, lub też kapitulują przed wiedzą cudownego dziecka. Historie tego typu zachowały się w tzw. Ewangeliach dzieciń­stwa, które powszechnie czytano, rozbudowy­wano i przekładano na różne języki (znane są wersje greckie, łacińskie, orientalne, a nawet słowiańskie). W tym osobliwym cyklu apo­kryfów Jezus to dziecko pełne gniewu i nieco autystyczne. Co gorsza, nieznoszący sprzeciwu 5-latek jest obdarzony mocą zmieniającą słowa w czyny. Korzystając z niej, Jezus zabija na lewo i prawo rówieśników, ożywia ulepione z gliny ptaszki czy chodzi po słonecznym promieniu. W większości wersji zabici zostają koniec koń­ców wskrzeszeni, jednak ciągle pozostaje pyta­nie, czemu służyły równie dziwaczne historie. Ich powstanie wynikało zapewne po części z ciekawości.

Apokryfy wypełniały lukę w życiu Jezusa znanym z kanonicznych tekstów. Wiele wskazuje na to, że dostęp­ne nam wersje Ewangelii dzieciństwa bazują na pismach gnostyckich, które później nieudol­nie próbowano oczyścić z nieortodoksyjnych nauk. Oryginał powstał około w II wieku w ogniu pierwszych polemik na temat natury Jezusa. Oj­cowie Kościoła (Ireneusz, Justyn) uważali zazwyczaj, że Syn Boży rozwijał się jak inni ludzie, a przed rozpoczęciem działalno­ści nie ujawniał mocy. Doketyści (twierdzący, że Jezus był jedynie pozornie człowiekiem), sądzili na­tomiast, że tylko udawał dziecko, by nie zostać rozpoznany.

Gnostycy z kolei byli przekonani, że od początku objawiał moc i boski rozum. To prawdopodobnie z tego ostatniego kręgu wywodzą się te niepokojące opowieści o dzieciństwie Jezusa. Dziwaczne dla nas, apokryficzne opowiadania odzwierciedla­ją jednak pewną okrutną codzienność dawnej szkoły. Z karami fizycznymi, z despotycznym, głupawym nauczycielem. Nie dziwi, że Ewan­gelie dzieciństwa podobały się każdemu, kto przeszedł podobną katorgę.