"Jak to się ma do zasad tworzenia nazw łacińskich?” – pyta wielbiciel skamieniałości na Polskim Forum Sympatyków Paleontologii. Jego zdumienie wywołała decyzja naukowców, by pradawnemu zwierzęciu – być może pierwszemu polskiemu dinozaurowi – nadać naukową nazwę Smok wawelski. Tradycyjnie od czasów Linneusza, XVIII-wiecznego twórcy zasad systematyki biologicznej, używa się w tym celu łaciny lub greki. Wtedy jednak każdy wykształcony Europejczyk posługiwał się tymi językami. Dziś zna je bardzo małe grono osób. Do tego opisano już blisko półtora miliona gatunków organizmów. „Trudno wymyślić niepowtarzające się nazwy” – mówi prof. Stanisław Czachorowski, entomolog z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Międzynarodowy Kodeks Nomenklatury Zoologicznej dopuszcza więc możliwość użycia – poza łaciną i greką – „jakiegokolwiek innego języka (nawet nieposiadającego alfabetu)”. Pozwala wręcz na utworzenie całkowicie arbitralnej kombinacji liter – pod warunkiem, że jest uformowana tak, by można jej używać jako słowa.

„Jest dużo nazw związanych z regionalnymi stworami, potworami, legendami. Szczególnie chińskie zespoły bardzo lubią używać nazw własnych w transliteracji angielskiej” – opowiada Grzegorz Niedźwiedzki z Instytutu Paleobiologii PAN i Uniwersytetu Warszawskiego. Przykładem jest choćby dinozaur Mei long, którego imię znaczy po chińsku „śpiący smok”. Tym tropem poszedł również Niedźwiedzki, gdy wraz z  prof. Jerzym Dzikiem i dr. Tomaszem Sulejem ukuł miano Smok wawelski. Ich praca, opisująca to odkrycie, ukazała się jesienią 2011 r. w czasopiśmie „Acta Palaeontologica Polonica”. Przed publikacją została oceniona przez naukowców spoza naszego kraju. „Jeden z recenzentów radośnie zareagował na zaproponowaną nazwę. Był wiele lat temu w Krakowie i pamięta legendę o smoku wawelskim. Ma nawet kubek ze smokiem z Krakowa” – śmieje się Niedźwiedzki. „Smok wawelski jest super. Wysublimowany dowcip i przy okazji znakomita promocja polskiej paleontologii” – chwali ten pomysł prof. Czachorowski. 

Profesora zwiódł inny żart w międzynarodowej nazwie zwierzęcia. Kilka lat temu w polskiej Wikipedii pojawiło się hasło-opis owada Dziwneono etcetera. Internauci nabrali podejrzeń, że to mistyfikacja. Poproszony o fachową opinię entomolog uznał, że niemożliwe jest istnienie takiego miana i napisał: To raczej sprytnie przygotowany dowcip na 1 kwietnia”. Wkrótce odkrył, że się mylił. „Takie nazwy są rzadkością. Ale dotarłem do prac naukowych i odwołałem swoje pierwsze zdanie” – usprawiedliwia się dzisiaj.

Dziwneono etcetera jest drobnym pluskwiakiem z Australii. Opisała go w roku 1972 Irena Dworakowska, wówczas entomolog w Muzeum i Instytucie Zoologii PAN. „W takich nazwach jak Dziwneono tylko Polacy od razu dostrzegają dowcip” – komentuje prof. Czachorowski. „Tak samo my nie rozumiemy nazw chińskich. To jest licentia poetica, radosna twórczość autora” – dodaje prof. Agnieszka Draber-Mońko z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN. Osobiście znała Irenę Dworakowską. Ta badaczka pluskwiaków słynęła z nadawania owadom niecodziennych nazw. Jednego ochrzciła na przykład imieniem Kropka unipunctata, bawiąc się mieszaniną polskiego i łaciny. 

Druga część nazwy znaczy bowiem „jednokropkowa”. Pluskwiaka z Dalekiego Wschodu Dworakowska określiła zaś mianem Ya kuza, co po japońsku znaczy „gangster, mafioso”. Innemu nadała miano Aaka. Kreatywna autorka nazw owadów wiele lat temu odeszła z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN. Dziś nikt tam nie wie, co się dalej z nią stało. 

Idea nadawania zwierzętom lub roślinom zabawnych nazw naukowych nie zniknęła jednak razem z nią. Podjęli ją choćby polscy paleontolodzy. Dr Tomasz Sulej, współautor miana Smok wawelski, nazwał jednego z kopalnych gadów na cześć swojej żony, używając jej zdrobniałego imienia Oleńka. Pradawne zwierzę nosi więc oficjalne miano Stagonolepis olenkae. Prof. Dzik z kolei, opisując skamieniałość skorupiaka z okolic Opola, doszedł do wniosku, że bardzo mu on przypomina mieszkankę tegoż miasta w stroju regionalnym. Nadał mu więc międzynarodową nazwę Opolanka decorosa. I w angielskim podpisie bez ogródek wyjaśnił, że pancerz skorupiaka jego zdaniem wygląda bardzo podobnie do dekoracji w opolskiej sukience. 

Również dr Hanna Szymańska z Uniwersytetu Warszawskiego napisała w pracy naukowej wprost, skąd wziął się jej pomysł na dziwaczną nazwę nowego gatunku. Badaczka ta zajmowała się glonami z rodzaju Oedogonium. Charakteryzują się one tym, że osobniki żeńskie są duże, a męskie malutkie. Z racji swej wielkości zwie się je „karłowatymi samczykami”. Glon odkryty przez dr Szymańską wyróżniał się jednak wyjątkowo dużymi osobnikami męskimi. Uczona opisała to w pracy naukowej, dodając, że z tego powodu nadaje mu nazwę gatunkową excitans, co po łacinie oznacza „podniecający”.

Tym samym weszła do licznego grona uczonych, którzy nadawali organizmom nazwy erotyczne. Pierwszy krok w tej dziedzinie postawił sam Karol Linneusz. Kształt jednego z grzybów tak mu się skojarzył z penisem w erekcji, że nadał mu oficjalną nazwę Phallus. Do dziś się ona utrzymała. Grzyb ten rośnie również w Polsce, znany jest jako sromotnik, i oprócz kształtu słynie również ze smrodu. 

Dla zachowania parytetu inny kwiat przywiódł botanikom na myśl żeńskie narządy płciowe. Od łacińskiej nazwy łechtaczki (clitoris) ukuli więc jego oficjalne, do dziś używane imię: Clitoria. Autorem tego skojarzenia był znów sam Karol Linneusz. Dzisiejsi dowcipnisie kontynuują więc tak naprawdę tradycje samego ojca systematyki biologicznej. Oby ich nazwiska byłY równie znane, jak jego ponad dwa stulecia po śmierci. 

Rockowe trylobity