Grzegorz Borowski siedział sam na ławie oskarżonych. Wysoki, szczupły brunet z zapadniętymi policzkami, w ciemnym garniturze i jasnej koszuli, odbiegał wyglądem od małolatów w dresach lub T-shirtach zeznających jako świadkowie. Odpowiadał z wolnej stopy. Nie odmówił składania wyjaśnień, choć wszystko, co miał do powiedzenia, zostało zaprotokołowane wcześniej w śledztwie. Natychmiast po zatrzymaniu przyznał się do dokonanego czynu, choć jak twierdził wówczas, nie miał pojęcia, że zadał „taki cios”. Nie chciał zabić, jedynie się bronił. Gdyby mógł, cofnąłby ten straszny wieczór, kiedy jego nóż zakończył egzystencję 16-letniego gimnazjalisty Bartka Grochowskiego. On sam miał wówczas 23 lata.

Prokurator oskarżył Grzegorza Borowskiego o to, że przekroczył granicę obrony koniecznej, stosując samoobronę niewspółmierną do ataku. W zamiarze pozbawienia życia Bartosza Grochowskiego, twierdził prokurator, zadał cios w klatkę piersiową, powodując ranę kłutą worka osierdziowego i serca. Doprowadziło to do postępującego wewnętrznego krwotoku i śmierci.

Zdarzyło się  pewnego  czerwcowego  wieczoru

Zapadał zmierzch, gdy Monika poprosiła przez domofon: „Zejdź pogadać na podwórku, nasi już tam są”. Borowski dołączył do swojej grupy, zebranej u zbiegu ulic Joliot-Curie i Woronicza, naprzeciw gmachów telewizji publicznej. Stała tam ich piątka: czternastolatka Paulina, jej o dwa lata młodszy brat Sebastian, przypadkowo przybyły kolega Konrad (16 lat), 19-letnia Monika, która wyciągnęła Grzegorza z mieszkania, oraz jej młodsza siostra Anna.

Kilkanaście minut później obok nich stanęła druga grupa bywalców, ściągających tu co dzień z okolicznych bloków mieszkalnych. Upodobali sobie to miejsce głównie z powodu wolnej przestrzeni wokół drzewa rosnącego pośrodku i niedalekiego sklepu Domino, zawsze zaopatrzonego w piwo. Pod drzewem rozpijali kolejne butelki. Gdy brakowało alkoholu, do osiągnięcia odpowiedniego poziomu zabawy wystarczyło skoczyć do sklepu po kolejną dostawę. Często bywalcy bawili się tak dobrze, że pod drzewem gościła straż miejska lub policja wzywane przez starszych mieszkańców, co z kolei prowokowało młodych do odwetu. Przedrzeźniali, szydzili, niszczyli wspólne dobro. Po jednej z interwencji straży miejskiej wyrwali klamki we wszystkich klatkach schodowych budynku, którego mieszkańcy wezwali strażników. Sąd określił ten stan jako „stały konflikt między mieszkańcami a zbierającą się tam młodzieżą”.

Widząc po sąsiedzku chłopaków znanych z agresywności, w dodatku z butelkami piwa w rękach, znajomi Grzegorza przycichli (przeciwnicy zeznali później, że nie mogli słyszeć treści ich rozmowy, nikt też nie stwierdził, że zachowywali się agresywnie lub wyzywająco). Mimo to w ich stronę poleciały wyzwiska i bluzgi, „To te k…wy tam stoją! Nie chcemy was!  Sp…jcie, bo nam przeszkadzacie”. Nieduży i drobny (166 cm wzrostu) Bartek nie wytrzymał i podskoczył w stronę najwyższego (182 cm) Grzegorza: „Co się patrzysz jajogłowy kondomie?”.

Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami Grzegorz powoli wycofywał się w kierunku Woronicza, a za nim pozostali. Zamiast uspokoić, rozwścieczyło to pijanego chłopaka (w jego krwi stwierdzono po śmierci 1,3 promila alkoholu), doskoczył z pięściami do Borowskiego, bił go, popychał i kopał, a tamten starał się jedynie uchylać od uderzeń. „Mnóstwo było tych ciosów, nie potrafię określić, ile dokładnie”, zeznała 16-letnia Anna.

Przerażone dziewczyny przyspieszyły odwrót, ich atakowany towarzysz został sam. Bartka uspokajali już jego koledzy, ale ten – nabuzowany alkoholem, nienawiścią i uległością napastowanego – zaatakował jeszcze mocniej.

Przewrócił Grzegorza i kopał go w brzuch. Borowski podniósł się osłaniany przez Paulinę, która wróciła z pomocą, ale zacięty małolat okrążył ją z tyłu i znowu atakował jakby w amoku. Grad ciosów spadał na uchylającego się chłopaka – i wtedy błysnął nóż.

Właściwie nikt nie wiedział, co naprawdę się stało, bo atak trwał nadal. „Pewnie wtedy zajechałem go w nogę” – oskarżony próbował później odtworzyć przebieg zdarzeń, bo w ferworze walki nie działał z rozmysłem. Kierował nim instynkt samozachowawczy, a w ręku miał nóż, który zresztą skaleczył i jego samego. W pewnym momencie napastnik zawrócił do swoich, złapał się za serce i zdziwiony stwierdził: „Zostałem dźgnięty, za…bał mnie!”. Mdlał, gdy kładli go na trawniku, na szczęście niemal w tej samej chwili pojawiło się pogotowie, bo ktoś szczęśliwym trafem zatrzymał na Woronicza ambulans zjeżdżający akurat do bazy.

Bezzwłoczna reanimacja, potem natychmiastowa operacja w niedalekim szpitalu MSWiA przy Wołoskiej (znowu szczęśliwy zbieg okoliczności, sala operacyjna była przygotowana dla innego pacjenta) doprowadziły wprawdzie do „umiarowienia” serca, ale nie uratowały życia. Wewnętrzny krwotok był tak silny, że 10 minut po północy gimnazjalista zmarł na OIOM-ie. Przyczyną zgonu był wstrząs urazowo-krwotoczny, zapisał lekarz w karcie pacjenta.

Tymczasem Borowski po ciosie nożem rzucił się do ucieczki, przeciął Woronicza, nie zważając na pędzące samochody, i zniknął za budynkami. „Goniło mnie dwóch, a ja panicznie uciekałem. Miałem wrażenie, że za chwilę będzie mój koniec” – wyjaśnił sądowi. Policjanci natknęli się na niego w wąskiej uliczce przy budynkach telewizji. Nie stawiał oporu i od razu przyznał, że uczestniczył w bójce; zakrwawione ubranie mówiło zresztą samo za siebie. Opatrzono mu ranę dłoni i zabrano na komisariat. W tym samym czasie zwożono tam świadków zdarzenia, z obu zwaśnionych stron. Ich ówczesne zeznania spontaniczne i pozbawione czasu na uzgadnianie sąd uznał za najbardziej wiarygodne.

 

 

Jak do tego doszło?

Blokersi zbierający się codziennie „pod drzewem” obchodzili tego dnia osiemnastkę Artura. Bartek i najbliżsi koledzy zaopatrzyli się w sklepie Domino w zapas piwa – wypadło po trzy butelki na głowę – solenizant zakupił trzy czwarte litra wódki i udali się na boisko szkolne przy ul. Pułku „Baszta”, gdzie stały stoły pingpongowe ułatwiające konsumpcję. To boisko było drugim, choć mniej lubianym punktem zbornym młodych mieszkańców osiedla, głównie uczniów pobliskich szkół, gimnazjum przy Tynieckiej, do którego uczęszczał Bartek, i technikum przy ul. Joliot-Curie.

Ten wieczór różnił się od poprzednich tylko tym, że doszło do ostatecznego czynu, a popełnił go człowiek, który stwierdził przed sądem: „Nie miałem życia na tym osiedlu, nie mam i nie będę miał”. Rodzina sprowadziła się tu po rozstaniu z ojcem alkoholikiem. Na Kieleckiej, niezbyt oddalonej ulicy na tym samym Mokotowie, gdzie przedtem mieszkali, nie mieli żadnych problemów. Tutaj początkowo także nie, jednak do czasu.

Pierwszym sygnałem, że dzieje się coś złego, były wyzwiska blokersów pod adresem Grzegorza. Jajogłowy kondom i pedofil – tak brzmiało zwyczajowe powitanie po jego wyjściu na podwórko. Na obu braci (Borowski ma starszego brata Michała) krzyczeli – cioty. Wyśmiewali, wyzywali, grozili, rzucali w niego jabłkami, kamieniami i innymi śmieciami, trafili w głowę, opluli, gdy pomagał sąsiadowi wynosić meble. Atakowany przez wszystkich Grzegorz nie odpowiadał. Jego starszy brat stwierdził: „On jest dobrym człowiekiem, cichy, małomówny, sam nie zaczepia, to jego zaczepiają, unika jak może awantur”. Matka: „Jeden na jednego dałby sobie radę, ale był sam przeciwko wszystkim”. Doszło do tego, że po południu, gdy „pod drzewo” ściągali stali imprezowicze, bał się wyjść z domu. Gdy Paulina prosiła, by jej naprawił komputer albo wytłumaczył zadania z matematyki, jej matka schodziła na podwórko i przeprowadzała go do siebie.

Magdalena, sekretarka w szkole zawodowej, matka Pauliny, twierdzi, że Grzegorz zaprzyjaźnił się z jej rodziną, a ona tylko mogła się z tego cieszyć. „Grzesiek to złota rączka, wszystko potrafi naprawić i chętnie to robi. Zwykle nosi w kieszeni śrubokręt, bo nie wiadomo, kiedy ktoś zwróci się do niego z konkretną sprawą. Wrażliwiec, chętny do pomocy, dozorczyni pomagał w uprzątaniu liści czy odwalaniu śniegu. Wiele zawdzięcza mu Paulina, którą podciągnął z przedmiotów ścisłych”. Podkreślała usilnie, że wizyty chłopaka zawsze odbywały się w jej obecności.

To jednak Paulina, okazała dziewczyna wyglądająca na więcej niż swoje 14 lat, stała się mimowolną przyczyną jego kłopotów. Towarzystwo „spod drzewa” szybko zauważyło, że oboje często ze sobą  przebywają. Zbyt często, ich zdaniem. Mały Marcin, jeden z wrogów Grzegorza, nie ukrywał opinii grupy: „To nienormalne, żeby dorosły mężczyzna zadawał się z trzynastolatką” i dodał, że takie zachowanie nazywa się pedofilią. Sąd określił w uzasadnieniu wyroku, że oskarżonego łączył z dziewczyną związek uczuciowy.

Brak odwetu za zaczepki zachęcił blokersów do mocniejszych działań. Wybili szybę w wysłużonym maluchu brata Grzegorza. Wezwana policja zatrzymała co prawda jednego z nich, ale nie nadała biegu sprawie, za to wszyscy wiedzieli, że rozpoznał go i potwierdził tożsamość Grzegorz. Zyskał więc dodatkowy przydomek – kapuś. Skoro zaś za wybicie szyby nie trzeba było odpowiadać, to można było rozpocząć demolowanie malucha, co sprawiało niemałą zabawę. Wytoczyli nieszczęsny samochodzik (nie był ubezpieczony, więc potem właściciel musiał go złomować na własny koszt) na środek podwórza, wybijali szyby i reflektory, wyłamywali drzwi, podpalali, skakali po dachu. Interwencja policji znowu skończyła się niczym, natomiast następnego dnia matka obu mężczyzn znalazła swój samochód z wybitą przednią szybą i urwanym lusterkiem.

 

Marsz milczenia i wybite szyby w mieszkaniu

Izabella Borowska, matka Grzegorza (wykształcenie wyższe, emerytowana nauczycielka), tragicznego dnia znajdowała się w Starachowicach u swoich chorych rodziców. O tragedii powiadomiły ją esemesy od koleżanek córki, 13-letniej Moniki, która razem z nią pojechała do dziadków. Natychmiastowy kontakt z Magdaleną, matką Pauliny, i ostrzeżenie: nie przywozić do Warszawy córki, bo grozi niebezpieczeństwo. Tłum zbierał się pod oknami ich mieszkania. Jedni palili świeczki i składali kwiaty, inni rzucali butelkami i petardami w okna. Skandowali groźby pod adresem matki i syna, w internecie zamieszczali jednoznaczne propozycje ukarania zabójcy. Matka poleciła telefonicznie starszemu synowi, aby nocował u ojca lub w pracy, a na policję zadzwoniła z prośbą o zaopiekowanie się mieszkaniem, aby nie zostało całkowicie zdemolowane. Miła policjantka uspokajała, są tam już funkcjonariusze po cywilnemu. Sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli.

Nieoczekiwanie objawili się organizatorzy „marszu milczenia”, który nie był milczący, bo tłum krzyczał, że „wyrok zostanie wykonany” i „zabójca zawiśnie na szubienicy”. Pierwszej nocy po powrocie ze Starachowic matce nie pozwalali spać, nękali ją bezustannie domofonem. Zdarzenia opisywała prasa i przedstawiała telewizja. Gdy na pytanie dziennikarza przygotowującego program „Pod napięciem” matka odpowiedziała, że oczekuje wyroku uniewinniającego, rozległy się okrzyki „ty szmato!”.

Sprawa stała się tak głośna, że zainteresował się nią rzecznik praw obywatelskich i zapytał, jaki jest stan postępowania. Oskarżenie trafiło do sądu wyjątkowo szybko jak na nasze obyczaje. Wobec przyznania się oskarżonego do winy i niebudzących wątpliwości pierwszych zeznań świadków sąd nie miał kłopotów z odtworzeniem przebiegu zdarzenia.

Wprawdzie na rozprawie koledzy zmarłego próbowali przedstawiać go jako spokojnego, cichego i serdecznego chłopczyka, wspaniałego przyjaciela, wprawdzie dziadek Bartka, oskarżyciel posiłkowy, przytoczył opinię, że chłopak był uczulony na chmiel, więc nie mógł pić piwa, lecz znękana matka (sędzia Renata Kopacz prosiła ją o zrozumienie, że musi zostać przesłuchana) wyznała, że syn był zatrzymywany przez policję po spożyciu alkoholu i że ona sama zaprowadziła go do poradni AA.

Nie było wątpliwości, kto zadał cios śmiertelny, i nie budziło zastrzeżeń, że został zadany w obronie, czy to jednak była obrona konieczna? Zadaniem składu sędziowskiego było wydanie wyroku. Prokurator żądał 5 lat pozbawienia wolności, oskarżyciel posiłkowy  – 15 lat i 50 tys. złotych nawiązki z tytułu utraty dziecka oraz opłacenia pomocy prawnej. Obrońca oskarżonego wnosił o 2 lata w zawieszeniu na 5 lat.

 

Wyjątkowo trudny wyrok

Pięciu sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie miało niełatwe zadanie, gdyż w Polsce do niedawna niezmiernie rzadko orzekano o działaniu oskarżonych w obronie koniecznej. Aby uzasadnić takie działanie, sędziowie przeanalizowali dokładnie wszystkie szczegóły sprawy, skonfrontowali zeznania bezpośrednich świadków oraz osób, które widziały fragmenty zdarzenia z pobliskiego okna. Sąd przywołał opinie psychiatrów badających oskarżonego, którzy uznali, że Grzegorz Borowski „nie posługiwał się agresją do rozwiązywania swoich problemów. Cios nożem spowodowany został poczuciem niebezpieczeństwa, a ból i gniew osłabiły zdolność kontrolowania czynów”.

O tym, że nie było to typowe zachowanie oskarżonego, świadczyło, zdaniem sądu, jego postępowanie w czasie kilkunastu miesięcy szykan, obrażania, poniżania i fizycznych ataków. Nawet gdy doszło do bezpośredniego brutalnego zamachu fizycznego, „nie dążył on do konfrontacji, chociaż był starszy i silniejszy, lecz unikał jej, nie reagował na słowne zaczepki, wycofywał się ze swoją grupą, po pierwszych ciosach jedynie osłaniał się i dopiero gdy został przewrócony, a atak nie ustawał, wyjął nóż i pchnął przeciwnika”. Sąd wdał się potem w rozważania nad prawem do obrony koniecznej i uznał, że „jest ona prawem broniącego się i może być wedle jego decyzji stosowana wszędzie tam, gdzie spotyka się on z bezprawnym, rzeczywistym i bezpośrednim zamachem na dobro chronione prawem”.

Przytoczył następnie sformułowania wyroków Sądu Najwyższego z lat 1997 i 2002 stwierdzające, iż „osoba napadnięta nie ma obowiązku ratowania się ucieczką ani ukrywania się przed napastnikiem w pomieszczeniu zamkniętym, ani znoszenia napaści ograniczającej jej swobodę, lecz ma prawo odpierać atak wszelkimi dostępnymi środkami, które są konieczne do zmuszenia napastnika do odstąpienia od ataku”.

Ostateczna konkluzja brzmiała: „Sąd nie miał wątpliwości, że Grzegorz Borowski działał w granicach prawa”. Od wyroku uniewinniającego odwołał się zarówno prokurator, jak i oskarżyciel posiłkowy. Sąd apelacyjny podtrzymał jednak wyrok uniewinniający w mocy, uznając, że sąd okręgowy prawidłowo ocenił stan faktyczny i gruntownie zbadał całokształt okoliczności.

Grzegorz Borowski został uniewinniony. Rok później zasądzono mu 20 tys. złotych zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, czyli niesłuszne tymczasowe aresztowanie.