I właśnie w tę przestrzeń wjeżdża Decathlon LD900E – nowa hulajnoga elektryczna B’Twin. Znacznie bardziej interesuje mnie to, że postawiono tu na rzeczy zwykle pomijane w tańszych modelach: szeroki podest, podwójne zawieszenie, duże koła, sensowne światła i zasięg, który nie kończy się po jednym dniu.
Szeroki deck brzmi jak szczegół, ale może być jedną z ważniejszych zmian
LD900E ma szeroki, 500-milimetrowy podest. W codziennym użytkowaniu może to mieć większe znaczenie niż kolejne 5 km deklarowanego dystansu. Decathlon tłumaczy ten wybór bardzo rozsądnie – podczas dłuższych przejazdów możliwość zmiany pozycji stóp poprawia komfort. Można stanąć klasycznie, jedną nogą za drugą, ale też swobodniej, z obiema stopami obok siebie.
Trudno mi się z tym nie zgodzić. Wiele hulajnóg elektrycznych sprawdza się świetnie przez pierwsze dziesięć minut. Potem zaczyna się drobne przekładanie stóp, poprawianie ustawienia, szukanie miejsca, którego po prostu nie ma. Przy codziennych trasach to nie jest kaprys.
Do tego dochodzą 10-calowe koła bezdętkowe i zawieszenie z przodu oraz z tyłu. Nie zamieni to hulajnogi w kanapę na kołach, ale w mieście pełnym studzienek, nierównych łączeń asfaltu i kostki brukowej taki zestaw brzmi znacznie sensowniej niż pogoń za minimalną masą.
Parametry są konkretne
Decathlon LD900E ma silnik o średniej mocy 500 W i mocy maksymalnej 800 W. Ma radzić sobie z podjazdami o nachyleniu do 20%, więc mówimy o konstrukcji wyraźnie poważniejszej niż podstawowe miejskie hulajnogi, które przy większym obciążeniu i lekkim wzniesieniu zaczynają tracić swój sens.

Zasięg zależy od trybu jazdy: 35 km w trybie Sport, 45 km w Normal i do 55 km w Eco. Warto od razu dopowiedzieć, że ten najwyższy wynik dotyczy użytkownika ważącego 65 kg, płaskiego terenu i stałej prędkości 15 km/h. Czyli warunków znacznie łagodniejszych niż przeciętny, trochę chaotyczny dojazd przez miasto. Akumulator 10,4 Ah ładuje się do pełna w około 6 godzin.
Waga 23 kg to całkiem sporo
LD900E waży 23 kg. I tu warto się na chwilę zatrzymać, bo ta liczba dość dobrze pokazuje, do kogo jest adresowana. To nie będzie ulubiona hulajnoga osoby, która codziennie wnosi sprzęt na czwarte piętro bez windy albo składa go kilka razy w drodze do biura. Owszem, model jest składany, ale jego charakter jest zdecydowanie bardziej „do jazdy” niż „do noszenia”.
Mam wrażenie, że producenci za często próbują wmówić nam, że jedna hulajnoga może być jednocześnie lekka, dalekobieżna, mocna, wygodna i jeszcze tania. Zwykle kończy się to kompromisem, którego najbardziej nie lubi użytkownik. Tutaj kompromis jest przynajmniej czytelny. Decathlon dopłaca kilogramami do większej baterii, zawieszenia, szerszej platformy i solidniejszego wyposażenia. Dla części osób będzie to wada. Dla innych uczciwa wymiana.
Na liście wyposażenia są kierunkowskazy, przednia lampa o mocy 4 W, światło hamowania, cyfrowy wyświetlacz na kierownicy, stopka i odporność na zachlapanie w standardzie IPX5. Polska karta produktu wskazuje też trzy elementy hamowania: bęben z przodu, hamulec silnikowy i tarczowy z tyłu. To zestaw, który daje więcej spokoju niż minimalistyczne rozwiązania w lżejszych, tańszych konstrukcjach.

Decathlon dobrze wyczuł, czego potrzebujemy
Model ten kosztuje 2299 zł. Obok LD900E pojawiła się też droższa XLD900E za 3199 zł, z zasięgiem do 80 km w trybie Eco i większym akumulatorem 15,6 Ah.
LD900E nie jest najtańsza, ale też nie idzie w absurd parametrów, które większości kupujących niewiele zmienią. Jej najmocniejszym argumentem może okazać się codzienny komfort: szersza pozycja na podeście, lepsze tłumienie nierówności, rozsądny zasięg i wyposażenie, którego nie trzeba od razu uzupełniać akcesoriami. Jak dla mnie brzmi bardzo ciekawie.
