Policja w niespełna miesiąc ustaliła, że napastnikami byli: Tadeusz Maziuk, ur. w 1958 r., zamieszkały w Lubiążu, i Robert Widera, rocznik 1975, z miejscowości Żarki. Obaj mieli już wyroki. Starszy za niepłacenie alimentów, młodszy za pobicie i obrabowanie mężczyzny. Żaden nie mieszkał oczywiście w miejscu zameldowania, a rodziny „nie miały pojęcia”, gdzie przebywają. Natomiast Bożena Goryc-Zemła (ur. w 1967 r., handlowiec, wykształcenie wyższe, druga żona Zemły) bezskutecznie poszukiwała męża wśród znajomych, potem zgłosiła jego zaginięcie. Policjantów nie mogła naprowadzić na żaden trop, gdyż choć byli zgodnym małżeństwem, jak twierdziła, prowadzili odrębne życie. Inna praca, inne środowiska, inni przyjaciele. On miał wielu znajomych, nigdy ich nie przyprowadzał jednak do domu. W dniu zaginięcia powiedział tylko, że jest umówiony na grilla w Oświęcimiu: starzy znajomi, wódka i kiełbaski.

Śledczy przyjęli wówczas jako jedną z wersji, że mógł sfingować swoje porwanie, ale za Maziukiem i Widerą wystawili listy gończe. Wprawdzie pół roku po zdarzeniu, ale skuteczne. Na początku lutego 2001 r. patrol policyjny wylegitymował na antresoli Dworca Głównego PKP w Krakowie dwóch podejrzanych mężczyzn. Starszy poprosił o skontaktowanie z określonym komisariatem, gdzie telefonującego policjanta poinformowano, że Tadeusz Maziuk „jest objęty kryptonimem »samochód« (mówiąc wprost, jest policyjnym kapusiem), więc nie można go zatrzymać”. Natomiast Robert Widera wylądował w areszcie.

Intratna praca u Baraniny

Od pobicia i zniknięcia Zemły do aresztowania Widery minęło ponad pół roku pracowitej wolności. Rezydujący w Wiedniu Barański (ksywy Tata, Borys i najbardziej znana Baranina, ale przez znajomych nazywany Leszkiem) wprawdzie płacił swoim „żołnierzom” w kraju miesięczne pensje, ale i twardo wymagał treningów na siłowni, regularnych ćwiczeń strzeleckich i doskonalenia obserwacji osób przewidzianych do kolejnych napaści. Za dokonane przestępstwa płacił gangsterom dodatkowe premie. Do najbardziej zaufanych podkomendnych Baraniny należał Tadeusz Maziuk, Sasza. Szef uważał go za idealnego wykonawcę brudnej roboty. Wysportowany, świetny strzelec, żadnych używek, żadnych skrupułów, jednym słowem wzór dla innych. Sasza poczuł sympatię do wchodzącego do zawodu młodego Roberta, zaopiekował się nim, wprowadzał go w arkana sztuki i stanowił tarczę ochronną. Przez kumpli byli postrzegani jako nierozłączna para.

Z Wiednia dostali zlecenie na Bolesława Krzyżostaniaka, biznesmena i szefa klubu sportowego „Olimpia” w Poznaniu. Obserwację przyszłej ofiary rozpoczęto w końcu października 2000 r., śledzono także córkę i żonę. Jednocześnie nękano go telefonami, grożono całej rodzinie uszkodzeniami ciała, i „że ktoś odwiedzi bossa, a wtedy wyrzyga kasę”. Baranina stwierdził wprost w telefonicznej rozmowie: „mam kwity Dębskiego i teraz to nie jest jego sprawa, tylko moja”.

Jacek Dębski, szef Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki w randze ministra w rządzie Jerzego Buzka, przyjaźnił się z Krzyżostaniakiem, więc zrozumiałe, że ten poprosił go o pomoc w zatargu z łódzkim Widzewem (sam minister pochodził z Łodzi). Chodziło o transfer piłkarza Mirosława Szymkowiaka. Widzew wykupił jego kartę zawodniczą i uważał go za swojego piłkarza, Olimpia zaś żądała zwrotu swojego człowieka. Gdy PZPN zajął w sporze stronę łódzkiego klubu, Krzyżostaniak zwrócił się do przyjaciela-ministra, by w trybie administracyjnym zwrócił zawodnika Olimpii, za co obiecał mu 40 tys. dolarów. Zostało to upozorowane jako zwrot rzekomej pożyczki. Poręczeniem był czek na 168 tys. zł do zrealizowania w LP PetroBank oraz cesja na dwa weksle szwajcarskiej firmy Good Star SA (150 tys. DM).

Minister zrobił co mógł, jednak decyzja administracyjna unieważniająca uchwałę Zarządu PZPN nie została wykonana. Nawiasem mówiąc, stanowisko Dębskiego w sprawie Szymkowiaka rozpętało konflikt UKFiT z PZPN, głośny wówczas na cały kraj. Piłkarz Szymkowiak nie wrócił do Olimpii, więc jej szef nie miał zamiaru płacić umówionej kwoty, zwłaszcza że Dębskiego już zdymisjonował premier. Nie mogąc uzyskać okrągłej dolarowej sumki, były minister sam zwrócił się teraz o pomoc do drugiego swojego przyjaciela, tym razem wiedeńskiego. Barański także znał osobiście Krzyżostaniaka, który bawił u niego z Dębskim po drodze ze Szwajcarii. Szef Olimpii przekonał się jednak niebawem na własnej skórze, że w gangsterskich interesach znajomość, sympatia, lojalność, przyjaźń czy zasługi mają znacznie mniejsze znaczenie niż walory policzalne. Dębski w liście zatytułowanym „Drogi Bolo” informował wprawdzie poznańskiego przyjaciela, że „ktoś przejął wierzytelności wobec niego, ale on sam nie chce mieć nic wspólnego z naciskami tego wierzyciela i woli nawet stracić”, nie zastopował jednak akcji już podjętej z daleka.

To nie był paralizator

Po półtoramiesięcznej obserwacji gangsterzy uznali, że cel jest dostatecznie rozpracowany. 4 grudnia 2000 r. został wezwany do Poznania cyngiel Robert Widera. Następne dwa dni wypełniły mu telefoniczne rozmowy z Barańskim, konkubiną Maziuka i z nim samym oraz rozpoznanie terenu. Porozumienia z Wiedniem były dwuetapowe. Króciutkie rozmowy komórkowe pozwalające zidentyfikować rozmówcę i następne z publicznej budki telefonicznej.