Są tu rogatki i pogranicznik w malowniczym mundurze. Jest własna waluta (luigino) i godło, umieszczone na antycznym pałacu. Są też znaczki, flaga, rząd, konstytucja i książę. Brakuje tylko państwa. Formalnie. Mieszkańcy Seborgi twierdzą, że ich księstwo jest administracyjnie okupowane przez Włochy. „Na szczęście nie stacjonuje tu ani wojsko włoskie, ani policja” – dodają. Wzgórzyste księstwo, liczące około 15 km kw. powierzchni, leży we włoskiej Ligurii i sąsiaduje z francuską Prowansją. Z głównego placu roztacza się widok na Lazurowe Wybrzeże. Pachnie tu historią. A także kawą z baru Bianco Azzurro, gdzie odbywa się... ceremonia zaprzysiężenia elekcyjnego władcy.

KTO ZASTĄPI TEMPLARIUSZY

Od 1963 r. mieszkańcy Seborgi znów mają swego jaśnie panującego księcia. Nie przestali jednak wybierać burmistrza ani chadzać na włoskie wybory parlamentarne. Ponieważ społeczność jest niewielka (rdzenni mieszkańcy to tylko nieco ponad 350 osób), wiele funkcji zostaje w tym samym gronie. Raz były burmistrz został ministrem spraw wewnętrznych księstwa, natomiast kuzyn poprzedniego księcia – burmistrzem. Obecny władca to Marcello Menegatto . Ma 32 lata i jest przedsiębiorcą budowlanym. Fakt, że w jego żyłach nie płynie błękitna krew, nie ma większego znaczenia. Miejscowi książęta wybierani są czasowo i z mocy nadania, a nie urodzenia. Menegatto będzie panował przez 7 lat. Niestety, wyniki wyborów nie świadczą dobrze o charyzmie nowego władcy. Otrzymał tylko 86 głosów, a z 220 osób uprawnionych do głosowania wzięło udział w wyborach 156. Marcello Menegatto będzie miał ciężkie zadanie, biorąc pod uwagę zasługi swego poprzednika.

To właśnie nieżyjący już Giorgio I (zmarł rok temu na stwardnienie zanikowe boczne) rozpoczął w latach 60. starania o odzyskanie statusu księstwa i uznanie go na arenie międzynarodowej. Wdzięczni poddani w 1995 roku powierzyli mu funkcję księcia dożywotnio, wtedy też uchwalono nową konstytucję, czyli Statuti Generali. Giorgio I, zanim został śmiałym księciem, nazywał się Giorgio Carbone i szefował miejscowej spółdzielni kwiaciarskiej. W końcu miasto słynie ze sprzedaży mimoz i żarnowca. Miejscowi dziejopisarze z dumą twierdzą, że Giorgio I zasługuje na postawienie go w gronie największych mężów, jacy kiedykolwiek władali ich księstwem. A było wśród nich piętnastu z dwudziestu trzech wielkich mistrzów zakonu templariuszy. W sumie nic w tym dziwnego, bo właśnie w Sebordze, w 1118 roku św. Bernard z Clairvoux nie tylko spotkał, ale i mianował (zdaniem niektórych badaczy) pierwszych dziewięciu templariuszy. Tam też miało się odbyć w 1611 roku ostatnie, sekretne spotkanie członków zakonu.

OD CMENTARZA DO MIASTA

Nie tylko templariuszami może się pochwalić Seborga. Wielką rolę w jej tradycji historycznej odgrywa też parlament zwany Capitolo. Jest ponoć bardziej wiekowy nawet od islandzkiego Althingu, działającego od 930 roku. Seborga byłaby w takim przypadku najstarszą monarchią parlamentarną na świecie! I to z bogatą, burzliwą historią. W czasach starożytnych nie było tam miasta, lecz cmentarz – miejsce kultu ludów liguryjskich i celtycko-liguryjskich, nad którym czuwało ośmiu strażników. W średniowieczu teren ten, wcześniej zromanizowany, stał się feudalną własnością książąt z Ventimiglia. W 954 roku markiz Gwidon przekazał Seborgę w wolne posiadanie klasztorowi Benedyktynów, znajdującemu się na Wyspach Leryńskich, leżących naprzeciw Cannes i należących dziś do Francji. Benedyktyni, a potem cystersi mieli pełną suwerenność, co potwierdzali potomkowie darczyńcy w późniejszych dokumentach. Opaci byli jednocześnie nominowani książętami. Sytuacja klasztoru zmieniła się w roku 978, kiedy to papież Benedykt VII specjalną bullą przekazał go mnichom z opactwa Cluny. Pojawiwszy się na Wyspach Leryńskich, przybysze tak dali w kość rdzennym mieszkańcom, że ci musieli szukać schronienia w... Sebordze.

CZAS WOJEN

 

Ponad sto lat później, w 1073 roku, potomkowie wygnańców wraz z  mieszkańcami Seborgi odbili wyspy. A ponieważ bitny naród mógł się przydać chrześcijańskim władcom w walce z Normanami i Saracenami, rok później papież Grzegorz VII i cesarz Henryk IV podnieśli Seborgę do rangi Suwerennego Księstwa Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Od tej chwili to nie Seborga należała do opactwa na wyspach Lerins, ale odwrotnie. Średniowiecze przyniosło Sebordze jeszcze jeden krwawy epizod. W okolicy kryli się przed prześladowaniami katarzy. Aż do 1150 r., kiedy wojska francuskie zdobyły twierdzę heretyków pod Seborgą, a trzystu obrońców (w tym kobiety i dzieci) żywcem spaliły. Księstwo przeżywało kolejne dziejowe burze i było zajmowane przez różne wojska, ale nadal pozostawało pod patronatem papieskim. 20 stycznia 1729 r. księstwo „cysterskie" kupił król sabaudzki Wiktor Amadeusz II. Transakcji tej jednak nie zarejestrowano w aktach prawnych królestwa. Na dodatek w 1872 r. została unieważniona przez papiestwo. Księstwo nie może być sprzedane lub przekazane bez zgody papieża, a ten takiej nie wydał. Co więcej, władcy sabaudzcy nigdy nie nosili tytułu książąt Seborgi. Zaś w traktacie z Akwizgranu (1748), kończącym tzw. wojnę o sukcesję austriacką i ustalającym granice państw włoskich, księstwo Seborgi zachowało swoją odrębność.

Także po kongresie wiedeńskim (1815) nie znalazło się formalnie w obrębie Królestwa Sardynii. Za to rok wcześniejszy traktat podpisany w Paryżu mówił o suwerenności księstw Monako i Seborgi. Nawet akt  zjednoczenia Włoch z 1861 roku nie wspominał o księstwie. Podobnie w 1946 r., gdy po przegranym referendum ostatni włoski król Humbert II spakował manatki i wyjechał z rodziną na wygnanie, Seborga nie znalazła się na liście ziem tworzących Republikę Włoską (identycznie jak San Marino). Jednocześnie brakowało Seborgi wśród liguryjskich miast (jak Tenda czy Briga Marittima), które podczas ustalania granic zdecydowały się przejść na stronę francuską.

SEBORGA JAK TYBET

Istnienie Seborgi jako suwerennego księstwa potwierdza wiele dokumentów. Najnowszy znalazł w archiwach III Rzeszy niemiecki historyk Wolfgang Schippke. To dokument z 1934 r., podpisany przez Mussoliniego, w którym dyktator stwierdza, że Seborga to nie Włochy. Także zdaniem ekspertów od prawoznawstwa, po wygnaniu ostatniego króla protektorat dynastii sabaudzkiej (jeśli by ją uznać) wygasł i piecza nad księstwem wróciła do papieża. Ale papiestwo nigdy de facto nie upomniało się o swoje prawa. Choć w 2000 r. katolicki dziennik „L’Avvenire” napisał, że mieszkańcy księstwa mają słuszne roszczenia i ich przypadek można porównać z sytuacją Timoru czy Tybetu. Natomiast ze strony Włochów niepodległościowe dążenia Seborgi zostały zrazu przyjęte tylko jako chwyt reklamowy, mający przyciągnąć turystów. Kiedy jednak okazało się, że wielu europejskich historyków przyznało rację patriotom z zabytkowego miasteczka, włoskie władze wykazały sporą nerwowość. Karabinierzy kilkakrotnie zniszczyli budkę, strzegącą granic minipaństwa. Rząd włoski zaskarżył też Seborgę, że nie płaci podatku VAT. Sprawa utknęła jednak w martwym punkcie, bo sędziowie odmówili jej prowadzenia. Tłumaczyli, że nie są kompetentni w przepisach prawa międzynarodowego.

KOLEJNE SAN MARINO ?

Ale zaogniona sytuacja powoli się uspokoiła. Włosi zezwolili na rogatki. Zgodzili się też, by mieszkańcy mogli umieszczać na autach tablice rejestracyjne księstwa (jednak pod warunkiem, że wyposażą je również w numery włoskie). Rząd włoski zastosował politykę drobnych ustępstw, a jednocześnie w 2005 roku zamknął dostęp do archiwum z dokumentacją, dotyczącą Seborgi. Warto przypomnieć, że Włosi bardzo długo nie chcieli uznać niepodległości republiki San Marino. Nie bez kozery, bo państwo to znajduje się w całości w obrębie Włoch. Wygląda na to, że kolejna tego rodzaju enklawa im się nie uśmiecha. San Marino obroniło się. Czas pokaże, czy i tym razem Dawidowi uda się pokonać Goliata.