
Przez większość czasu znikają w otwartym oceanie, nurkują głęboko i zostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Teraz do tej listy dopisano kolejną zagadkę: w ich żołądkach odkryto trzy nieznane wcześniej typy bakterii z rodzaju Helicobacter.
Wieloryb, którego nauka poznaje głównie po katastrofie
To jeden z tych paradoksów biologii morskiej, które brzmią niemal okrutnie: o wielu rzadkich waleniowatych naukowcy najwięcej dowiadują się dopiero wtedy, gdy zwierzęta trafiają martwe lub osłabione na brzeg. Właśnie tak było i tutaj. Zespół z Florida Atlantic University przeanalizował ponad dwie dekady przypadków wyrzucenia kaszalotów karłowatych na wybrzeże południowo-wschodnich Stanów Zjednoczonych. Między 1999 a 2020 rokiem odnotowano 59 takich zdarzeń, a sekcje wykonano u około 80 proc. zwierząt.
W czterech przypadkach badacze zauważyli spiralne bakterie osadzone w tkankach żołądka. Sam ten obraz jest już wymowny. Żołądek wieloryba zwykle wyobrażamy sobie jako surową, biologiczną komorę do przerabiania kałamarnic i ryb, a tymczasem okazuje się, że przypomina raczej skomplikowany ekosystem, w którym swoje miejsce mają także drobnoustroje. Niektóre z nich są zapewne neutralnymi lokatorami, inne mogą być kłopotliwymi współpasażerami, a część dopiero czeka na swoją naukową charakterystykę.
I właśnie ten brak wiedzy robi tu największe wrażenie. Mówimy przecież nie o nowym gatunku bakterii wyhodowanym w zapomnianym jeziorze ani o mikrobach z arktycznego lodu, lecz o drobnoustrojach znalezionych w dużym morskim ssaku. Ocean po raz kolejny przypomina, że potrafi ukrywać sekrety nie tylko w głębinach, ale też we wnętrzu swoich najbardziej nieuchwytnych mieszkańców.
Znane nazwisko bakterii, ale zupełnie nowi lokatorzy
Naukowcy zidentyfikowali trzy nieopisane wcześniej genotypy bakterii Helicobacter, które nazwano roboczo Kogia Helicobacter 1, 2 i 3. Sama nazwa rodzaju może od razu uruchamiać skojarzenia z ludzką medycyną, bo bakterie z tej grupy od lat wiąże się m.in. z przewlekłym zapaleniem żołądka i wrzodami, a w niektórych przypadkach nawet z rakiem żołądka. To nie znaczy oczywiście, że u wielorybów działa dokładnie ten sam scenariusz, ale zbieżność jest wystarczająco interesująca, by potraktować temat poważnie.

Dwa z wykrytych genotypów okazały się genetycznie podobne do szczepów wcześniej znajdowanych u innych waleni, takich jak delfiny czy morświny, a także u ludzi. Trzeci, oznaczony jako Kogia Helicobacter 3, należy już do bardziej odrębnej linii. To sugeruje, że oceaniczna mikrobiologia może przypominać bibliotekę, w której otworzyliśmy dopiero pierwszą szufladę. Wiemy, że coś tam jest, ale nie mamy jeszcze pojęcia, jak ogromny jest cały katalog.
W jednym z przebadanych wielorybów wykryto nawet jednocześnie dwa różne genotypy w tkance przedżołądka. To pokazuje, że nie mamy do czynienia z prostą sytuacją typu jeden patogen, jeden efekt. Raczej z całym układem zależności, w którym bakterie, stan zapalny, pasożyty, kondycja zwierzęcia i środowisko mogą splatać się w znacznie bardziej złożoną historię.
Żołądek wieloryba nie był w dobrej formie
Najbardziej wymowny fragment tego odkrycia ndotyczy stanu zdrowia zakażonych zwierząt. Wszystkie cztery wieloryby, u których potwierdzono obecność Helicobacter, miały widoczne zmiany chorobowe w przewodzie pokarmowym. Badacze opisywali zapalenie żołądka, wrzody, włóknienie, a także infestacje nicieniami. W jednym przypadku pojawiło się również zapalenie jelita grubego.
To jeszcze nie jest dowód w stylu: oto sprawca, oto ofiara, sprawa zamknięta. Autorzy badania wyraźnie zaznaczają, że Helicobacter nie uznano za bezpośrednią przyczynę śmierci tych zwierząt. Choć widzimy silny związek, nie mamy jeszcze prawa ogłosić wyroku. Jednocześnie trudno zignorować sam obraz całości. Jeśli u każdego zakażonego osobnika widać uszkodzenia przewodu pokarmowego, to pytanie, czy nie czas mocniej zbadać ten temat? U zwierząt żyjących daleko od brzegu i obserwowanych tak rzadko nawet przewlekłe, pozornie niepozorne problemy zdrowotne mogą pozostawać przez lata zupełnie niewidoczne. To trochę tak, jakby próbować ocenić kondycję całego miasta, zaglądając jedynie do kilku mieszkań po awarii instalacji.