Kiedy w czerwcu 1973 r. lądownik radzieckiego statku Sojuz 11 osiadł na kazachskich stepach, nikt nie spodziewał się, że w nieuszkodzonej kabinie są zwłoki. Jak wykazało śledztwo, kosmonauci zginęli, bo z zaworka średnicy milimetra – który miał się otworzyć na wysokości 5 km nad Ziemią i wyrównywać ciśnienie w kabinie – wypadła zamykająca go kulka. Awaria wystąpiła na wysokości 170 km – tam, gdzie panuje próżnia. Najpierw w niecałe dwie minuty „wyssała” ona całe powietrze z kabiny, a potem płyny ustrojowe z ciał astronautów.

Tragedia ta najlepiej uświadamia, że stworzenia urodzone na Ziemi nie są w stanie przeżyć poza bezpiecznym kokonem atmosfery. W końcu nasze życie oparte jest na wodzie, a ta wysycha w kontakcie z próżnią. Nawet gdyby ciśnienie w kosmosie było takie jak na Ziemi, to roi się tam jeszcze od innych zabójczych atrakcji. Hula słoneczny wiatr, pali promieniowanie UV i mrozi niewyobrażalna temperatura bliska zeru absolutnemu.

Nie ma nawet co próbować wędrówek w kosmosie bez statku lub skafandra – to twierdzenie wydaje się logiczne. Ale postęp ludzkości to stałe przekraczanie granic niemożności. Niektórzy naukowcy zaczęli się więc zastanawiać: czy w najbardziej ekstremalnych środowiskach Ziemi nie znajdzie się ani jedno odporniejsze zwierzę? A gdyby spróbować wysłać w kosmos te przystosowane do kolosalnego ciśnienia na dnie podwodnych rowów tektonicznych, do mrozów Antarktydy i Syberii, do wrzątku, do braku tlenu, do rozrzedzonej atmosfery górskich szczytów itd. – może jakieś by przeżyło?

Tak narodziły się plany eksperymentu. W roku 2011 na marsjański księżyc Fobos ma zostać wysłana rosyjska sonda. Jej głównym celem jest pobranie próbek gruntu i przywiezienie ich na Ziemię, ale znajdzie się w niej także miejsce na kapsułę, w której warunki będą przypominały te panujące w meteorycie. Trafią do niej przedstawiciele czterech gatunków bakterii, trzy archeony, drożdże (te, które w formie wysuszonej na wiórek kupujemy w sklepie, kiedy przyjdzie nam ochota na ciasto), rzodkiewnik pospolity (botaniczny odpowiednik myszy i muszek owocowych w badaniach genomu) oraz jedno zwierzę – największy twardziel na Ziemi.

Wodne misie wokół nas

We wrześniu 2007 roku, 34 lata po tragedii Sojuza 11, zespół badaczy pod kierunkiem Ingemara Jönssona ze szwedzkiego Högskolan Kristianstad umieścił w satelicie Europejskiej Agencji Kosmicznej 3 tys.  zwierząt dwóch gatunków. Przez 12 dni bohaterskie stworzenia krążyły po orbicie niemal całkowicie odsłonięte. A gdy wylądowały na Ziemi i dostały kilka kropli wody, nie tylko okazały się żwawe, ale także chętne i zdolne do rozmnażania! Co to za cudaki? Niesporczaki!

Gołym okiem nie da się ich zobaczyć, bo niewiele z około tysiąca gatunków opisanych do tej pory przekracza milimetr długości. Wystarczy jednak włożyć pod mikroskop odrobinę wilgotnego mchu, kawałek ściółki spomiędzy opadłych liści, fragmenty roślin ze stawu lub po prostu wilgotną grudkę gleby z grządki, żeby ujrzeć stworzenia tak słodkie, że nawet w podręcznikach akademickich figurują także pod drugą nazwą: „wodne misie” (ang. water bears).

Można je spotkać również w Polsce. Większość zadowala się cieniutką warstwą wilgoci pokrywającej mchy i porosty. Niektóre mieszkają w jeziorach do głębokości 20 metrów. Najchętniej jednak wałęsają się wśród trzcin i oczeretów. Tam na powierzchni 10 centymetrów kwadratowych można naliczyć kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset stworków gramolących się bezładnie po zwałowiskach trzcin, nitkach glonów, wśród roślinnych i zwierzęcych strzępów.

Ja widziałam je na odłamku trzciny z mazurskiego jeziora – naprawdę wyglądały jak niedźwiadki na pniu drzewa. Ich ruchy były powolne, trochę niezdarne. Czasem spadały z rośliny, po której wędrowały. Kiedy indziej zatrzymywały się na dłużej – godzinkę lub dwie.

Seks podczas zmiany ubrania