W styczniu polski kontyngent żołnierzy stacjonujący w Afganistanie powiększył się do około 1200 osób. Na misję wyruszyli żołnierze z 6. Brygady Desantowo-Szturmowej w Krakowie oraz z 17. Brygady Zmechanizowanej z Międzyrzecza. Część z nich stacjonuje w dość spokojnej bazie Bagram, 70 oficerów sztabowych pracuje w dowództwie operacji ISAF w Kabulu, pozostali trafili do bazy w Mazar-i-Szarif. Wojna w Afganistanie trwa niemal nieprzerwanie od 35 lat.

Od czasu, gdy w 1973 r. obalono monarchię i ustanowiono republikę, niewiele było lat, by krajem tym nie wstrząsały – najczęściej bratobójcze – walki. Przez niemal 10 lat Afgańczycy walczyli z Armią Czerwoną (1979–1989), a od 2001 r. na terenie Afganistanu antyterrorystyczne operacje prowadzą USA i NATO. Minister obrony Radek Sikorski powiedział wprost: „Afgańska misja będzie prawdopodobnie najtrudniejszą od czasu, gdy polscy żołnierze brali udział w szturmie Berlina”. Dlaczego? W swojej książce „Prochy świętych. Afganistan – czas wojny”, Sikorski, niegdyś korespondent BBC, stwierdził: „Im większa różnica między społecznym i technologicznym rozwojem dwu walczących stron, tym większe prawdopodobieństwo, że kraj biedny i bardziej zacofany pokona drugi, nowocześniejszy”. Dlaczego więc minister tak usilnie forsował wysłanie do Afganistanu polskiego kontyngentu? Czyżby wierzył, że Polacy dokonają tego, co nie udało się Armii Czerwonej? I choć technologie oddane na usługi naszym żołnierzom biją na głowę radzieckie, to dawna – nadzwyczaj trafna – obserwacja Sikorskiego zdaje się nie najlepiej wróżyć ryzykownej misji.

Jednak widać, rola przedmurza zachodniej cywilizacji weszła już Polakom tak w krew, że palą się, by nadstawiać głowę i tam, gdzie nie mają żadnego ku temu interesu i nawet specjalnie nie byli o to proszeni. O tym, co może nas spotkać w tym górzystym, nieprzyjaznym kraju, wiele mogą powiedzieć karty z jego najnowszej historii. Świat chrześcijański obchodził pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 1979 r., gdy do rozlokowanych w stolicy Afganistanu sowieckich komandosów dotarło hasło rozpoczęcia operacji „Sztorm – 333”. Jednocześnie na kabulskim lotnisku lądowały kolejne oddziały wojsk powietrznodesantowych, zaś most graniczny na Amu- -Darii przekraczała zmotoryzowana kolumna 108. dywizji.

DYKTATOR W SLIPACH


Na Kremlu zapadł wyrok śmierci na rządzącego Afganistanem niepokornego Hafizullaha Amina. Jednak położony na górującym nad Kabulem wzgórzu pałac Tadż Bek, w którym przebywał dyktator, był twierdzą bronioną przez 2,5 tys. oddanych Aminowi żołnierzy – głównie jego krewnych. Sam dyktator tego dnia otrzymał z Moskwy wiadomość, iż nadejdzie militarna pomoc, niezbędna do walki z ogarniającą kraj rebelią. Hafizullah wezwał wtedy do siebie członków Biura Politycznego. W trakcie zebrania, jedząc obiad, nagle stracił przytomność. Tylko dzięki szybkiej interwencji lekarzy nie zmarł. Przytomniejąc, Amin uświadomił sobie, iż trucicielami mogą być agenci KGB. Zdążył jeszcze postawić ochronę pałacu w stan gotowości, gdy z okien budynku ujrzano dziewięć radzieckich transporterów opancerzonych, pędzących w stronę głównej bramy. Przebrani w mundury afgańskiej armii komandosi Specnazu z granatników zniszczyli okopane na zboczach wzgórza czołgi i szybko przełamali opór ochrony, tracąc tylko jeden transporter.

Potem w pałacu zaczęła się prawdziwa rzeź. „Jeśli z jakiegoś pokoju ludzie nie wychodzili z podniesionymi rękami, to wtedy wyważaliśmy drzwi, wrzucaliśmy do środka granat i strzelaliśmy na oślep. A potem biegliśmy dalej” – notuje wspomnienia jednego z żołnierzy Specnazu w swojej książce pt. „Moskiewski proces” Władimir Bukowski. Będący świadkiem masakry radziecki lekarz jako ostatni widział żywego Amina. „Miał na sobie białe slipy, a w uniesionych wysoko do góry i oplecionych rurkami rękach trzymał jak granaty kroplówki” – opisywał medyk. Niedawny władca Afganistanu przemykał korytarzami swojego pałacu. Za nim biegł jego pięcioletni syn. W jaki sposób zabito dyktatora, radzieckie źródła nie podają. Wiadomo jedynie, że następnego dnia zwłoki jego oraz dwóch synów zawinięto w dywan i pochowano w zbiorowej mogile. Tuż po zdobyciu pałacu kabulskie radio nadało nagrane w Moskwie przemówienia nowego namiestnika Kremla Babraka Karmala, zapraszające do Afganistanu Armię Czerwoną – choć ona już tam była od dawna.

MIŁY POCZĄTEK KATASTROFY


W połowie lat 70. Związek Radziecki stał u szczytu potęgi. Po klęsce w Wietnamie Stany Zjednoczone nie potrafiły powstrzymać stałego rozszerzania się strefy wpływów komunistycznego supermocarstwa, Europa Zachodnia zaś co najwyżej rozmyślała o dobrowolnej kapitulacji. W tej sytuacji żaden demokratyczny kraj nie zwracał uwagi na to, że w sercu Azji ZSRR coraz silniej ingeruje w wewnętrzne sprawy Afganistanu.