Nowy Sony REON POCKET PRO Plus nie jest miniaturową klimatyzacją w klasycznym sensie. Nie dmucha zimnym powietrzem po szyi jak wiatraczek na baterie. Działa bardziej bezpośrednio: specjalna płytka termiczna styka się ze skórą u podstawy karku i chłodzi albo ogrzewa ciało w tym miejscu. Całość trzyma się na elastycznym pałąku zakładanym na szyję, a urządzenie można ukryć pod koszulą, sukienką czy lekką kurtką. Właśnie ta dyskrecja jest tu bardzo istotna, bo Sony od początku celuje nie tylko w turystów i spacerowiczów, lecz także w ludzi, którzy chcą przetrwać dojazd do pracy, zatłoczony peron albo letnie spotkanie bez wyglądania, jakby ruszali na ekspedycję przez pustynię.
Mała zmiana temperatury
W nowej wersji poprawiono przede wszystkim skuteczność chłodzenia. Sony mówi o wzroście wydajności nawet o 20% względem poprzedniego modelu, a w trybie SMART COOL powierzchnia płytki może być chłodniejsza o dodatkowe 2°C. Brzmi skromnie, ale w takim urządzeniu nie chodzi o schłodzenie całego organizmu jak po wejściu do klimatyzowanego sklepu. Liczy się miejscowe odczucie ulgi, które potrafi zaskakująco skutecznie poprawić komfort, zwłaszcza przy dłuższym przebywaniu na zewnątrz. Sony podaje, że pomiar dotyczący tych 2°C wykonano po 10 minutach w temperaturze otoczenia 35°C, więc warto traktować go jako warunek testowy, a nie obietnicę identycznego efektu w każdej sytuacji.
Mam wrażenie, że właśnie tu kryje się największy sens całej serii REON. Producent nie próbuje schładzać świata wokół użytkownika, tylko bierze na cel jeden mały, ale wrażliwy punkt. To bardziej osobisty regulator komfortu niż konkurent dla klimatyzatora. W autobusie bez nawiewu, podczas marszu po mieście czy w biurze, gdzie połowa osób marznie przy 22°C, a druga połowa błaga o niższą temperaturę, taki kompromis zaczyna wyglądać całkiem rozsądnie.

Sony poprawiło to, co mogło przeszkadzać najbardziej
Nowość dostała przebudowany pałąk Adaptive Hold Design. Średnica elastycznych elementów została zwiększona, dzięki czemu siła trzymania ma być wyższa o około 40%. Urządzenie powinno więc stabilniej przylegać do ciała podczas chodzenia i lekkiej aktywności. To pozornie drobiazg, ale w praktyce podobne gadżety szybko przegrywają, jeśli trzeba je co chwilę poprawiać. Nikt nie chce przez pół dnia zastanawiać się, czy chłodzący moduł nadal dotyka skóry, czy właśnie przesunął się pod kołnierz.
Przeprojektowano też wylot powietrza odpowiedzialny za odprowadzanie ciepła. Można go teraz wysunąć i zmienić jego kąt, aby ciepłe powietrze nie gromadziło się pod ubraniem, zwłaszcza przy wyższych kołnierzach. To jedna z tych zmian, które nie wyglądają widowiskowo na zdjęciu produktowym, ale mówią sporo o tym, że Sony naprawdę obserwuje, jak urządzenie jest używane. Gadżet noszony pod ubraniem musi działać w realnym świecie, a nie tylko na gładkim torsie modela w sterylnym renderze.
Mały czujnik, trochę więcej inteligencji
W zestawie znajduje się również REON POCKET TAG 2, czyli mały czujnik mierzący temperaturę i wilgotność otoczenia. Jest o około 18% mniejszy od poprzednika, ma otwór na pasek i karabińczyk, więc można przypiąć go do torby albo szlufki. Taki sensor ma sens, bo warunki przy samym karku pod ubraniem nie zawsze dobrze odzwierciedlają to, co dzieje się wokół. Osobny pomiar pozwala urządzeniu lepiej dobierać intensywność chłodzenia albo ogrzewania.
To także dobrze pokazuje, w którą stronę idą współczesne gadżety wellness. Coraz częściej nie mają spektakularnie „robić czegoś za nas”, tylko delikatnie poprawiać codzienny komfort: przypilnować snu, odciążyć wzrok, uspokoić hałas, utrzymać przyjemniejszą temperaturę przy ciele. REON POCKET PRO Plus wpisuje się w ten nurt bardzo mocno. Nie rozwiąże problemu upałów, ale może sprawić, że konkretna osoba mniej odczuje ich skutki.
Prawie 1000 zł za chłodniejszy kark. Dużo, ale niekoniecznie absurdalnie
Sony REON POCKET PRO Plus kosztuje w Europie 229 euro, czyli około 970 zł. Sprzęt trafił do sprzedaży 12 maja na wybranych rynkach europejskich. Nie ma na razie informacji o polskiej dystrybucji, więc u nas pozostaje na razie ciekawostką z segmentu, który zwykle najpierw obserwujemy z lekkim uśmiechem, a po dwóch sezonach widzimy w sklepach znacznie częściej.
Czy prawie 1000 zł za urządzenie chłodzące okolice karku to dużo? Oczywiście. Zwłaszcza jeśli porównać je z kieszonkowym wentylatorem za kilkadziesiąt złotych. Tylko że to porównanie jest trochę krzywe. Sony oferuje rozwiązanie dyskretne, noszone przez dłuższy czas, działające także w trybie ogrzewania i reagujące na warunki wokół użytkownika. Nie dla każdego będzie to wydatek uzasadniony, ale łatwo wyobrazić sobie osoby, które w upalne miesiące docenią je bardziej niż kolejne słuchawki, smartwatch czy etui z nowej kolekcji.
