Kiedy byłam dzieckiem, traktowałam filmy z Jamesem Bondem niezwykle poważnie. Aż do czasu, kiedy na ekranie moim oczom ukazał się agent Jej Królewskiej Mości, grany przez Rogera Moore’a, w przebraniu krokodyla („Ośmiorniczka” z 1983 r.). Mając jakieś 10 lat, poczułam się głęboko dotknięta tą kpiną. Do dziś natomiast rażą mnie pseudonaukowe akcenty, od jakich roi się „Moonraker” czy „GoldenEye”. Oto kilka najbardziej soczystych.

Śmierć od złota

„Goldfinger” z Seanem Connerym w roli głównej uchodzi za jeden z najlepszych z całej bondowskiej serii. Ma jednak na sumieniu naukowy przekręt, który stał się miejską legendą. W filmie tym w specyficzny i efektowny sposób ginie bohaterka grana przez Shirley Eaton. Tytułowy czarny charakter, demoniczny jubiler Goldfinger, w akcie zemsty maluje ją całą złotem. Kobieta umiera, a Bond tłumaczy to tym, że się udusiła, nie mogąc „oddychać przez skórę”. Już dzieci w podstawówce wiedzą, że ludzie do oddychania potrzebują nosa lub ust. I dopóki mogą ich używać, to się nie duszą.

Do dziś jednak można usłyszeć plotkę, która powstała w tamtych czasach. Według niej aktorka Shirley Eaton zmarła niedługo po zakończeniu zdjęć do „Goldfingera”, a przyczyną jej śmierci miała być właśnie feralna złota farba – czy to z powodu swojej toksyczności, czy też wskutek przegrzania, jakiego aktorka miała doznać podczas zdjęć do filmu. W rzeczywistości Shirley Eaton żyje do dziś.

Mutanci atakują

Niemożliwościami usiany jest również film „Śmierć nadejdzie jutro” (2002) z Pierce’em Brosnanem w roli głównej. Tutaj sprawa jest poważniejsza, bo wkracza na pole inżynierii genetycznej. Jej działaniu poddaje się główny antagonista agenta 007, północnokoreański pułkownik Moon, który pragnie zmienić swój wygląd. Dzięki serii kosztownych zabiegów przekształca się w Gustava Gravesa, osobnika o wyraźnie europejskim wyglądzie. Dzieje się tak dzięki „wymianie DNA”, co następuje wskutek „zabicia szpiku kostnego”. Jest to proces tak bolesny – jak wyjaśnia bohater – że nie daje mu sypiać po nocach.

To oczywiście nonsens, bo DNA obecne jest w każdej komórce organizmu. Terapia genowa to metoda, dzięki której można dziś leczyć nie-które choroby i korygować mutacje, zmieniając mały fragment genomu w części komórek pacjenta. A efektem takich działań nie mogłaby być tak drastyczna metamorfoza, jakiej ulega Gustav Graves. Do tego potrzebny byłby chirurg plastyczny, a nie genetyk.

Kosmiczne nonsensy

Niewątpliwie jednym z najsłynniejszych filmów z Bondem jest „Moonraker” z 1979 r. Data jest tu ważna – dwa lata wcześniej po raz pierwszy testowano w powietrzu wahadłowiec kosmiczny, choć pierwszy lot orbitalny odbył się w 1981 r. Był to też czas premiery pierwszych części „Gwiezdnych wojen” i „Obcego”. Kosmiczne science fiction mieszało się z prawdziwymi lotami w przestrzeń. Nic więc dziwnego, że twórcy 11. filmu z bondowskiej serii zdecydowali się na wykorzystanie wątku podróży pozaziemskich.

 

Na początek trzeba oddać sprawiedliwość – filmowy Moonraker jest całkiem udaną kopią prawdziwych promów kosmicznych. W 1979 r. znany był tylko Enterprise – prototyp, który nigdy nie poleciał na orbitę. Jednak procedura startowa promu w filmie to zlepek haseł, które miały brzmieć mądrze i naukowo, choć faktycznie nie mają większego sensu. I tak słyszymy o napełnianiu zbiorników z helem (po co promowi zbiornik z tym gazem?) czy odrzucaniu kolejnych stopni rakiety (promy nie miały wielostopniowych rakiet). Ale prawdziwa zabawa zaczyna się w przestrzeni kosmicznej. Nie wypada chyba nawet wspominać o dźwiękach rozchodzących się w próżni – ten motyw pojawia się w tak wielu filmach, że chyba dopiero „Grawitacja” zdołała sobie z tym poradzić. Moonrakery dolatują do potężnego miasta znajdującego się na orbicie Ziemi, na oko gdzieś na wysokości 400–600 km. Okazuje się, że na naszej planecie nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu, bo czarny charakter Drax „ma chyba zakłócanie radarów”. Cóż, znacznie  mniejsza od miasta Międzynarodowa Stacja Kosmiczna jest widoczna gołym okiem z Ziemi jako punkt znacznie jaśniejszy od gwiazd. Żadne radary nie są do tego potrzebne.

Jednym z najbardziej wzruszających motywów jest nieudolne naśladowanie stanu mikro-grawitacji (potocznie zwanej nieważkością). Aktorzy próbują się poruszać powoli i z godnością, co miało najwyraźniej zastąpić unoszenie się. Od czasu do czasu jakiś obiekt wisi w powietrzu, ale już chwilę później widzimy, jak astronauta idzie – fakt, powoli – korytarzem. W końcu, ku uldze twórców, stacja zaczyna się obracać i pojawia się „symulowana grawitacja”. Czar pryska, gdy rozpoczyna się walka w kosmosie. Laserowa broń to wyraźne nawiązanie do „Gwiezdnych wojnen” – brzęczącemu dźwiękowi towarzyszą błękitne linie latające we wszystkie strony. Każda z nich ma wyraźny początek i koniec i porusza się ze stosunkowo niewielką prędkością. Czyli robi to wszystko, czego nie robi promień lasera. No i końcowa scena z rozpadającą się stacją, której kawałki najwyraźniej nic sobie nie robią z nieważkości, dzielnie szybując ku Ziemi. Płomienie też są bardzo ziemskie – skąd w kosmosie tyle tlenu niezbędnego wszak do spalania?

Zabójczy drink

Znakiem rozpoznawczym Bonda jest także martini. Skrupulatni naukowcy złośliwie policzyli, jak często agent 007 raczy się tym drinkiem. Okazało się, że jego tygodniowe spożycie przekracza czterokrotnie zalecane normy. Do czego to może prowadzić? Jak napisano w „British Medical Journal”, m.in. do depresji, nadciśnienia tętniczego i marskości wątroby, ale też do zaników pamięci i, o zgrozo, impotencji! Przewidywany czas życia Jamesa Bonda wynosi, uwzględniając nałóg, zaledwie 56 lat. Konkluzja jest smutna – słynna fraza „wstrząśnięte, nie zmieszane” to po prostu efekt drżenia rąk bohatera, wywołanego uszkodzeniem jego układu nerwowego przez alkohol.