Takiej awantury dawno nie było. Zdjęcia kilku Indian, wymachujących wojowniczo włóczniami w kierunku samolotu latającego nad dżunglą, obiegły świat lotem błyskawicy, wywołując medialną burzę. Sfotografowani na pograniczu Brazylii i Peru tubylcy wyglądali, jakby nigdy nie mieli kontaktu ze współczesną cywilizacją. Ożyły romantyczne wyobrażenia o ostatnich nieodkrytych „dzikich”, którzy pędzą swój dziewiczy żywot, nieskażeni żadną cywilizacyjną zarazą.

Na chwilę świat cofnął się do czasów Tony’ego Halika, który wędrował po dżungli w towarzystwie odzianych w trawę nomadów, zadziwionych widokiem szklanej butelki czy stalowej siekiery. Gazety zaroiły się od tekstów, których autorzy dawali upust bujnej wyobraźni, roztkliwiając się nad cudownym zrządzeniem losu, który pozwolił „dzikim” przetrwać w naszej coraz ciaśniejszej globalnej wiosce. Po kilku dniach eksploatowania tematu głos zabrali samozwańczy eksperci, którzy żyją z prowadzenia wycieczek zamożnych biznesmenów w głąb Amazonii. Pojawiły się oskarżenia o fałszerstwo. Urażeni poczuli się dziennikarze, którzy dali się nabrać na opowieści o nowo odkrytych plemionach.

W końcu odezwał się brazylijski rząd i organizacja Survival International, od ponad 30 lat zajmująca się obroną praw społeczeństw plemiennych na całym świecie. FUNAI, brazylijski urząd do spraw Indian, do spółki z Survival International przyznali, że od dawna wiedzą o istnieniu unikających kontaktu z cywilizacją grup plemiennych w Amazonii. A cała akcja służyła jedynie nagłośnieniu opłakanej sytuacji rdzennych mieszkańców kurczącej się dziewiczej puszczy.

ZNANI CHOĆ NIEZNANI


„Nigdy nie twierdziliśmy, że odkryliśmy nowe plemię, mowa była jedynie o tzw. nieskontaktowanych Indianach, którzy z rozmysłem unikają kontaktu z cywilizacją” – mówi nam Miriam Ross z Survival International. Zaślepieni wizją odkrycia dziewiczego narodu dziennikarze nie zwracali jednak uwagi na subtelności nazewnictwa. Niektórzy, jak Peter Beaumont z londyńskiego „Observera”, poczuli się na tyle urażeni, że grożą Survival procesem za utratę reputacji zawodowej. Gdyby jednak amatorzy przygód spod znaku Tony’ego Halika zachowali odrobinę zdrowego rozsądku, odkryliby szybko, że zjawisko „nieskontaktowanych“ społeczności, o których mówi Miriam Ross, jest doskonale znane nauce i dotyczy około stu małych grup plemiennych na całym świecie – od Ameryki Południowej po Nową Gwineę. A społeczności takie jak ta z pogranicza Brazylii i Peru są znane i obserwowane co najmniej od 20 lat, jednak dotąd celowo unikano rozpowszechniania wiedzy o ich istnieniu.

„Od kontaktów z tymi społecznościami ważniejsza jest ich ochrona przed poszukiwaczami ropy naftowej, kauczuku czy drwalami karczującymi dziewiczą dżunglę” – mówi Miriam Ross. To oni, do spółki z misjonarzami z Ameryki Północnej, stworzyli fenomen „nieskontaktowanych” społeczności Amazonii, które wybierają życie w głuszy zamiast dobrodziejstw współczesnego świata.

„Te grupy plemienne mają świadomość istnienia świata zewnętrznego, ale wybierają dobrowolną izolację z powodu traumatycznych doświadczeń z cywilizacją” – mówi prof. Waldemar Kuligowski, antropolog z Uniwersytetu AM w Poznaniu. Brazylijska agencja FUNAI ma w swoich rejestrach 69 izolowanych od cywilizacji grup Indian, rozsianych w ośmiu stanach brazylijskiej Amazonii. To olbrzymi teren około 15 milionów hektarów, na którym łatwo ukryć liczące po kilkadziesiąt osób grupki. Zaledwie garść z nich liczy więcej niż 400 osób. Raporty o ukrywających się w dżungli Indianach pojawiały się na długo przed tym, zanim zdjęcia z pogranicza Brazylii i Peru obiegły świat. „Zdecydowaliśmy się na ujawnienie fotografii, by pokazać opinii publicznej, że dżungla, na którą ostrzą sobie zęby koncerny naftowe, jest domem tych ludzi” – mówi Miriam Ross. Podejmowane wcześniej próby uświadomienia opinii publicznej istnienia „nieskontaktowanych” Indian często kończyły się oskarżeniami o fałszerstwa naukowe.

POD OSŁONĄ OSZUSTWA

Gdy 18 września 2007 roku ekipa Frankfurckiego Towarzystwa Zoologicznego sfotografowała z samolotu grupę Indian, obozujących nad rzeką Las Piedras, głos zabrał ówczesny prezydent Peru Alan Garcia, twierdząc, że „nieskontaktowani” Indianie to wymysł radykalnych ekologów, którzy są przeciwni wydobyciu ropy w tym regionie. Koncern państwowy Perupetro wydał nawet specjalne oświadczenie, uznając, że Indianie „nieskontaktowani” to mit taki sam jak potwór z Loch Ness.„To absurd twierdzić, że istnieją, skoro nikt ich nie widział” – głosiło oświadczenie firmy, która od lat próbuje uzyskać koncesję na eksploatację ropy w amazońskiej dżungli. Survival International nie miało innego wyjścia, jak udowodnić istnienie „nieskontaktowanych” plemion Amazonii. Opublikowane w 2007 roku zdjęcia znad Las Piedras były bardzo podobne do tych, ujawnionych w maju tego roku. W jednym i drugim przypadku Indianie wylegli z domów, gdy samolot pojawił się nad ich głowami, potrząsając gniewnie włóczniami i celując z łuków na znak, że nie życzą sobie odwiedzin.

 

OSTATNIE „DZIKIE” SPOŁECZNOŚCI

W Azji największym skupiskiem dziewiczych terenów, zamieszkanych przez ludy izolujące się od cywilizacji, jest Papua Zachodnia. Ta część Nowej Gwinei od lat 60. znajduje się pod kontrolą Indonezji, której władze prowadzą bezpardonową wojnę z 44 plemionami, zamieszkującymi wnętrze wyspy. Odkrycie tam bogatych złóż miedzi przypieczętowało los tubylców. Armia indonezyjska dokonuje regularnych pacyfikacji i polowań na tubylców, którzy nowoczesnej broni mogą przeciwstawić jedynie włócznie, łuki i dmuchawy. Mimo to ataki na pracowników koncernów wydobywczych są na porządku dziennym, co sprawia, że Papua stała się dziś strefą specjalnych operacji wojskowych, gdzie obcokrajowcom nie wolno przebywać bez specjalnego pozwolenia. Ciągle toczy się dyskusja na temat tożsamości odkrytego w latach 70. na filipińskiej wyspie Palawan ludu Tasaday. Okrzyknięci ostatnim nieznanym cywilizacji narodem świata, tubylcy zostali w połowie lat 80. zdemaskowani jako mistyfikacja, dokonana przez reżim Ferdynanda Marcosa. Po latach okazało się, że dwaj przekupieni wojownicy Tasaday przyznali dziennikarzom, że ich plemię nie istnieje, by ułatwić prywatnym firmom uzyskanie koncesji na wyrąb puszczy w ich rezerwacie. „Nieskontaktowane” grupy plemienne występują także w Afryce, są to przeważnie niewielkie klany Buszmenów z pustyni Kalahari i Pigmejów, zamieszkujących dżunglę w dorzeczu Konga. Pigmeje są bliscy wyginięcia. Kilka lat temu świat obiegły szokujące informacje o tym, że rebelianckie armie w Kongo urządzają na nich polowania, Pigmeje stali się przysmakiem dla zdegenerowanych przez wojny domowe kanibali. Koczowniczy Buszmeni są z kolei zmuszani do osiedlania się, bo ich pustynią interesuje się koncern De Beers, eksploatujący złoża diamentów w Gope na Kalahari.



Inny przypadek odnotowano w początkach czerwca 2007 roku, gdy na terytorium brazylijskiego rezerwatu Menkregnoti, który obejmuje pięć milionów hektarów gęstej amazońskiej dżungli, w odległości zaledwie dwóch tysięcy kilometrów od Rio de Janeiro odkryto plemię Metyktire. FUNAI ogłosiło, że szczep, który liczy zaledwie 87 osób, jest częścią grupy plemiennej Kayapo i składa się z potomków rodzin, które opuściły tereny Kayapo jeszcze w latach 50., gdy dotarły tam pierwsze forpoczty cywilizacji. O istnieniu Menkregnoti nikt nie miał pojęcia, dopóki pewnego dnia w wiosce Kremoro, zamieszkanej przez Indian Kayapo, nie pojawili się dwaj członkowie plemienia. Wyglądali dokładnie tak, jak wyobrażamy sobie amazońskich tubylców z filmów Tony'ego Halika – tykwy na penisach, drewniane płytki w dolnych wargach, uzbrojeni w łuki i dmuchawy. Urzędnicy FUNAI zakazali kontaktu z tubylcami, wpuszczając tylko ekipę medyczną, z obawy przed skutkami kontaktu z nieznanymi dla nich chorobami. „Brak odporności na powszechne dziś choroby cywilizacyjne to śmiertelne zagrożenie dla żyjących w izolacji Indian Amazonii” – mówi nam prof. Waldemar Kuligowski.

Przekonali się o tym Indianie z plemienia Nahua, którzy w latach 80. zetknęli się z pracownikami koncernu Shell, prowadzącymi poszukiwania ropy w Amazonii. Przywleczona przez nafciarzy zwykła grypa i zapalenie płuc w ciągu kilku lat wybiły ponad połowę plemienia. Podobną hekatombę przeżyli w 1996 roku Indianie Murunahua, zarażeni przez drwali wyrąbujących dżunglę – epidemia grypy zabiła połowę populacji. Jednak od kontaktu z zarazkami znacznie gorszy jest kontakt z cywilizowanymi ludźmi.

JATKA W DŻUNGLI


Unikający łączności ze światem zewnętrznym Indianie gotowi są bronić swoich terenów łowieckich. To dlatego każdy, kto planuje eksploatację puszczy, stara się eksterminować jej pierwotnych mieszkańców. „Nafciarze wynajmują najemników, którzy mając dostęp do zdjęć satelitarnych, ustalają miejsca pobytu Indian, po czym wybijają ich do nogi” – mówi prof. Kuligowski.

Dysponujący mniejszymi środkami drwale biorą sprawy w swoje ręce. W ekwadorskiej części Amazonii, na terytorium rezerwatu Yasuni, od kilku lat trwa regularna wojna między mieszkającymi tam plemionami a firmami, próbującymi nielegalnie karczować dżunglę. W 2003 r. drwale zabili 14 wojowników plemienia Taromenane, broniących przed siekierami swoich terytoriów łowieckich. Walki odżyły w 2005 roku, gdy w rezerwacie Yasuni znaleziono naszpikowane 30 strzałami ciało drwala ze zmasakrowaną twarzą. W odwecie najęci przez drwali bandyci zabili około pół setki Taromenane. W 2007 roku masakra zwróciła uwagę rządu Ekwadoru, który zamknął południową część rezerwatu Yasuni. Tradycja walk z intruzami sięga tu lat 60., gdy w okolicy pojawili się pierwsi misjonarze z niesławnej w Amazonii amerykańskiej organizacji Letni Instytut Lingwistyczny, prowadzącej przymusowe nawracanie Indian. To wtedy od dominującego w Yasuni plemienia Huaorani odłączyły się klany niechętne obecności misjonarzy. Na czele jednego z nich stał wojownik Taga, który przez całe lata 70. prowadził podjazdową wojnę z misjonarzami, atakując ich ośrodek w Coca. Jeszcze pod koniec lat 80. członkowie klanu, nazwanego od imienia wodza Tagaeri, zamordowali parę misjonarzy: Alejandro Labaca i Ines Arango.

Do dziś jatkę w Jasunie przeżyło najwyżej 30 Tagaeri i około 300 spokrewnionych z nimi Taromenane. Dwa mniejsze plemiona „nieskontaktowanych” Indian – Onamenane i Huinatare – zostały w Yasuni wytrzebione. Nieciekawy los czeka też Taromenane. Mimo interwencji władz w początkach tego roku myśliwi Huaorani znów znaleźli w dżungli kilkanaście pozbawionych głów ciał pobratymców. „Trudno ustalić dokładnie, ile było ofiar, prawdę mówiąc, byłoby to bardzo niebezpieczne zadanie” – mówił agencji AP Enqueri Nihua Ehuenguime, wódz Huaorani w Ekwadorze.

W południowej Amazonii ostatnie grupy Indian, które unikają kontaktu z cywilizacją, żyją na pograniczu Paragwaju i Boliwii. Łowiecko- zbierackie plemię Ayoreo liczy około pięciu tysięcy członków, którzy żyją na skrawkach ziemi niezajętej jeszcze przez farmerów. Organizacje misyjne, takie jak Amerykańska New Tribe Mission, próbują nawracać ich na chrześcijaństwo. Do połowy lat 80. organizowane przez amerykańskich misjonarzy polowania na zbłąkane duszyczki doprowadziły do wojny między nawróconymi Ayoreo a klanem Totobiegosode, który wolał żyć po staremu. Polowania na „dzikich ludzi” zostały w końcu zablokowane wskutek międzynarodowych protestów. Dziś liczebność klanu Totobiegosode ocenia się najwyżej na dwa tuziny niedobitków – o ich istnieniu świadczą tylko opuszczone obozowiska, na które natykają się wyrębujący puszczę drwale.

Nafciarze i drwale plądrujący amazońską dżunglę nie są jedynym zagrożeniem dla izolowanych społeczności. Nawet jeśli 70 proc. Amazonii w Peru wydzierżawiono już koncernom paliwowym, zawsze są organizacje – takie jak Survival International – których akcje mobilizują ludzi na całym świecie. Ujawnienie zdjęć z pogranicza Brazylii i Peru doprowadziło do masowych protestów w Peru. To niewątpliwy sukces ekologów. „Brazylia bardzo dba ostatnio o rdzennych mieszkańców Amazonii, ale Peru dotąd odmawiało im praw” – mówi Miriam Ross. Dziewiczych grup, które nie mają pojęcia o świecie zewnętrznym, w zasadzie na świecie już nie ma, bo nawet najbardziej wyizolowani spotykają się z innymi plemionami, handlują, wymieniają się żonami czy nawet walczą ze sobą o kurczące się pod naporem cywilizacji terytoria.

POKUSA NIE DO ODPARCIA

 


Wśród naukowców ciągle trwa dyskusja na temat tego, czy badać ludność, która nie życzy sobie kontaktów ze światem zewnętrznym. „Trzeba pamiętać, że nie chodzi tu o relikty sprzed 10 tysięcy lat, tylko o alternatywnie rozwijające się społeczności” – zaznacza prof. Kuligowski. Ingerencja w ten kruchy świat może mieć katastrofalne skutki. Prosta stalowa siekiera, ofiarowana w dobrej wierze do usprawnienia pracy, może wywrócić do góry nogami cały lokalny system społeczny. Gdy wpadnie w niepowołane ręce, może wywołać kłótnie i spory, grożące rozbiciem niewielkich grup. Eksperci przestrzegają, że tego typu problemy są nieuniknione choćby dlatego, że do wyścigu o to, kto pierwszy dopadnie „nieskontaktowanych” Indian, dołączyli samozwańczy odkrywcy. Organizowane przez nich za ciężkie pieniądze ekspedycje survivalowe mogą mieć fatalne skutki dla „dzikich” Indian. Zgadza się z tym prof. Kuligowski: „Z humanitarnego punktu widzenia lepiej, by pierwsi dotarli do nich antropolodzy, a nie Jacek Pałkiewicz czy, nie daj Boże, ludzie koncernów naftowych albo drwale”.