Wszyscy mają nadzieję, że po otwarciu trumny zobaczą czysty szkielet. Ale na polach ryżowych zdarza się to rzadko, z reguły mężczyzna dokonujący ekshumacji stoi po kolana w wodzie, a w trumnie znajduje nie do końca rozłożone ciało wymieszane z błotem. Pracę musi skończyć przed świtem. Zmarły nie może ujrzeć światła – inaczej zatęskni za życiem i nie da spokoju bliskim.

Jeśli w trumnie zebrała się woda, trzeba całą jej zawartość odcedzić. Dla dezynfekcji wlewa się do dołu alkohol. Przeoczenie choćby jednej kości grozi takimi następstwami jak wystawienie szczątków na światło. Po wydobyciu kości są oczyszczane; czyste zostają ułożone w urnie, a cały szkielet musi się zmieścić w niedużym naczyniu i to w określonej pozycji. Na dnie kładzie się kości dłoni i stóp, na nich udowe, strzałkowe i ramieniowe, między nimi kręgi, obok żebra, nad nimi obojczyk i czaszkę. Jeśli rodzina życzy sobie, by zmarły spoczął w ubraniu, urna zostaje tak wypełniona, że widać w niej jedynie czaszkę. Następnie mężczyźni zapalają trociczki i proszą męskich przodków rodziny o przyjęcie zmarłego. Tuż przed wschodem słońca nowa mogiła jest zasypywana. Żałobnicy idą na skromną stypę.

Podniebny pogrzeb

Dla buddystów ciało jest powłoką duszy, która zmierza poprzez kolejne wcielenia do nirwany. Nic lepiej nie pokazuje bezwartościowości tej cielesnej powłoki, jak jej spopielenie. Do kremacji niezbędne jest jednak drewno, a na wyżynach Tybetu i stepach Mongolii lasy nie rosły. Tamtejsi buddyści znaleźli więc inną metodę szybkiego unicestwiania zwłok.

W trakcie agonii i przez 3–5 dni po niej mnich odczytywał Księgę Umarłych, która wyjaśniała zmarłemu, co się z nim dzieje, uczyła, jak pokonywać strach i osiągnąć stan bardo, w którym dusza zapomina o poprzednim życiu i przygotowuje się do nowego wcielenia. Potem następowało pożegnanie z rodziną. Mnisi wynosili owinięte w biały całun ciało, umieszczali je na grzbietach wielbłądów (Mongolia) lub jaków (Tybet) i przewozili w miejsce położone daleko od ludzkich siedzib. Tam do pracy przystępowali „grabarze”. Odwijali zwłoki, nacinali je nożami, by wypłynęła z nich krew i wnętrzności. Ciała pozostawiali na żer padlinożercom. W Tybecie – ptakom, które nasyciwszy się ludzkimi szczątkami wzbijały się ku niebu. Dlatego rytuał ten nazwano podniebnym pogrzebem.

Mongołów nie interesował dalszy los szczątków. Tybetańscy grabarze po kilku dniach wracali. Rozbijali siekierami duże kości zostawione przez ptaki, miażdżyli je młotami, mieszali z mąką jęczmienną i szkielet znów stawał się pokarmem. Po kilku dniach ciało znikało bez śladu, a dusza mogła kontynuować swą wędrówkę. Komunistyczne władze Mongolii zakazały podniebnych pogrzebów, jednak praktykowano je jeszcze w latach 80. XX w. Chińczycy po aneksji Tybetu też je zwalczali, ale Tybetańczycy nigdy z nich nie zrezygnowali. 

Uwędzeni wodzowie

Chociaż nie żyją od kilkuset lat, uczestniczą w plemiennych naradach oraz uroczystościach. Jedni „mieszkają” w domach dla mężczyzn, inni na skałach, drzewach lub platformach. Odizolowane od świata ludy Nowej Gwinei nigdy nie rozstawały się ze swymi przodkami i wypracowały oryginalne metody ich unieśmiertelniania.

Plemię Anga, znane też pod nazwą Kukukuku, rozpoczynało obrzędy pogrzebowe od nacięcia zwłok i upuszczenia krwi, którą smarowali się członkowie rodziny. Wierzono, że dzięki temu przejmą siłę i mądrość zmarłego. Umazani żałobnicy tarzali się po ziemi, płakali, krzyczeli. To był początek procesu, którego finał następował po kilku miesiącach.